1. Bezprawnik -
  2. Firma -
  3. Fryzjer z Wałbrzycha ogolił ZAiKS. Ten wyrok do dziś chroni tysiące polskich przedsiębiorców przed absurdalnymi opłatami

Fryzjer z Wałbrzycha ogolił ZAiKS. Ten wyrok do dziś chroni tysiące polskich przedsiębiorców przed absurdalnymi opłatami

Drobny zakład fryzjerski w Wałbrzychu, kartka z prośbą, żeby klientki nie słuchały radia, stopery do uszu rozdawane paniom pod suszarką i pozew na 922,50 zł. To nie scenariusz kabaretu, tylko historia Marcina Węgrzynowskiego, który w 2014 roku doprowadził do jednego z najbardziej przełomowych wyroków w polskim sporze o tantiemy. Po latach od zapadnięcia orzeczenia warto przypomnieć, czym tamto rozstrzygnięcie było i dlaczego dziś, po kolejnych wyrokach Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, mali przedsiębiorcy mają jeszcze mocniejsze karty.

Jerzy Wilczek23.04.2026 17:06
Firma

Salon fryzjerski kontra organizacja zbiorowego zarządzania

Wałbrzyski zakład był mikroprzedsiębiorstwem w najczystszej postaci. Jedno pomieszczenie, powierzchnia około 25 metrów kwadratowych, właściciel sam obsługujący klientki umawiane na konkretne godziny. W rogu stało stare radio firmy Panasonic, które zwykle było ściszone, a w praktyce często zagłuszał je szum suszarek. Dla większości ludzi obraz nieróżniący się od tysięcy innych salonów w kraju. Dla inspektorów ZAiKS-u, którzy odwiedzili lokal w styczniu 2013 roku, stał się powodem do żądania wykupienia licencji i comiesięcznych opłat tantiem.

Węgrzynowski odmówił. Organizacja zbiorowego zarządzania złożyła do sądu pozew cywilny, domagając się 922,50 zł z tytułu rzekomego naruszenia autorskich praw majątkowych. Zakres finansowej stawki był niepozorny, ale ciężar sprawy — ogromny. W tle toczyły się setki analogicznych postępowań przeciwko sklepikarzom, właścicielom warsztatów, gabinetów usługowych. Rzecznik organizacji w rozmowie z TVN24 przyznawał wówczas, że ZAiKS prowadzi rocznie ponad tysiąc postępowań przeciw przedsiębiorcom odtwarzającym muzykę z radia, z czego, według jego słów, wygrywa około 90 procent. Uprawomocnienie korzystnego dla fryzjera wyroku mogło więc tę statystykę solidnie zachwiać.

Stopery do uszu i 272 oświadczenia klientek

Linia obrony była dwutorowa i przewrotna zarazem. Po pierwsze, Węgrzynowski wywiesił w salonie kartkę z komunikatem, że klientki proszone są o niesłuchanie radia — bo muzyka jest przeznaczona wyłącznie dla personelu. Tym, które mimo wszystko nie mogły się powstrzymać, rozdawał stopery do uszu. Rzecz z pozoru groteskowa stała się medialnym samograjem; dzięki niej sprawa przedarła się z lokalnego wydania radia do ogólnopolskich serwisów.

Po drugie — i to już był ruch ściśle prawniczy — fryzjer zebrał 272 podpisane oświadczenia klientek, z których wynikało, że przychodzą one do jego salonu dla samej usługi, a nie dla odtwarzanej w tle muzyki. Do tego dołączono księgi podatkowe pokazujące, że obecność lub brak włączonego radia nie miały żadnego przełożenia na obroty zakładu. Obrona oparła się na art. 24 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, zgodnie z którym posiadacze odbiorników radiowych lub telewizyjnych mogą za ich pomocą odbierać nadawane utwory również w miejscach ogólnodostępnych, o ile nie łączy się z tym osiąganie korzyści majątkowych.

Wyrok, który podważył automatyzm ZAiKS-u

Sąd Okręgowy w Świdnicy w kwietniu 2014 r. oddalił powództwo w całości. Jak poinformowała rzeczniczka sądu Agnieszka Połyniak, cytowana przez Polską Agencję Prasową, „Sąd nie podzielił stanowiska Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, że słuchanie muzyki w zakładzie fryzjerskim miało wpływ na zwiększenie przychodów". Sędzia Jacek Szerer w ustnym uzasadnieniu zwrócił uwagę na kilka kwestii kluczowych dla dalszego orzecznictwa. Po pierwsze — każdą taką sprawę należy badać indywidualnie, bo inna jest sytuacja małego salonu fryzjerskiego, inna poczekalni u dentysty, a jeszcze inna dużej sieci handlowej czy hotelu. Po drugie — skoro radio to nie tylko muzyka, ale i wiadomości, prawo dostępu do informacji ma rangę konstytucyjną i nie może być arbitralnie ograniczane przez organizację zbiorowego zarządzania.

Sąd powołał się też na orzecznictwo unijne, w szczególności na wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE z 15 maja 2012 r. w sprawie C-135/10 (Marco del Corso), który dotyczył włoskiego dentysty pozwanego przez krajowy odpowiednik ZAiKS-u. Trybunał uznał wówczas, że bezpłatne odtwarzanie fonogramów w gabinecie stomatologicznym, w ramach wykonywania wolnego zawodu, z korzyścią dla klientów, którzy nie decydowali się na wizytę ze względu na muzykę, nie mieści się w pojęciu publicznego udostępniania i nie uzasadnia pobierania wynagrodzenia na rzecz producentów.

Apelacja przegrana, wyrok prawomocny

ZAiKS wniósł 21-stronicową apelację. 29 sierpnia 2014 roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu ją oddalił, podtrzymując rozstrzygnięcie pierwszej instancji. Sędzia Jacek Gołaczewski w ustnym uzasadnieniu, cytowanym przez Gazetę Prawną, zauważył, że to nieduży zakład z odbiornikiem słabej jakości, gdzie dźwięk zagłuszają inne urządzenia, a muzyka tła nie miała wpływu na dochody ani na decyzje klientek. Wyrok się uprawomocnił. Dyrektor wrocławskiej dyrekcji okręgowej ZAiKS-u, Michał Kulig, próbował po ogłoszeniu rozstrzygnięcia uspokoić członków organizacji przypominając, że w Polsce nie obowiązuje prawo precedensu, więc wyrok dotyczy tylko konkretnej sprawy. Z prawnego punktu widzenia to prawda. Z praktycznego — zupełnie nie. Orzeczenie natychmiast stało się wzorcem argumentacji dla setek przedsiębiorców, a sędzia Jacek Szerer otrzymał za uzasadnienie wyroku nagrodę Sędziego Europejskiego 2014 roku, przyznawaną przez Sąd Najwyższy.

Co zmienił wyrok TSUE w sprawie Blue Air Aviation

Dla porządku należy odnotować, że od czasu wałbrzyskiego rozstrzygnięcia linia orzecznicza w Europie nie stała w miejscu — przeciwnie, zyskała kolejny, bardzo mocny filar. 20 kwietnia 2023 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w połączonych sprawach C-775/21 i C-826/21 (Blue Air Aviation i UPFR przeciwko rumuńskim przewoźnikom), który w sposób systemowy zmienił podejście do kwestii „publicznego udostępniania" utworów muzycznych.

Trybunał rozstrzygnął trzy rzeczy. Po pierwsze — rzeczywiste rozpowszechnianie muzyki tła, na przykład na pokładzie samolotu, stanowi publiczne udostępnianie. Po drugie — samo zainstalowanie w lokalu czy pojeździe sprzętu nagłaśniającego, umożliwiającego teoretycznie odtwarzanie muzyki, nie jest jeszcze publicznym udostępnianiem. Po trzecie — i to jest absolutnie fundamentalne — prawo unijne sprzeciwia się krajowym przepisom, które tworzyłyby domniemanie publicznego udostępniania wyłącznie na podstawie faktu posiadania w lokalu urządzeń mogących odtwarzać muzykę. Organizacje zbiorowego zarządzania nie mogą żądać tantiem za samą obecność głośników czy radia w zakładzie pracy. Muszą wykazać, że faktycznie dochodziło do odtwarzania i że spełniało ono ustawowe przesłanki publicznego udostępniania.

Praktyczne znaczenie dla fryzjerów, sklepikarzy i gastronomii

Wyrok TSUE z 2023 r. w połączeniu z linią orzeczniczą wyznaczoną przez polskie sądy w sprawie Węgrzynowskiego daje przedsiębiorcom konkretne narzędzia. Jeśli muzyka w lokalu nie ma związku z osiąganiem korzyści majątkowych — a w małym zakładzie usługowym trudno to powiązanie wykazać — obowiązek zapłaty nie powstaje. Ciężar dowodu wykazania, że odtwarzanie ma charakter publiczny w sensie prawnym i generuje korzyści, spoczywa w praktyce na organizacji zbiorowego zarządzania, choć w polskich realiach przedsiębiorcy bywają zmuszani do odwrócenia tej logiki i samodzielnego udowadniania, że z radia nie czerpią zysków.

To pokazuje, dlaczego pragmatyczna rada dla właścicieli małych firm jest prosta: kartka, 272 podpisane oświadczenia i księgi podatkowe to dowody, które w sądzie działają. Samo oburzenie w internecie — nie. Tym bardziej że odtwarzanie muzyki bez pozwolenia ZAiKS może doprowadzić na salę sądową, a rocznie takich spraw toczą się tysiące.

Granica między radiem w pracy a komercyjnym odtwarzaniem muzyki

Trzeba uczciwie powiedzieć, że wyrok z Wałbrzycha nie oznacza zielonego światła dla całego handlu i usług. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w dużych sieciach handlowych z profesjonalnym systemem nagłośnienia, w restauracjach z pieczołowicie dobraną playlistą, w klubach fitness czy na imprezach okolicznościowych. Tam muzyka jest elementem oferty i buduje atmosferę wpływającą na decyzje klientów. Kto organizuje za muzykę na wesele musisz zapłacić ZAiKS-owi — i jest to pozycja trudna do podważenia.

Podobnie niejednoznaczna jest kwestia muzyki w biurze, gdzie to pracodawca zapewnia pracownikom rozrywkę tła. W takim układzie opłaty licencyjne, niestety, wchodzą w grę. Istnieją jednak legalne sposoby, by nie płacić ZAiKS-owi, między innymi poprzez korzystanie z utworów na licencji Creative Commons albo z komercyjnych usług oferujących muzykę bez tantiem — przykładem może być rynkowa oferta dla małych firm, znacznie tańsza niż stawki organizacji zbiorowego zarządzania.

Opłata reprograficzna i szersze pole sporu

Warto też pamiętać, że spór o granice roszczeń ZAiKS-u nie kończy się na radiu w salonie. Od lat toczy się dyskusja o podatek od smartfonów i tabletów ZAiKS, czyli o rozszerzenie tzw. opłaty reprograficznej na kolejne urządzenia elektroniczne. Logika jest tu podobna: rekompensować twórcom potencjalne straty wynikające z kopiowania utworów. Praktyka — jak pokazuje historia wałbrzyskiego fryzjera — pokazuje, że rozszerzanie tej logiki w nieskończoność kończy się w sądach i nie zawsze po myśli organizacji zbiorowego zarządzania.

Mały zakład, wielki precedens

Sprawa Marcina Węgrzynowskiego pozostaje jednym z najważniejszych punktów odniesienia w sporze o to, gdzie kończy się ochrona praw twórców, a zaczyna nadregulacja szkodliwa dla drobnej przedsiębiorczości. Argument obrony oparty na art. 24 ust. 2 ustawy o prawie autorskim wciąż działa, choć zawsze wymaga dobrze udokumentowanych dowodów — podobnie zresztą jak powoływanie się na prawo cytatu czy inne instytucje dozwolonego użytku, które wymagają spełnienia konkretnych przesłanek, a nie deklaracji dobrej woli.

Największą lekcją tej sprawy — abstrahując od walorów PR-owych kartki z prośbą o niesłuchanie radia — jest to, że pojedynczy mikroprzedsiębiorca, uparcie broniący swojej racji, może wymusić korektę praktyki potężnej organizacji o zasięgu ogólnopolskim. Media, media społecznościowe i kilkaset podpisów klientek okazały się skuteczniejszą tarczą niż niejedna kancelaria prawna. A po wyroku TSUE w sprawie Blue Air Aviation ta tarcza ma dziś solidniejsze niż dekadę temu unijne nity.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi