Pogotowie nie chciało przyjechać do mężczyzny na kwarantannie. Udał się więc do szpitala i dostał 5000 złotych kary

Zbrodnia i kara Zdrowie dołącz do dyskusji (531) 10.05.2020
Pogotowie nie chciało przyjechać do mężczyzny na kwarantannie. Udał się więc do szpitala i dostał 5000 złotych kary

Paweł Mering

Jeden z mieszkańców Ćwiklic k. Pszczyny (woj. śląskie) doznał urazu, a rana nie nie chciała się goić. Zaniepokojony swoim stanem zdrowia zadzwonił po karetkę, jednak nie chciano go przetransportować do szpitala. Pojechał sam i… dostał karę administracyjną.

Kara administracyjna za pójście do lekarza

Jak opisuje serwis „pless.pl”, jeden z mieszkańców wsi Ćwiklice znajdującej się w powiecie pszczyńskim – niejaki pan Adam – wrócił jakiś czas temu z Holandii, gdzie pracował. Zgodnie z par. 2 ust. 2 pkt 2 rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 2 maja 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, osoba powracająca do kraju ma

odbyć, po przekroczeniu granicy państwowej, obowiązkową kwarantannę, o której mowa w przepisach wydanych na podstawie art. 34 ust. 5 ustawy z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, trwającą 14 dni licząc od dnia następującego po przekroczeniu tej granicy, wraz z osobami wspólnie za- mieszkującymi lub gospodarującymi.

Pan Adam wrócił z pracy w Holandii, więc zastosowano wobec niego 14-dniową kwarantannę. Pech chciał, że doznał on niegroźnego urazu stopy, który przerodził się w niepokojące objawy, skłaniające mężczyznę do skorzystania z pomocy lekarskiej.

Chciał pomocy lekarskiej, dostał karę administracyjną

Odcisk na stopie zamienił się w ranę, z której wydzielał się nieprzyjemny zapach, a także wystąpiła opuchlizna. Zaniepokojony mężczyzna zadzwonił do Szpitala Megrez w Tychach, będącego czasowo jednoimiennym szpitalem zakaźnym, wyjaśniając sytuację i zapewniając, że nie ma on żadnych objawów choroby COVID-19, wywoływanej przez koronawirusa Sars-CoV-2.

Szpital odmówił wysłania karetki z zespołem pogotowia ratunkowego, więc mężczyzna zadzwonił do miejscowego sanepidu. Ten z kolei uznał, że do placówki medycznej należy dostać się karetką, bądź też transportem własnym. Zarówno na infolinii szpitala, jak i podczas rozmowy z centrum powiadamiania ratunkowego (112) dowiedział się on, że musi dostać się do szpitala sam, bo karetki nie da się wysłać.

Niestety, mężczyzna nie ma samochodu, więc do szpitala pojechał Uberem. Zaznacza jednak, że powiedział kierowcy, iż podlega obowiązkowej kwarantannie.

Mężczyźnie udzielono pomocy medycznej

Chirurg ze Szpitala Megrez w Tychach przyjął mężczyznę i zbadał go. Po wizycie pan Adam dostał zestaw leków i „wskazanie do dalszego leczenia ambulatoryjnego”. Co ważne, wykonano również testy na obecność koronawirusa, które wyszły negatywnie. Szpital poinformował miejscową policję o zaistniałym zdarzeniu, która skierowała notatkę do właściwego sanepidu.

Ten uznał zdarzenie za złamanie zasad obowiązkowej kwarantanny i nałożył na mężczyznę karę administracyjną w wysokości 5000 złotych. W uzasadnieniu decyzji o nałożeniu kary pieniężnej wskazano, że mężczyzna

swoim zachowaniem stworzył wysokie ryzyko dla zdrowia publicznego w związku z możliwością szerzenia się choroby zakaźnej.

Sanepid w odpowiedzi na pytania zadane przez źródłowy serwis stwierdził, że pan Adam powinien zwrócić się do lekarza POZ, a nie do szpitala – szczególnie dostając się do niego transportem nomen omen publicznym.

Troska o zdrowie, czy naganne zachowanie?

Zachowanie mężczyzny można oceniać różnie, natomiast faktem jest, że zagrożenie dla zdrowia publicznego, będące podstawą ukarania, jest w tym wypadku bardziej rzekome, niż rzeczywiste. Przymusowa kwarantanna stosowana wobec osób przyjeżdżających zza granicy sama w sobie budzi wątpliwości co do zasadności, a ponadto bohater wpisu okazał się być – w sensie koronawirusa – zdrowy.

Kara administracyjna nawet, gdy uznamy, że zachowanie mężczyzny było nieodpowiedzialne, ukazuje w sytuacjach – jak właśnie omawiana – swoją irracjonalność.

Organ administracji co do zasady nie bada zarówno winy (w sensie zamiaru), jak i motywacji, która kierowała osobą. Sanepid opiera się na policyjnej notatce – w tym wypadku sporządzonej „z drugiej ręki” – a sam pan Adam nie miał nawet możliwości jakiegokolwiek wytłumaczenia się, może to uczynić w odwołaniu.

Kara administracyjna ma rygor natychmiastowej wykonalności, a odwołanie się od decyzji jej nie wstrzymuje, więc mężczyzna przynajmniej przez jakiś czas będzie biedniejszy o kilka tysięcy złotych. Bez postępowania dowodowego, prawa do sądu, czy możliwości wytłumaczenia się ze swojego zachowania.