1. Bezprawnik -
  2. Państwo -
  3. Wybiliśmy 3/4 dzików w Polsce, a ASF jak szalało, tak szaleje dalej

Wybiliśmy 3/4 dzików w Polsce, a ASF jak szalało, tak szaleje dalej

Warszawa wybudziła się z letargu i odkryła, że ma poważny problem z dzikami. Zgodnie z szacunkami GUS w 2015 r. populacja dzików liczyła w Polsce ponad 260 tysięcy osobników. Dziś zostało ich raptem 60 tys. To rezultat walki z ASF, której skuteczność – delikatnie rzecz ujmując – pozostawia wiele do życzenia.

Walka z ASF oparta na strzelaniu do dzików i modleniu się o cud nie ma większego sensu

Odstrzał dzików w Warszawie zelektryzował opinię publiczną. Część komentatorów argumentuje, że zwierzęta stanowią w mieście realne zagrożenie dla ludzi. Inni zwracają uwagę na wątpliwe podstawy prawne decyzji władz stolicy oraz mniej oczywiste konsekwencje zabijania dzików.

Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, wszystkie możliwe strony sporu obrzucają się błotem w mediach społecznościowych. W międzyczasie mądry po szkodzie warszawski ratusz zdecydował, że zostanie utworzony specjalny zespół złożony z ekspertów, który zdecyduje, co zrobić z „miejskimi” dzikami.

Problem w tym, że nie można zwierząt odławiać i wywozić gdzieś hen daleko do lasu, ponieważ na przeszkodzie stoją przepisy dotyczące walki z afrykańskim pomorem świń. ASF jest w tym wszystkim kluczowym czynnikiem i praprzyczyną kłopotów, które sami sobie sprowadziliśmy na głowy w całej Polsce.

Państwo zleciło wybicie ok. 200 tys. dzików. Czy było warto?

Zgodnie z szacunkowymi danymi GUS z 2015 r. w Polsce było wówczas 264–284 tys. dzików. Później nasze państwo w przypływie „geniuszu” uznało, że rozwiązaniem problemu z ASF będzie ich fizyczna likwidacja.

W czym to niby miałoby pomóc? ASF roznosi się poprzez kontakt świni z wirusem. Może to nastąpić poprzez spożycie zanieczyszczonej paszy lub kontakt ze sprzętami z cząstkami wirusa. W grę wchodzi także kontakt z przeróżnymi wydzielinami innego zarażonego zwierzęcia.

Dziki z ASF mogą teoretycznie podejść pod ogrodzenie chlewni i mieć kontakt ze świniami. Mogą też zanieczyścić trawę, wodę albo słomę. W grę wchodzi także przypadkowa transmisja wirusa przez człowieka, który na przykład wdepnie w odchody dzika i wejdzie do chlewni.

Bioasekuracja kontra strzelanie

Najważniejszym sposobem walki z wirusem jest bioasekuracja. Jej zasady są jednak restrykcyjne. Wysokie koszty i arbitralne sposoby kształtowania polityki sferowej od początku budziły protesty rolników. Odstrzał sanitarny dzików miał spowolnić rozprzestrzenianie się ASF i przy okazji pokazać, że państwo coś robi z problemem.

Rezultat? Dane GUS za 2025 r. podpowiadają, że dzików w Polsce zostało ok. 60 tys. Decydenci nie przewidzieli jednak jednego: że dziki zaczną przenosić się do miast.

Masowy napływ zwierząt do miast po 2015 r. nie wydaje się przypadkiem

Powinniśmy oczywiście pamiętać, by nie mylić korelacji z koniunkcją. Nie sposób jednak nie zauważyć, że dziki w mieście przed 2015 r. stanowiły coś w rodzaju szokującej wiadomości, o której potrafiły informować media w całym kraju. Obecnie mamy do czynienia raczej z poważnym ogólnopolskim problemem społeczno-zoologicznym.

W samej Warszawie może żyć nawet 3 tys. dzików. Czego zwierzęta szukają w polskich miastach? Dość popularnym argumentem jest dostępność pożywienia. Rzeczywiście: śmietniki potrafią niekiedy paść ich łatwym łupem. Do tego zwierzęta mają do dyspozycji całe mnóstwo nieprzekopanych terenów zielonych: parków, skwerów i przydomowych ogródków. Warto dodać, że za szkody wyrządzone przez dziki w ogródku właściciele posesji nie mogą liczyć na żadną rekompensatę.

Są jednak eksperci, którzy otwarcie stawiają nieco inną tezę. Na przykład Michał Żmihorski z Instytutu Biologii Ssaków Polskiej Akademii Nauk niedawno sugerował, że dziki mogą szukać schronienia w miastach, aby uniknąć odstrzału związanego z ASF.

Dziki w mieście równie dobrze mogą uciekać przed eksterminacją

Taka hipoteza brzmi bardzo sensownie. Organizacja polowań na dziki została zaplanowana w taki sposób, że myśliwym pozwala się praktycznie na wszystko – wliczając w to nawet noktowizję i termowizję, które pozostają zabronione w przypadku na przykład jeleni, saren czy danieli.

Tymczasem art. 42aa pkt 13 wyraźnie zabrania myśliwym polowania w odległości mniejszej niż 150 m od zabudowań mieszkalnych. Odstrzał na placu zabaw w Warszawie to wyjątek, do tego – jak już wspominałem – o bardzo wątpliwej podstawie prawnej.

Nie mieliśmy do czynienia z koniecznością zabicia zwierząt bezpośrednio zagrażających ludziom. W grę wchodzą co najwyżej odstrzały związane z ASF. Warszawa znajduje się jednak obecnie w najmniej restrykcyjnej I Strefie. Poza tym miejskie populacje dzików nie zagrażają chlewniom, których przecież w środku metropolii po prostu nie ma.

Warto przy tym nadmienić, że absolutnym skandalem jest zabijanie dzików na oczach mieszkańców, w tym także dzieci. Dodatkowego kontekstu dostarcza tu lex Ardanowski, na mocy którego za utrudnianie polowań grozi nawet kara pozbawienia wolności.

Masowy odstrzał dzików z powodu ASF wypełnia słynną definicję szaleństwa

Skuteczność odstrzału dzików ASF jest tymczasem mizerna. Problem z ASF jak mieliśmy, tak mamy nadal. Odczuwam przy tym swego rodzaju déjà vu, bo pisałem o tym już 6 lat temu. Wówczas okazało się, że spośród zabitych dzików jedynie 0,4 proc. było chorych.

Być może więc obecne Ministerstwo Rolnictwa powinno wyciągnąć wnioski z błędów swoich poprzedników i równocześnie zapoznać się z przypisywaną Albertowi Einsteinowi definicją szaleństwa:

Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi