Abramsy dla Polski to naprawdę fatalny pomysł, choć same czołgi są naprawdę dobre

Państwo dołącz do dyskusji (129) 17.07.2021
Abramsy dla Polski to naprawdę fatalny pomysł, choć same czołgi są naprawdę dobre

Rafał Chabasiński

Minister Obrony Narodowej Mariusz Błaszczak pochwalił się wreszcie szczegółami planowanego zakupu nowych czołgów. Abramsy dla Polski to pod wieloma względami posunięcie absolutnie irracjonalnie. Nie oznacza to, że same czołgi są złe. Po prostu do polskich potrzeb i rzeczywistości pasują niczym pięść do nosa.

Czołgi M1A2 Abrams są naprawdę dobre, nie są jednak w żaden sposób czymś wyjątkowym spośród innych dostępnych dla Polski opcji

Polska chce kupić aż 250 amerykańskich czołgów M1A2 Abrams SEPv3. Pierwsze maszyny mają trafić do naszego kraju już na początku przyszłego roku. Całość zamówienia, wraz z pakietem logistycznym i szkoleniowym, będzie kosztować ok. 23 miliardów złotych.

Zdaniem wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego, Abramsy dla Polski to nowa jakość jeżeli chodzi o uzbrojenie wojsk lądowych. Czy jednak aby na pewno? Czołgi tego typu rzeczywiście są jednymi z bardziej udanych konstrukcji, z powodzeniem wykorzystywanymi w licznych wojnach toczonych przez Amerykanów w ostatnich dekadach. Wersja SEPv3 jest zaś najnowocześniejszą z obecnie dostępnych.

Tyle tylko, że istnieją czołgi jak najbardziej porównywalne z Ambramsami. Przykładem pierwszym z brzegu mogą być chociażby niemieckie Leopardy 2. 105 czołgów wersji 2A5 znajduje się na wyposażeniu Wojska Polskiego. Teoretycznie moglibyśmy kupić tańsze Leopardy 2A7. Moglibyśmy też skorzystać ze spersonalizowanej oferty współpracy ze strony Koreańczyków i ich czołgów K2.

Być może zresztą jeszcze skorzystamy z którejś z tych opcji? Minister Błaszczak nie wspominał w końcu o tym, jakoby Abramsy dla Polski miały być zwieńczeniem programu Wilk. Chodzi właśnie o pozyskanie nowego docelowego czołgu podstawowego dla naszej armii. Zakup Abramsów wydaje się raczej uzupełnieniem tego programu, niż jego częścią.

Wygląda na to, że Abramsy mają zastąpić stare czołgi będące na wyposażeniu Wojska Polskiego – poradzieckie T-72. Próby ich modernizacji być może dają jakieś zajęcie polskiemu przemysłowi zbrojeniowemu, jednak z czysto wojskowego punktu widzenia przypominają raczej przelewanie pustego w próżne. Najnowszy zakup brzmi więc jak całkiem rozsądny pomysł.

Abramsy dla Polski najprawdopodobniej przysłużą się bardziej politykom, niż Wojsku Polskiemu

Problem jednak tkwi w kwestiach czysto logistycznych. Czołgi M1A2 są na przykład tworzone w oparciu o „imperialne”, brytyjskie jednostki miary, wagi i objętości. Galony, cale i stopy z pewnością utrudniłyby ich serwisowanie i użytkowanie przez Europejczyków przyzwyczajonych do systemu metrycznego. Właściwie musielibyśmy stworzyć trzecie osobne zaplecze logistyczne po to, by móc właściwie korzystać z nowych czołgów. Osobną kwestię stanowi amunicja – Abramsy potrzebują innych pocisków, niż pozostałe wykorzystywane w Polsce czołgi.

Nie sposób również nie zauważyć, że czołgi M1A2 Abrams są wyjątkowo paliwożerne. Wszystko przez zastosowaną w nich turbinę gazową o mocy 1500 KM. Czołg ten zużywa dwukrotnie więcej paliwa, niż Leopard A2. Wersja SEPv3 jest również po prostu ciężka. Jeden czołg waży ok. 72 ton. To może stanowić poważny problem na polskich drogach.

Warto także zauważyć, że korzyści gospodarcze z zakupu Ambramsów przez nasz kraj poniosą właściwie wyłącznie Amerykanie. Rodzima zbrojeniówka może liczyć na licencję pozwalającą dokonywać ograniczonych modyfikacji. Najprawdopodobniej także w kwestii serwisowania i modernizacji będziemy uzależnieni od Stanów Zjednoczonych. Warto także wspomnieć, że kupimy wersję eksportową czołgów M1A2 SEPv3, pozbawioną chociażby specjalnego pancerza z wykorzystaniem zubożonego uranu.

Co gorsza, minister Błaszczak już pochwalił się na Twitterze, że Abramsy dla Polski zostaną użyte w najbardziej bezmyślny możliwy sposób. Z komunikatu MON możemy wyczytać, że będą stacjonowały na wschodzie Polski. Podobnie zresztą jak będące na wyposażeniu naszego wojska Leopardy. W razie prawdziwego konfliktu zbrojnego byłby to piękny prezent dla wrogiego lotnictwa i artylerii, w których zasięgu najnowocześniejsze polskie czołgi będą się znajdowały. Chyba, że nasz rząd upatruje przeciwnika raczej na zachodzie.

Wydaje się także, że zakup amerykańskich czołgów stanowi jakąś próbę ocieplenia relacji ze Stanami Zjednoczonymi. W końcu nic tak nie łączy państw, jak wielomiliardowe kontrakty. Tymczasem nasz rząd po kolejny ostrym sporze z Izraelem, oraz nieporadnymi próbami zwrócenia na siebie uwagi w postaci lex TVN, te poniosły pewien uszczerbek. Formuła samego zakupu, oraz narzucone przez rządzących tempu, sugerują właśnie polityczny charakter kontraktu.