1. Home -
  2. Prawo -
  3. Ewa Kopacz, Robert Biedroń i Dominik Tarczyński razem i pod rękę głosowali za śledzeniem was przez amerykańskie firmy

Ewa Kopacz, Robert Biedroń i Dominik Tarczyński razem i pod rękę głosowali za śledzeniem was przez amerykańskie firmy

W czwartek Parlament Europejski głosował nad przyszłością Chat Control 1.0 — mechanizmu, który od 2021 roku pozwalał amerykańskim korporacjom technologicznym na masowe skanowanie prywatnych wiadomości europejskich użytkowników. Poprawka kończąca ten proceder przeszła różnicą jednego głosu: 307 do 306. Gdyby zatem choć jeden europoseł zagłosował inaczej, Facebook, Google i Microsoft mogłyby dalej bez przeszkód i na masową skalę przeglądać prywatną korespondencję setek milionów ludzi. Wśród tych, którzy chcieli utrzymania tego stanu rzeczy, znalazła się pokaźna grupa polskich europosłów — od lewicy po prawicę.

Mariusz Lewandowski29.03.2026 18:04
Prawo

Czym właściwie był Chat Control 1.0

Żeby zrozumieć, o co toczyła się gra, trzeba cofnąć się do 2021 roku. Wtedy Unia Europejska przyjęła rozporządzenie przejściowe nr 2021/1232, które stanowiło tymczasowe odstępstwo od dyrektywy ePrivacy, gwarantującej poufność komunikacji elektronicznej. Na mocy tego odstępstwa platformy takie jak Facebook, Google czy Microsoft mogły „dobrowolnie" skanować prywatne wiadomości swoich użytkowników — zdjęcia, filmy, teksty — pod pretekstem wykrywania materiałów związanych z seksualnym wykorzystywaniem dzieci (tzw. CSAM).

Słowo „dobrowolnie" zasługuje tu na cudzysłów. Dobrowolność dotyczyła bowiem wyłącznie platform, a nie użytkowników. Nikt nikogo nie pytał o zgodę na to, że algorytm przeszuka prywatną rozmowę. Rozporządzenie miało obowiązywać tymczasowo — pierwotnie do sierpnia 2024 roku, potem przedłużono je do 3 kwietnia 2026. Właśnie dlatego w ostatni czwartek odbyło się kluczowe głosowanie.

Jeden głos zadecydował o prywatności 450 milionów ludzi

Głosowanie nad raportem Sippel (A10-0040/2026) dotyczyło poprawki zgłoszonej przez czeską europosłankę Markétę Gregorovą z Partii Piratów. Poprawka ta zakładała zakończenie masowego, nieukierunkowanego skanowania komunikacji i ograniczenie ewentualnej kontroli wyłącznie do konkretnych osób, wobec których istnieje uzasadnione podejrzenie — i to za zgodą sądu. Przyjęto ją stosunkiem głosów 307:306.

To oznacza, że od kwietnia wielkie platformy technologiczne nie będą mogły masowo skanować prywatnych wiadomości użytkowników z Europy metodą „sprawdzamy wszystkich, bo może kogoś złapiemy". Nieszyfrowana komunikacja oczywiście nadal może być monitorowana na wniosek służb w konkretnych sprawach, ale zniknie zakaz szyfrowania end-to-end jako realne zagrożenie. Parlament odrzucił też technologię client-side scanning, która miała analizować treści bezpośrednio na telefonach użytkowników, zanim te zostaną zaszyfrowane i wysłane.

Polscy europosłowie, którzy głosowali za masowym skanowaniem

Najciekawsze jest to, kto głosował za utrzymaniem mechanizmu pozwalającego firmom z Doliny Krzemowej na przeglądanie naszych prywatnych rozmów. Wśród polskich europosłów popierających Chat Control 1.0 znaleźli się politycy z praktycznie całego spektrum politycznego: Bartosz Arłukowicz, Robert Biedroń, Adam Bielan, Tobiasz Bocheński, Krzysztof Brejza, Joachim Brudziński, Michał Dworczyk, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Małgorzata Gosiewska, Andrzej Halicki, Adam Jarubas, Mariusz Kamiński, Michał Kobosko, Ewa Kopacz, Marlena Maląg, Arkadiusz Mularczyk, Piotr Müller, Mirosława Nykiel, Jacek Ozdoba, Jacek Protas, Bogdan Rzońca, Joanna Scheuring-Wielgus, Michał Szczerba, Beata Szydło, Dominik Tarczyński, Michał Wawrykiewicz, Jadwiga Wiśniewska, Maciej Wąsik, Anna Zalewska, Kosma Złotowski i Krzysztof Śmiszek.

Lista jest zdumiewająca nie dlatego, że jest długa, ale dlatego, że obejmuje osoby, które na co dzień nie zgadzają się dosłownie w żadnej sprawie. Ewa Kopacz i Beata Szydło w jednym obozie? Krzysztof Brejza obok Mariusza Kamińskiego? Robert Biedroń ramię w ramię z Dominikiem Tarczyńskim? W krajowej polityce taka koalicja byłaby nie do pomyślenia. A jednak, gdy chodziło o zgodę na to, by Meta i Google mogły zaglądać do prywatnych wiadomości Europejczyków, podziały partyjne nagle przestały istnieć.

Ochrona dzieci jako pretekst do inwigilacji

Oficjalnym uzasadnieniem Chat Control była ochrona dzieci przed seksualnym wykorzystywaniem w internecie. Cel szlachetny i bezsporny. Problem w tym, że środki do jego realizacji były — delikatnie mówiąc — nieadekwatne. Masowe skanowanie setek milionów prywatnych rozmów algorytmami o wątpliwej precyzji to rozwiązanie, które według danych niemieckiej policji generowało nawet 50 proc. fałszywych alarmów. Połowa zgłoszeń okazywała się bezpodstawna, obciążając policję i narażając niewinnych ludzi na stres i procedury.

Patrick Breyer z Partii Piratów, były europoseł, który od lat walczył z Chat Control, wielokrotnie zwracał uwagę, że zbiorcze skanowanie nie przyczynia się w znaczący sposób do ochrony dzieci ani do skazywania sprawców przemocy. Meta wysyła Twoje intymne nagrania do Kenii, gdzie pracownicy oglądają je ręcznie — to nie jest wyraz troski o bezpieczeństwo dzieci, lecz biznesowa praktyka korporacji, która obchodzi się z danymi użytkowników z trudną do zaakceptowania swobodą. Trudno zatem bronić tezy, że oddanie tym samym firmom prawa do skanowania prywatnej korespondencji miało za cel wyłącznie dobro najmłodszych.

Polska rządowa pozycja kontra polscy europosłowie

Warto odnotować pewien paradoks. Polskie rządy — zarówno obecny, jak i poprzedni — konsekwentnie sprzeciwiały się Chat Control na poziomie Rady UE. Polska obok Czech i Holandii tworzyła mniejszość blokującą propozycję masowego skanowania komunikatorów. Paweł Olszewski, wiceminister cyfryzacji, mówił wprost, że ochrona dzieci w sieci nie może się odbywać na zasadzie zgody na masowe skanowanie szyfrowanych komunikatorów bez zgody sądu.

Tymczasem polscy europosłowie — reprezentujący te same partie, które w rządzie blokowały Chat Control — głosowali za jego utrzymaniem. To napięcie między stanowiskiem krajowym a postawą europarlamentarzystów każdy może sobie wytłumaczyć po swojemu. Albo europosłowie nie rozumieli, nad czym głosują, albo traktowali sprawę rutynowo, albo po prostu „ochrona dzieci" w nazwie rozporządzenia wystarczyła, żeby nie wgłębiać się w szczegóły. Żadna z tych opcji nie jest pocieszająca.

Co dalej z kontrolą czatów

Choć Chat Control 1.0 w dotychczasowej formie upadł, to nie oznacza końca dyskusji. Parlament zgodził się na przedłużenie mechanizmu do sierpnia 2027 roku, ale wyłącznie w wersji zindywidualizowanej — skanowanie może dotyczyć tylko konkretnych, sądowo nadzorowanych przypadków. Masowe, prewencyjne przeglądanie komunikacji zostało odrzucone.

Jednocześnie Komisja Europejska nie składa broni. W Brukseli od lat procedowany jest projekt Chat Control 2.0, który zakłada jeszcze dalej idące rozwiązania — włącznie z obowiązkowym skanowaniem treści przez dostawców usług internetowych. Rada UE pod duńską prezydencją zdołała przekonać 23 kraje do poparcia „dobrowolnego" inwigilowania komunikatorów. Organizacje broniące praw cyfrowych, takie jak European Centre for Press and Media Freedom, ostrzegały, że taki mechanizm otworzyłby furtkę do permanentnej inwigilacji i podważyłby wolność prasy.

Dyrektywa ePrivacy i jej tymczasowe wyjątki

Cała konstrukcja prawna Chat Control opierała się na prostym chwycie: dyrektywa ePrivacy chroni poufność komunikacji elektronicznej, a rozporządzenie 2021/1232 tworzyło od niej tymczasowy wyjątek. Ten wyjątek pozwalał firmom technologicznym na działania, które w normalnych warunkach byłyby wprost nielegalne. Innymi słowy, Chat Control nie tyle chronił przed przestępczością, co legalizował praktyki, które w każdym innym kontekście zostałyby uznane za naruszenie praw podstawowych. Karta Praw Podstawowych UE w art. 7 gwarantuje poszanowanie życia prywatnego i komunikacji. Art. 8 chroni dane osobowe. Art. 11 zapewnia wolność wypowiedzi. Masowe, algorytmiczne skanowanie prywatnej korespondencji wszystkich użytkowników — bez podejrzenia, bez nakazu, bez kontroli sądowej — stoi w jawnej sprzeczności z każdym z tych przepisów.

Kto ponosi odpowiedzialność za wyciek danych osobowych w wyniku takiego skanowania? Kto odpowiada, gdy algorytm błędnie oznaczy niewinne zdjęcie z wakacji jako materiał nielegalny? Te pytania przez lata pozostawały bez odpowiedzi, bo sam mechanizm Chat Control funkcjonował w prawnej szarej strefie.

Jeden głos, który ocalił prywatność — tym razem

Czwartkowe głosowanie pokazało dwie rzeczy. Po pierwsze, instytucje demokratyczne potrafią czasem zadziałać — nawet jeśli ledwo, jednym głosem. Po drugie, Facebook ucieka przed RODO przy każdej okazji, a jednocześnie chętnie korzysta z regulacji, które dają mu dostęp do prywatnych danych użytkowników. Chat Control był dla wielkich platform wygodny: skanowały, co chciały, a odpowiedzialność za ewentualne błędy rozmywała się w biurokratycznej mgle.

Tym razem się nie udało. Ale historia Chat Control uczy, że temat masowego nadzoru nad komunikacją wraca niczym bumerang. Komisja Europejska już pracuje nad kolejną wersją, a politycy — jak pokazała lista głosujących — są zdumiewająco skłonni popierać inwigilację, jeśli tylko opakuje się ją w odpowiednio szlachetny pretekst. Warto więc zapamiętać, jak głosowali nasi europarlamentarzyści, nie dlatego, że są gorsi od innych, ale dlatego, że za rok lub dwa znów będą mieli okazję głosować nad czymś podobnym. I tylko europejska tożsamość cyfrowa świadomych obywateli — a nie algorytmy platform — może temu zapobiec.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi