Wizyty trwają kilka minut, lekarz nie zagłębia się w problem, a rachunek przyprawia o zawrót głowy. I nie, nie są to pojedyncze przypadki – historie o kilkuminutowych konsultacjach psychiatrycznych albo o zobowiązywaniu pacjenta do samodzielnego mierzenia rozstawu źrenic linijką mimo zapłaty za konsultację naprawdę się zdarzają.
Długie kolejki na NFZ napędzają biznes prywatnych gabinetów
Prywatna opieka zdrowotna często przypomina fabrykę – pacjent wchodzi i wychodzi, a lekarz myśli bardziej o liczbie wizyt niż pomocy komukolwiek. To świetnie prosperujący biznes, w którym schorowani ludzie są traktowani jak produkt i płacą setki złotych często za krótkie i zupełnie nic niewnoszące konsultacje.
Głównych powodem, dla którego Polacy decydują się na prywatne wizyty, są dramatycznie długie kolejki w publicznej służbie zdrowia. Z Barometru WHC wynika, że w 2025 roku średni czas oczekiwania na świadczenie zdrowotne wynosił 4,2 miesiąca. Spośród 215 badanych świadczeń w 38 przypadkach dostępność się pogorszyła, a w 63 poprawiła.
Najdłuższe, prawie roczne kolejki, dotyczyły chirurgii plastycznej oraz stomatologii czy ortopedii i traumatologii narządu ruchu. Najkrócej czekano na świadczenia z zakresu radioterapii onkologicznej (0,5 miesiąca). Niemniej dla zburzenia optymizmu dodajmy, że w przypadku operacji wymiany zastawki od wizyty u lekarza POZ do operacji mija ponad półtora roku, a w odniesieniu do usunięcia żylaków kończyn dolnych czas liczymy w 30,5 miesiąca. W takim układzie rzesza pacjentów nie ma wyboru i przenosi się do sektora prywatnego, a tam nierzadko czeka na nich ogromne rozczarowanie.
Z gabinetu lekarskiego zdarza się niektórym robić taśmę produkcyjną
Hipotetyczny przykład: kobieta od miesięcy zmaga się z bólem pleców. Ze względu na ponad półroczny czas oczekiwania na wizytę w ramach NFZ-u decyduje się na poradę prywatną u ortopedy. Płaci 300 zł za niecałe 15 minut. Lekarz ogranicza się do zadania kilku ogólnych pytań, nie zapoznając się z wcześniejszą dokumentacją medyczną, po czym wystawia receptę i kończy spotkanie. Gdy kobieta próbuje uzyskać więcej informacji na temat skutków ubocznych leczenia oraz możliwych alternatyw terapeutycznych, słyszy, że powinna przeczytać ulotkę i że już musi wyjść, bo następni pacjenci czekają.
Brzmi znajomo? Nie ma co wrzucać wszystkich do jednego worka, aczkolwiek wiele osób przyznaje, że spotkało się z bardzo podobną sytuacją, czyli z brakiem empatii ze strony lekarza, któremu zapłacili kilkaset złotych.
Zdrowie znalazło się w cenniku usług premium za sprawą lekarzy z żyłką przedsiębiorcy
Czy konsultacja lekarska za 300, 400 albo 500 zł to jeszcze rynkowa norma, czy już solidna przesada? Lekarze pod naporem krytyki bronią się, że mają prawo do takich stawek – latami się kształcili, ponoszą ogromną odpowiedzialność, inwestują w kursy, specjalizacje i sprzęt, a prowadzenie prywatnego gabinetu wiąże się z wysokimi kosztami. To wszystko prawda. Medycyna to zawód wymagający, obciążający psychicznie i prawnie, a kompetencje kosztują.
Jednak pacjent ma prawo czuć dysonans. Kilkaset złotych za kwadrans rozmowy to dla wielu ludzi duża część miesięcznego budżetu, a wielokroć na jednej wizycie leczenie się nie kończy. Bywa że leki są źle dobrane i trzeba np. za miesiąc czy dwa ponownie odwiedzić lekarza – i ponownie mu zapłacić pełną stawkę. Owszem, podobnie płaci się w innych branżach – u fryzjerki czy kosmetyczki, zwłaszcza gdy mówimy o pakietach zabiegów. Tyle że w przypadku zdrowia w grę wchodzi coś więcej niż usługa estetyczna bądź relaksacyjna. To często kwestia bólu, lęku, bezradności i stałego zagrożenia dla jakości życia. Dobry lekarz powinien mieć w sobie empatię również pod kątem finansowym – postarać się zrozumieć, że pacjent bywa zmuszony odjąć sobie od ust, by udać się na wizytę prywatnie.
Czy cena wizyty odzwierciedla wyłącznie wiedzę i koszty prowadzenia działalności, czy bezlitośnie żeruje na ograniczonej dostępności specjalistów i niewydolności publicznego systemu, która niejako wypycha pacjentów do sektora prywatnego? Gdy alternatywą jest wielomiesięczne oczekiwanie na swoją kolej, trudno mówić o w pełni wolnym wyborze. W takiej sytuacji wysoka stawka przestaje być tylko rynkową wyceną kompetencji, a zaczyna budzić pytanie o granice komercjalizacji medycyny. Bo choć chyba nikt nie kwestionuje prawa lekarzy do godziwego wynagrodzenia, to wielu zastanawia się, czy obecne ceny bezwzględnie nie oddalają ochrony zdrowia od tych najbardziej jej potrzebujących.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj