Młodzi pracownicy mało zarabiają, bo brak im umiejętności, doświadczenia, a coraz częściej również ambicji

Gorące tematy Praca dołącz do dyskusji (211) 05.06.2018
Młodzi pracownicy mało zarabiają, bo brak im umiejętności, doświadczenia, a coraz częściej również ambicji

Udostępnij

Jakub Kralka

Młode pokolenie jako pierwsze w historii uwierzyło, że nie praca jest sensem życia, a oglądanie filmów o superbohaterach, bycie aktywistą na rzecz lokalnego parku, joga i lunche w modnych restauracjach. Zupełnie im nie przeszkadza, że nie potrafią tego sobie skutecznie finansować.

Czy pokolenie kończące właśnie studia to pokolenie nieudaczników? Moim zdaniem jest jeszcze dla nich nadzieja, niestety niemodnie jest dziś serwować im swoistą terapię szokową, na którą bez wątpienia zasługują. O wiele prościej jest krytykować system. Jak Taco Hemingway w swoich piosenkach, chcą bardzo dużo, ale brzydzą się praktycznie wszystkim, co mogłoby ich do tego doprowadzić. Dziwne czasy nas nadeszły.

8 godzin w biurze za minimalną krajową

Warto zerwać z mitem ośmiogodzinnego dnia pracy. To, że tak się przyjęło, nie znaczy jeszcze, że to jakieś uniwersalne panaceum. Może się zdarzyć tak, że osiem godzin przez pięć dni w tygodniu to będzie w sam raz, żeby do końca życia wynajmować pokój w Warszawie. Ale na mieszkanie własnościowe to może być po prostu za mało.

Zwykło się przyjmować, że jak już ktoś pracuje 8 godzin to to już jest naprawdę coś. To jakość, a nie ilość pracy, powinna wyznaczać jej granice. Młode pokolenie naprawdę chce, nie wzbrania się, odsiedzieć te swoje 8 godzin w pracy i zainkasować na koniec miesiąca wypłatę, nie zastanawiając się przesadnie czy to, co robili, było w ogóle dla serwującego wypłatę jakieś sensowne pieniądze warte.

5 minut segregowania śmieci jest prawdopodobnie bardziej wartościowe od 16 godzin gapienia się na kremową ścianę. Skończmy z przekonaniem, że 8-godzinny dzień pracy wyznacza jej wartość. Nie mam nic przeciwko osobom, które nawet w niezbyt wartościowej pracy chcą pracować 8, a może nawet 4 godziny dziennie. Powinny jednak zracjonalizować swoje oczekiwania od życia.

Mamy w Polsce przedziwną kulturę martyrologii. Człowiek ścigany przez komornika chętnie i bez wstydu opowiada o tym w mediach społecznościowych kreując się na ofiarę. Ofiarami czują się też osoby opowiadające o zarabianiu pensji minimalnej. Moim zdaniem nie ma powodu do dumy, to czytelny komunikat o treści: moja praca jest tak niewiele warta, że ustawodawca zmusza mojego pracodawcę do płacenia mi powyżej jej wartości. Zarabianie minimalnej krajowej to nie jest powód do dumy i z całą pewnością nie jest to powód do roszczeń głoszonych w mediach społecznościowych. Chyba, że w prywatnej rozmowie przekonamy pracodawcę dlaczego zasługujemy na więcej.

Młodzi pracownicy nie mają umiejętności i doświadczenia

Młody pracownik wbrew swojemu przekonaniu nie jest cudownym płatkiem śniegu zesłanym przez los, bo tak mówili mu jego rodzice. Przyjmując do pracy młodą osobę, najczęściej otrzymujemy osobę, która tej pracy nie potrafi wykonywać wcale lub przynajmniej zbyt dobrze (spoiler alert: pracy nie da się nauczyć na wykładach).

Młody pracownik potrzebuje czasu żeby nauczyć się mechanizmów, zrozumieć jak to wszystko działa, samemu trzeba też poświęcić pewne zasoby ludzkie (a czasem i finansowe), by nauczyć go jak ten świat działa. Tak się zastanawiam… Kto tutaj jest większym beneficjentem tej sytuacji – pracodawca, na rzecz którego często błędnie wykonywana jest zwykle opiewająca na podstawowe czynności praca, czy pracownik, który wreszcie zaczyna zdobywać pierwsze warsztatowe szlify?

Mnie zatem oferty bezpłatnych stażów nie bulwersują, ponieważ jest to transakcja barterowa, oddawanie przez pracodawcę wiedzy i doświadczenia z młodym, może i perspektywicznym człowiekiem, który jednak nie podpisze cyrografu, nie zagwarantuje lojalności tak, by mieć pewność, że to po prostu inwestycja.

Potem jeszcze przez kilka lat taki młody pracownik i tak jest kilka klas gorszy i zarabia na rzecz swojego pracodawcy relatywnie mniej od sekretarki, która od 20 lat jest w firmie. Bo brak mu doświadczenia.

Młodzi pracownicy nie mają ambicji

Coraz częściej rynek pracy, szczególnie wśród młodych osób, zaburzony jest przez medialnie lansowaną potrzebę work-life balance. Nie widzę w niej niczego złego, ponieważ od zarania dziejów część osób wolała się poświęcić pracy i karierze, a część rozwijaniu siebie albo opiece nad rodziną.

Nie jest jednak tajemnicą, że to ci pierwsi mogli się cieszyć sukcesami finansowymi i zawodowymi, a pozostali byli pewnie nawet bardziej szczęśliwymi lekkoduchami.

Dziś młody pracownik chce być szczęśliwym i bogatym lekkoduchem sukcesu. A tak się nie da i moim zdaniem to jest słuszne, to jest sprawiedliwe. Socjologowie jednak już od pewnego czasu zastanawiają się co, jako społeczeństwo, zrobiliśmy nie tak, że ci biedni ludzie w wieku 25 lat muszą porzucić przynajmniej część dzieciństwa i pójść do pracy, która – o zgrozo – nie zawsze wygląda tak, jak w amerykańskim serialu.

211 odpowiedzi na “Młodzi pracownicy mało zarabiają, bo brak im umiejętności, doświadczenia, a coraz częściej również ambicji”

  1. Nie wiem czy to artykuł prześmiewczy czy nie ale:
    1. gdyby nie państwowa płaca minimalna nadal ludzie zarabiali by 1600 zł brutto.
    2. Pisanie, że opowiadanie o pracy za minimalną krajową o nie powód do dumy: jasne że nie, ale co ten biedny człowiek ma zrobić jak wyczerpał wszystkie możliwe sposoby powiększenia zarobku ? Pracodawca, już drugi raz w tym roku wymienił Cayenne na nowy ale na podwyżkę nie ma, bo firma cienko przędzie.
    3. Bezpłatne staże: w większości to po prostu darmowa siła robocza :) i tak na stażystach (tych z UP oraz ze swojej rekrutacji) firma potrafi latami ciągnąć :-)

    Bardzo dobrze, że młodzi mówią: dawać więcej kasy, bo się nie ruszę z domu, dzięki nim starsi też korzystają

    • Nie 1600, ale 1500 brutto i na umowę zlecenie, 8 h i przynoszenie pracy do domu (i to nie kwestia nie wyrabiania się, a tego że coś zostało dosłane po godzinie 18, a ma być zrobione koniecznie na poranek dnia następnego).
      Właściciele biur nieruchomości to najgorsze zło wśród pracodawców.
      Co prawda nie byłam pośrednikiem – nigdy nie chciałam być sprzedawcą, ale po skończonych studiach w tym kierunku, robiłam wszystko, od całej administracji, sekretariatu, pomoc techniczną, aż po szkolenia z tematu nieruchomości, to temat 1500 zł i umowa zlecenie, a później zmiana na umowę o dzieło było jak splunięcie w twarz.

    • Ad. 2. Bądź sam sobie pracodawcą, też możesz wymieniać Cayenne na nowy, przecież to łatwizna… Zawsze jest też kwestia dokształcenia i zmiany pracy na inną. A kwestia zysków/strat – jakoś zawsze jak firma dobrze sobie radzi, wszyscy walą drzwiami i oknami z żądaniem podwyżki, bo im się należy. Jakoś nikt ochoczo nie chce partycypować w ponoszonej przez firmę stracie.

      Też upatruję w młodych szansę na zmiany dla starszych, ale również rozgraniczam ich aspiracje oraz możliwości.

      • W Polsce ? XD I tak,rzeczywiście, nie mając kapitału początkowego ani podstawowej choć znajomości rynku założyć firmę. Chyba taką z dotacji zamykaną po roku czy dwóch.

        • Nie każda działalność jest kapitałochłonna, a na początki można dostać kredyt lub wziąć w leasing niezbędny sprzęt. Poza tym konieczna jest cierpliwość i sukcesywne rozwijanie firmy, a nie liczenie na kokosy w pierwszym roku działalności.

          • „można dostać kredyt lub wziąć w leasing niezbędny sprzęt”

            KAŻDE inwestowanie wiąże się z ryzykiem,a brak zdolności kredytowej oznacza że ktoś musi jeszcze za ciebie poręczyć.W dodatku powtórzę – RYNEK TRZEBA ZNAĆ.Nie znasz rynku = wtopisz na >90%.

            A Polski rynek to niestety mi np. kojarzy się z wąsatym Januszem co chce żeby wszystko było prawie za darmo bo on chce,ale jakość to ma być jak dla szejka.I to skojarzenie nie jest z niczego,tak się składa,że byłem stażystą w typowej firemce zajmującej się handlem internetowym.

          • Poznawanie rynku to też praca. Jak ktoś chce założyć działalność, to powienien to zrobić w sposób przemyślany a nie na hurra i potem zdziwko że nie wyszło.

      • Bądź sam sobie pracodawcą, też możesz wymieniać Cayenne na nowy, przecież to łatwizna

        No niby łatwizna, ale później ścigają o ratę :P

      • No skoro firma sobie dobrze radzi to nie dlatego że szef wszystko zrobił.
        Jak są straty to raczej nikt po podwyżki nie chodzi.
        A wystarczyłoby by zrobić prosty podział – jest lepiej to więcej jest słabiej to nie ma bonusu.

        • W zakładach produkcyjnych pracownicy fizyczni też zawsze umniejszają rolę pracowników umysłowych. To tak odnośnie oceniania efektów pracy innych osób bez wiedzy jaką pracę ta osoba wykonuje. Poza tym łatwo taki argument odbić w drugą stronę – skoro firma radzi sobie źle, to nie dla tego że jest zły szef – zgodzisz się? :).
          Wskazany przez Ciebie podział prosty jest tylko w teorii – prawda jest taka, iż trudno jest określić właściwy sposób podziału zysku, aby adekwatnie oddawał to, na ile zysk jest wynikiem zaangażowania pracownika, a jednocześnie uwzględniał brak możliwości partycypowania pracownika w stratach, kiedy wystąpią.
          Sam piszesz – kiedy firmie jest słabiej, to widzisz tylko możliwość utraty bonusa – nie zakładasz możliwości zmniejszenia wynagrodzenia, ani tym bardziej dołożenia się do interesu. Myślę że to jest podstawowy problem pracowników, którzy dostrzegają tylko niesprawiedliwość w tym że szef nie podzielił się zyskiem, natomiast sprawiedliwe jest to, iż pracownik nie uczestniczy w podziale straty. Pracownik z natury będzie zarabiał gorzej niż właściciel z tej prostej przyczyny, że – o ile go nie zwolnią – to raczej nie ponosi konsekwencji związanych z gorszym okresem firmy.
          Odnośnie podwyżek, stara prawda mówi, iż klienta (i pracownika) trudniej jest zatrudnić niż utrzymać. Z natury jako ludzie doceniamy stabilizację – tak by można było się poświęcić innym przyjemnościom. Po co więc lepiej wynagradzać kogoś, kto pewnie i tak nie odejdzie? Sam mam z tym problem, ale nie obwiniam całego świata za to że nie mam wystarczająco samozaparcia by coś zmienić w swoim życiu – w tym wypadku pracodawcę i swoje wynagrodzenie. To jest tylko i wyłącznie moja wina.

          • Jak nagle wzrasta ci produkcja to nie ma magicznego pojawiania się dodatkowego sprzętu, ktoś go musiał zrobić. A co za tym idzie powinien być wzrost jako premia.
            Szef i wyższe szczeble mają w obowiązkach i pensji wpisane ryzyko, oni dostają extra za to że ponoszą ryzyko, pracownik tego nie ma w swojej umowie dlatego nie rozumiem dlaczego miałby dostać mniej, niech pracodawca zapłaci za ponoszenie ryzyka.
            Premia dla każdego jest dobrym motywatorem i ponownie pewnie nadal szef dostanie 20% a wszyscy inni 30 na spółkę. I dlatego właśnie ryzyko jest po stronie szefa bo on dostaje extra za to że jest dobrze i zazwyczaj tylko on ma rzeczywisty wpływ na kondycję firmy.
            Ty byś chciał aby wszyscy partycypowali w kosztach bez żadnej możliwości realnego wpływy i nie dostawali nic extra przy zysku ale jednocześnie ewidentnym przyczynianiu się do tego.

            Kosztem firmy może być nowy mercedes szefa, wszyscy się dorzućmy bo firmie słabo idzie.
            Co do podwyżek etc – to jest prawdą od jakiegoś poziomu, przy słabo płatnych pracach to takiego luksusu nie ma.

          • Zadam Tobie proste pytanie – firma w danym roku wypracowała zysk na poziomie 8%. Odczujesz satysfakcję z jednorazowej premii za wynik z roku poprzedniego, na poziomie 5% swojego wynagrodzenia? (przy założeniu iż nie uczestniczysz w stratach, więc minus 3% na ewentualne straty w roku kolejnym).

          • No jak argumenty bezsensowne to:
            firma zarobiła 3000% zysku, poczujesz ?

          • Czemu uważasz że moje argumenty są bezsensowne? Dochodowość na poziomie 8% jest całkiem przyzwoita… Ile firm osiąga zyskowność na poziomie 3000%, ile na poziomie 8% a ile na poziomie 2%? Poza tym – co właściwie jesteś sam w stanie zaproponować poza ideą?

          • Nie wiem nie mam statystyk. Masz jakieś ? Dochód nie jest tym samym co ZYSK. Zdecyduj się.

          • W dzisiejszych czasach informacja jest największym bogactwem. Możesz zaufać temu co piszę, możesz też się poświęcić: spółki giełdowe mają obowiązek publikowania co kwartalnych sprawozdań finansowych, możesz też sięgnąć do Monitora Sądowego i Gospodarczego w celu przeanalizowania sprawozdań rocznych mniejszych podmiotów niż spółki giełdowe.
            Co do kwestii dochodu a zysku – jestem bardzo zdecydowaną osobą i twierdzę że to tożsame pojęcia, myślę za to że obcym jest Tobie pojęcie przychodu, który często mylnie tytułowany jest dochodem. Oczywiście możesz zweryfikować moją wiedzę i wskazać mi prawidłowe definicje tych pojęć – w końcu człowiek uczy się całe życie a ja nie upieram się przy tym że mam rację.
            Zakładam jednak że mam rację, stąd moje pytanie – czy pisząc DUŻYMI LITERAMI chciałeś podkreślić to, że wypowiadasz się na temat rzeczy o których masz jednak nieduże pojęcie?

          • Ok pomyliłem je. Ale czy zamiast normalnie zwrócić uwagę musisz pisać ad personam.
            To teraz wracając do tematu:

            dlaczego liczysz zysk ?
            Kosztem jest nowa limuzyna szefa, jego hotel etc

            Zysk aktualnie jest poddawany maksymalnemu obniżeniu dla optymalizacji podatków.

            Tak więc firma ma spokojnie 30% ale dzięki działaniom księgowym lub marnotrawstwu szefostwa jest specjalnie obniżany dużo poniżej realnej wartości.

            Ja nie uznaje zysku jako sensownej wartości na cokolwiek, kiedyś może i miała ona jakaś wartość, ale obecnie duża liczba przedsiębiorstw ma straty a jak się patrzy to dziwnym trafem jest dobrze.

            Są koszta rzeczywiste (i te należy uwzględnić) i sztuczne które należy zignorować.

          • Przepraszam, że odczułeś to co napisałem jako personalny atak, nie takie były moje intencje.
            Jeśli nie zysk, to w oparciu o co proponujesz liczenie tego mitycznego „jest lepiej”? No i czy zgadzasz się ze mną, iż właściciel jako ktoś kto ciągnie ten cały interes (a Ty pracujesz u niego ponieważ z jakichś powodów nie podejmujesz ryzyka prowadzenia samodzielnie działalności) jest jednak uprawniony do pewnej formy uprzywilejowania w tym jak korzysta z prowadzonej przez siebie firmy?

          • Przecież ma uprzywilejowaną pozycję z racji bycia pracodawcą, bierze większą pensję itd.
            Ale nagminnie jest „pierdolenie” o tym jak jest słabo i kupowanie nowego drogiego auta na KOSZT firmy. Mali pracodawcy mają problem z oddzieleniem siebie od firmy.
            Natomiast uczciwe jest jeżeli firma dobrze przędzie przeznaczyć cześć zysku na podniesienie pensji pracowników, bo to oni tak naprawdę umożliwiają rozwój firmy. Bo jeżeli nie to po co ich zatrudniać ?

            W normalnych firmach jeżeli jest ciężka sytuacja (nie samochód) to pracownicy zgadzają się na obniżki pensji, no ale to jest wtedy jak mają z czego zrezygnować. 2500 brutto raczej nie pozostawia złudzeń do tego czy jest z czego.

          • Jak najbardziej taka premia będzie zadowalająca – jest to jakby podwyżka pensji o 5%. Oczywiście, o ile premia ta idzie w parze z podnoszeniem lub chociaż waloryzacją pensji – w przeciwnym razie zostanie ona mocno uszczuplona przez inflację.

          • Premia, bonus – nie podwyżka wynagrodzenia – choć w sumie efekt będzie ten sam tyle że jednorazowo i nie wiążąco na kolejny rok dla pracodawcy. Przepisy kodeksowe przepisami, obniżka wynagrodzenia jest rzadko spotykana. Z tego względu ktoś wymyślił premię, która może być a nie musi (regulaminowa lub uznaniowa), nie wiąże przy tym pracodawcy podwyższonymi kosztami na kolejne lata. Premia faktycznie jest ciekawym rozwiązaniem na dzielenie się z pracownikami wypracowanym zyskiem, tylko że trudno jest ustalić takie warunki by każdy był usatysfakcjonowany. Premii oczekują wszyscy – szeregowi pracownicy którzy widzą że firma ma zyski, a co mają powiedzieć osoby bezpośrednio odpowiadające za dany sukces (np. pomysłodawcy rewolucyjnego rozwiązania/usługi)?
            Premie i wynagrodzenia to rzeczy, z których mało kto jest zadowolony.

          • Premia z definicji jest za coś „ekstra” więc dotyczy bezpośrendio tych osób, które coś „ekstra” zrobiły. Jeżeli firmie coś wyszło, np. opracowała jakiś przełomowy produkt, który sprzedaje się jak szalony, albo podpisała kilka lukratywnych kontraktów, to z reguły jest to zasługa dość wąskiej liczby osób. Jeśli np. pani w sekretariacie, od odbierania telefonów i parzenia kawy, przyjdzie i powie, że chce premię, bo marketing zrobił ładny folder albo produkcja przyszła do roboty w weekend i uratowała termin dostawy, to wyjdzie to co najmniej niedorzecznie.

          • No a jak ona odebrała ten telefon i ona wstępnie przekonała klienta to tez nie jej zasługa ? Przykłady z czapki nie działają.
            Przełomowy produkt który marketing poszedł i zaczął robić na taśmie ?
            Kontrakty dalej same się zrobiły ?

            Firma to całość, nie ma nigdy zasług 1 osoby w tym, chyba że dg 1 osobowa.

          • No, a jak ona odebrała telefon…to po prostu wykonała swój obowiązek. A gdyby nie odebrała, klient by zadzwonił później, na inny numer, czy wysłał e-mail. Tak czy siak, jej zasługa byłaby marginalna lub żadna.

            I masz rację, nie ma nigdy zasług 1 osoby, ale są wagi tych indywidualnych zasług. W większych firmach prace poszczególnych działów są na tyle odsunięte od siebie, że mają indywidualne cele i indywidualne sposoby premiowania sukcesów. Uważasz, że przy sukcesie sprzedażowym handlowca, palacz z kotłowni albo elektryk też powinien dostać premię?

          • Tak. Mamy gloryfikację handlowca i totalne ignorowanie wszystkich bez których jest on bezużyteczny. Handlowiec właściwie nie jest w stanie nic zrobić sam w przeciwieństwie od innych. Zadaniem handlowca jest sprzedawanie, rozumiem że teraz elektrykowi zapłacisz extra jak prąd będzie działał a palaczowi jak piec działa ?
            Bez ciepła handlowiec by nie by zamarzł, a bez elektryka nie może nawet pracować.
            Nagradzanie handlowca za jego podstawową robotę jest idiotyczne ale tak się przyjęło. Zobacz sobie na zachodzie rozkład płac i zobaczysz że handlowiec ma tak samo jak elektryk bo tam się rozumie że firma to 1 organizm a nie osobne struktury. U nas z niepojętych mi przyczyn managery i handlowce zarabiają więcej od działów technicznych choć bez tych 2 nic nie byli zrobić.

          • Już Ci pisałem – premia jest zawsze za coś ponad. Z tego wynika, że jest ściśle przypisana do wyników danej osoby i tego, co się na jej stanowisku uznaje za normę lub wynik ponad normę. Dlatego bezsensem jest powiedzieć do pani z księgowości – pani Kasiu, stówka dla pani, bo Zenek z magazynu walnął sporo nadgodzin. Jak idziesz do knajpy na piwo, to zostawiasz napiwek dla konkretnej osoby z tego przybytku, a nie że wszystkim lokalom w mieście i ich pracownikom

            po równo.

            Gdzie mogę zobaczyć „rozkład prac na zachodzie”? Bo jakby moje doświadczenia się nie pokrywają z tym, co piszesz, ale chętnie zobaczę jakieś oficjalne dane.

          • „Sam piszesz – kiedy firmie jest słabiej, to widzisz tylko możliwość utraty bonusa – nie zakładasz możliwości zmniejszenia wynagrodzenia, ani tym bardziej dołożenia się do interesu. Myślę że to jest podstawowy
            problem pracowników, którzy dostrzegają tylko niesprawiedliwość w tym że szef nie podzielił się zyskiem, natomiast sprawiedliwe jest to, iż
            pracownik nie uczestniczy w podziale straty. Pracownik z natury będzie
            zarabiał gorzej niż właściciel z tej prostej przyczyny, że – o ile go
            nie zwolnią – to raczej nie ponosi konsekwencji związanych z gorszym
            okresem firmy.”

            Jak najbardziej istnieje możliwość obniżenia pensji pracownika w razie kryzysu – wszystko jest w gestii pracodawcy:
            http://www.regiopraca pl/portal/porady/prawa-pracownika/obnizka-pensji-kiedy-jest-mozliwa
            W związku z tym pracownik jak najbardziej ponosi konsekwencje gorszej sytuacji firmy.

            Ciężko oczekiwać natomiast od pracownika „dołożenia się do interesu” skoro nie jest on współwłaścicielem firmy.

    • ad1. Nieprawda. Być może ktoś by im to oferował, ale wcale nie musieliby się na to godzić.
      ad2. Problem polega na tym, że i faktycznie i praktycznie, żadna z osób koszących minimalkę nie wyczerpała możliwości powiększenia zarobku (ich jest nieskonczenie wiele). Czy pan, który za 5 zł/h „ochrania” budynek dworca po powrocie z pracy idzie gdzieś na drugi etat, tłucze jakiś kurs, szlifuje język, obczaja tutoriale w necie albo chociaż wysyła hurtem 20 CV? Jak się przyjrzysz, to zobaczycz, że to jak z matkami, które mówią, że dla dziecka zrobią wszystko. Fajnie się tak mówi, łatwo się mówi, gorzej z wcieleniem w życie.
      ad3. Czysty układ. Wiesz, że firma nie płaci, więc dowiadujesz się, co będziesz robił i co dostaniesz poza referencjami. Ja w swoim czasie dałbym się pokroić za staż w dobrej agencji interaktywnej czy reklamowej, nawet bym sam płacił, żeby móc podpatrzeć, jak pracują, jakie mają procedury, itd. – to jest na rynku pracy ogromna wartość.

      • „tłucze jakiś kurs, szlifuje język, obczaja tutoriale w necie albo chociaż”
        A po tym wszystkim ma oferty podobne do poprzednich.No chyba,że chodzi o mityczne zarobki wykopowych programistów ;)

        „wysyła hurtem 20 CV”
        Z czego może będzie 1 wezwanie na rozmowę, a szanse na coś lepszego niż dotychczas niewielkie,bo nawet sprzątaczka powinna mieć doświadczenie i dyplom. I w każdej branży poza tymi nowocześniejszymi starsi pracownicy pilnują,by czasem ktoś lepszy od nich nie dostał pracy – a jak ją dostanie by się nie wykazywał.

        Pewnie,że u was w Warszawie jest nieco inaczej,no ale nie każdy mieszka w Warszawie.

        • Była taka anegdotka o Himmilsbachu, który miał ofertę pracy w USA, ale musiał znać język. Zapytali go po jakimś czasie, czemu się nie nauczył, a on stwierdził, że gdyby Amerykanie się rozmyślili, to by tak został jak dupa z tym angielskim. I piszesz w trochę podobnym tonie (no offence) – po co wysyłać CV, skoro pewnie trzeba dużo wysłać, żeby był efekt (lepiej nic nie robić i narzekać). Po co tłuc kursy i tutki – programiści wcale dużo nie zarabiają, itd. Po co chodzić na rozmowy, jak starsi pracownicy pilnują swojego interesu. Wiesz, ja uważam że życie jest brutalne, a jednocześnie piękne w byciu wolnym jest to, że większość ludzi ponosi konsekwencje swoich wyborów. Tym, którzy próbują, z reguły kiedyś się udaje, ci którzy nie chcą zostać jak dupa z tym angielskim mogą tylko narzekać i szukać winnych poza sobą.

  2. Czy chęć bycia „szczęśliwym i bogatym lekkoduchem sukcesu” przez młodego pracownika nie jest właśnie pewnego rodzaju ambicją? Bo przecież sam wskazujesz, że tak się nie da, co czyni cel ten ambitnym ;)

    Naprawdę nie wiem też z kim chcesz walczyć pisząc

    Skończmy z przekonaniem, że 8-godzinny dzień pracy wyznacza jej wartość.

    To już chyba tylko niedobitki zostały z poprzedniej epoki.

    Już w moim pokoleniu były takie postawy – kumpel mi mówił, że on chce pracować w fabryce, wciskać przez 8 godzin guzik i tyle (nie udało mu się to, został jakimś menedżerem, naprawdę nie wiem co u niego poszło nie tak). Stawiam, że i wśród wcześniejszych pokoleń i takie bywały (hipisi?).

    A co poszło nie tak? Tu raczej jest wiele składowych.

  3. Janusze biznesu zgrzytają zębami że „nie ma rąk do pracy” w kiepskich warunkach za minimalną albo nawet mniej, i stąd chyba te ciągłe wylewanie pomyj na młode pokolenie przez ostatnie lata.

    • Dokładnie. Sam jestem nieszczęsnym przypadkiem osoby która do 30tki mieszka z rodzicami. Dlaczego? Bo za 1500zł nie zdołam się od nich wyprowadzić. 800zł kawalerka, przynajmniej 300zł na paliwo, i zostają 4 stówy na życie. To jest śmiech na sali a nie wynagrodzenie. Żebym przestał być stereotypową „Stuleją” muszę zarabiać przynajmniej 2 tysiące na ręke żeby po opłaceniu kawalerki, paliwa itp. móc żyć przynajmniej skromnie jak stereotypowy mnich.

        • W Polsce i 7k jako „mało” ? Albo trollujesz,albo nigdy nie żyłeś za mniej niż 2k. 7k zł to może być „mało” na warunki zachodnie,szczególnie Niemieckie czy Amerykańskie. Gdybym miał choć połowę z tego to odkładałbym miesięcznie kupę kasy – przynajmniej miałbym jakąś gwarancję emerytury ;)

        • Wystarczy jeden błąd – na przykład wrócić do prowincjonalnego małego miasteczka. Też mam tak zj…ne życie.

          A co do pieprzenia,że takie osoby „same sobie są winne” to niestety przez jakiś czas w to uwierzyłem. Efekt ? Trwający półtora roku epizod depresyjny – raczej to mojej sytuacji nie poprawiło w żaden sposób. Dziś „zwycięzcom”, „ludziom kariery” itd (szczurom którym wydaje się,że wygrywają „wyścig”) które mówią innym takie rzeczy bez wahania nakopał bym po jajach a kobietom tego typu zafundował bym plaskacza.Jestem przekonany,że przez takie rzeczy ludzie się wieszają.Pisz sobie zresztą co chcesz „zwycięzco”.Każdego z nas życie może w każdej chwili dojechać.Nie życzę ci tego – ale żebyś się nie zdziwił.

          „Zmień pracę,weź kredyt” taaaa… Co tu gadać ze ślepym o kolorach.

          Polska wyprzedza Japonię pod względem samobójstw.

          • TakieTamLicho: Cieszy mnie że chociaż jedna osoba mnie rozumie. Sam ostatnio auto kupiłem, w połowie za swoje zaoszczędzone przez lata, drugą połowe rodzice. Akurat w momencie kupowania byłem bezrobotnym, to znajoma kąśliwie powiedziała że „Jak to bezrobotny kupuje auto?”. TO ja jej powiedziałem by się zatrudniła w dowolnej instytucji typu MOPR to zobaczy że na z grubsza 3 pracujących, utrzymuje z 10 ludzi którzy są prawdziwymi „Bezrobotnymi” w jej tego słowa rozumieniu. Oczywiście uderzałem tutaj do wszelkiej patoli żyjącej z 500+, świadczeń dla samotnych matek, obiadków z opieki społecznej itp.

      • No ok, dobra, ale co próbowałeś zrobić, żeby zarabiać więcej? Jakieś studia? Poszukanie pracy dalej od miejsca zamieszkania? Kurs? Cokolwiek? Ja z każdą pracą zarabiałem trochę więcej, a zaczynałem właśnie od 1500 zł. Dopiero aktualna praca nie wiązała się z podwyżką, a nawet z degradacją, ale tutaj wpłynęły inne czynniki. Z resztą, niedługo kończę ten okres i znowu będę atakował wyższy pułap wypłaty.

        • Odpowiem za niego:
          Studia – w dzisiejszych czasach 5 lat z życiorysu,a poza rozchwytywanymi branżami typu informatyka czy automatyka i tak dużo to nie pomaga,a reszta wymaga doświadczenia lub znajomości.

          Praca dalej od miejsca zamieszkania – w Polsce duże szanse na wegetację,trzeba odłożyć minimum półtora tysiąca (wyjazd,mieszkanie – nawet studenckie na kupie,coś do jedzenia na pierwszy miesiąc i dojazdy do pracy), bez podwyżki nie stać będzie na nic lepszego.

          Kursy – wielkich szans na podwyżki większe jak kilka stów to (przynajmniej tu gdzie mieszkam) nie ma, sensowny kurs to też więcej jak tysiączek. Za mniej może się zrobi widłaka,ale nie zawsze z UDT (a ustawy się zmieniają itd),sam kurs może zresztą nie wystarczyć bez doświadczenia. Z kursem jest też ta sprawa,że nie zawsze dopasujesz go do godzin pracy. A jak się zwolnisz żeby zrobić kurs… To możesz mieć niespodzianki (jak ja).

          W dużych miastach może trochę inaczej,powtórzę: branża informatyczna czy jakaś automatyka to jeszcze wyjątek od reguły.Branża reklamowa i jej okolice – może też,nie znam.Reszta jednak bez rewelacji.

  4. Przyjmując do pracy młodą osobę, najczęściej otrzymujemy osobę, która tej pracy nie potrafi wykonywać wcale lub przynajmniej zbyt dobrze (spoiler alert: pracy nie da się nauczyć na wykładach).

    Dobrze, że na moim kierunku jest wymagane 6 miesięcy stażu. Źle, że jest on dopiero po obronie dyplomu, a wcześniej jedyne praktyki to miesiąc po III i IV roku.
    Pracuje się wtedy, oczywiście, za darmo.

  5. Cóż, dobrze, że ludzie zaczynają się w naszym kraju cenić. W wielu europejskich krajach ludzie się obijają w robocie, a i tak sporo wyższe pensje od Polakow mają (choćby Włosi czy Grecy).

    Niskie bezrobocie i brak rąk do pracy sprawiają, że po tylu latach to wreszcie pracownicy mają coś do powiedzenia.

  6. Młodzi pracownicy mają ambicję – i chcieliby robić coś więcej niż 8 godzin na taśmie za minimalną,bo w ten sposób to tylko garba można się dorobić. @Jakub Kralka: zrób eksperyment,idź do fabryki na linię.Może być normalna 3-zmianówka bez 4 brygad gdzie musisz iść w soboty i niedzielę. Przetrwaj choć na próbnym,policz tą (g.wnianą) kasę i wtedy się wypowiadaj – bo jest szansa,że zmądrzejesz.

    Naprawdę w biurze czy przy biurku to każdy taki cwany,bo co to „to tylko robole bez kwalifikacji”.A robić na linii do końca życia i liczyć na wielką łaskę – stówę podwyżki od kierownika,albo dostać „markowy zegarek” od właściciela firmy po 20 latach (tam gdzie robiłem – autentyk) – to jest wg Pana ambicja ?!

    Co do braku doświadczenia – jak szkolą to mogą wymagać podpisania odpowiedniego „cyrografu” na ileś lat pod karą zwrotu kasy. Ja po studiach (i to nie socjologii tylko po studiach technicznych) na rozmowie zawsze mówiłem,że w mojej sytuacji zgodzę się na każdą ofertę,również na minimalną.A i tak generalnie nie chcieli mnie zatrudnić nawet na okres próbny.

    • Trochę chyba nie łapiesz, o co chodzi w życiu. Red. Kralka nie musi iść na produkcję, bo fajnie sobie powybierał zawody, pracodawców, specjalizacje, aktywności dodatkowe, itd. Pan, który w wieku lat 40 zasuwa na produkcji za minimalkę z reguły podejmował głupie decyzje życiowe i jest tylko jego winą, że znalazł się w takiej sytuacji. Życie polega na ciągłym konkurowaniu – chcesz być lepszy w czymś, żeby mieć więcej siana, lepszy samochód, dom, standard życia, itd. Wiadomo, ze prawdopodobieństwo godziwych warunków płacowych w produkcji jest bardzo niskie. Wiadomo, że po studiach w rodzaju bibliotekoznawstwa, itd. raczej nie jest się zasypanym lukratywnymi ofertami. Mimo tego ludzie podejmują również i takie decyzje. A skoro tak, to ponosza ich konsekwencje. czy to znaczy, że Polska jest zła, świat jest zły? Nie. Każdy dostał na starcie mniej więcej ten sam zbiór informacji. Co z nim zrobił, to jego sprawa.

      • Och zdaje mi się,że to ty masz poważne problemy – z logicznym rozumowaniem i czytaniem ze zrozumieniem na przykład.

        Tak więc w skrócie,żeby dotarło do twojego Kubusio-Puchatkowego rozumku:

        Red Kralka pisze w tytule „młodym pracownikom brak ambicji” i że „powinni zracjonalizować wymagania od życia” (co interpretując jego tekst rozumiem właśnie jako : „wyrzec się ambicji”). No niestety – ta tzw. „racjonalizacja” w Polskich warunkach to właściwie wymaganie przez „pracodawców” (ZATRUDNIAJACYCH !!!) wyrzeczenia się wszelkich ambicji.

        Realia są jakie przedstawiłem albo podobne (nie musi być produkcja,ale reszta zostaje ta sama). Pogodzić tych realiów (i oczekiwań zatrudniających,że będzie tak jak było do tej pory) z oczekiwaniami ludzi (nie tylko oczekiwaniami młodych) się NIE DA i szkoda strzępić klawiatury.To se ne vrati i już.

        Większość tych oczekiwań to żadne luksusy zresztą,tylko zachodnie standardy.Polscy zatrudniający nie mają chęci ich spełnić – to są sami sobie winni i tyle. Jak chcą być bandą gderających staruchów którym dobre czasy się skończyły – to niech sobie będą.My młodzi nie jesteśmy im nic winni.

        • Hm, chyba jesteś jedynym, który ten tekst tak odebrał. Masz napisane czarno na białym, że skoro millenialsi mają bardzo konkretne wymagania, dotyczące czasu pracy, jej warunków, itd. – a jednocześnie w poczatkowym okresie ich praca nie jest wiele warta, w zasadzie więcej inwestuje w nich pracodawca niż oni wnoszą swoim wysiłkiem – to pogodzić to wszystko będzie ciężko. Ty robisz z tego podkładkę do jakichś wynurzeń o rzekomej walce klas, gdzie obszarnicy i kułacy wyzyskują młody aktyw robotniczy, ale bez próby czytania między wierszami widać że tok rozumowania Kralki jest logiczny jak 2×2. Młode osoby, bez doświadczenia, muszą sobie dopiero wyrobić umiejętności i doświadczenie. To okres inwestycji. Nie można przyjść do robo świeżo po studiach i na dzień dobry oczekiwać super sprzętu, świetnej kasy, asystentki, szofera, nieograniczonego dostępu do konsoli i prawa do pracy równe 8h. To znaczy można oczekiwać, ale konkurencja zaraz Cię zmiecie. Na miejsce dwóch roszczeniowców przyjdzie jeden z trzeźwą samooceną i rozbije bank. Reszta zostanie na zupce u opiekunów prawnych i będzie pisała w internetach, że polskie firmy bee, mało płaco i roboty nie dajo.

      • red. Kralka nie musi iść na produkcję, bo znalazł frajerów, którzy czytają i popierają jego bzdurne wynurzenia.

        • Myślę, że jeśli działasz jako radca czy adwokat, to raczej bezrobocie Ci nie grozi, a ewentualna kasa za smarowanie tekstów na blogu nie jest dla Ciebie ani jedynym, ani głównym źródłem przychodów. Taki wybór zawodowy jest dobry. Jeśli natomiast ktoś chce jeździć fajną furą, mieć kasę na zagraniczne wakacje, mieć dom z basenem i najnowsze elektroniczne zabawki z górnej póły, ale wybrał do tego drogę poprzez pracę na produkcji czy roznoszenie ulotek, to bliżej mu do frajera właśnie. I czasami robi się żenująco, jak red. Kralkę, który wie, ile ma w kieszeni, frajernia próbuje zagryźć tekstami o tym, jak to nie ma pracy, nic się nie da, nikt nie chce płacić, wszyscy wyzyskują i w ogóle niech rząd coś z tym zrobi.

  7. Nic nie jest idealne. Praca 8h dziennie oprócz oczywistych wad ma oczywiste zalety – narzuca pewien reżim leniwemu z natury człowiekowi. Work-life balance, pomimo oczywistych zalet, nie zmusza leniwych jednostek do samodyscypliny i lepszej wydajności.

  8. nie wiem kto to wypisuje ale…
    pamiętam swoje czzasy jak dostałem pierwszą wyplatę 1200 netto + prowizja drugie tyle:).
    Dzisiaj by pozyskać pracownika w gastronomii kelnerkę miasto krk na start trzeba wyciągać 3000zł!. :) gimba nie ruszają za mniej. Oczywiscie do 5000zl dochodzą z napiwkami ale to pokazuje schemat myslenia, mlodych i ich pierwszą pracę.

    • Idiotyczne stwierdzenie, ale pokazuje chyba czym się kierują Janusze biznesu – tyle ile im płacili 20 lat temu to tyle samo oni teraz chcą płacić.

      A ja pamiętam czasy gdy minimalna pensja to było 800 brutto, i co z tego? Wiesz czym jest inflacja?

  9. Trzeba studiować kierunki i specjalności potrzebne na rynku jako wnoszące dużą wartość, to i zarobki są po roku duże. Jak studiuje się bzdety niemal nikomu niepotrzebne i robi się to aby zdać z minimum wymagań od siebie i bez szerszego rozumienia to faktycznie ma się przegrane życie na starcie. Tak to jest

  10. W punkt.
    W komentarzach widzę opór milenialsów ale dla nich twarde lądowanie będzie o wiele bardziej bolesne niż teraz delikatny klaps. Prosperita się powoli kończy, wojny handlowe nadszarpną gospodarkę światową itd.
    Styl życia jaki chcieli by prowadzić milenialsi jest nie do utrzymania, a uparte przy nim obstawanie sprawi, że zimny prysznic będzie bardzo dotkliwy. Wspieranie ruchów antysystemowych im nie pomorze bo jedyne co może spowodować to powrót do niespokojnych czasów nasyconych brutalnymi konfliktami zbrojnymi, w których oni będą mięsem armatnim czy celem na strzelnicy dla różnych ludzkich czy zautomatyzowanych armii.
    Może jednak trzeba takiej higienicznej redukcji populacji, szczególnie tej upośledzonej mentalnie by ten świat przetrwał?

  11. naiwny artykul dla 18 latka, rodem z lat 2008-2012 gdy na rynku bylo takie bezrobocie, ze ludzie zabijali sie o prace biurowa, bo innej nie bylo, a pracodawcy mieli raj na ziemii w zanizaniu wartosci pracy (100 chetnych na jedno miejsce). Teraz to sie konczy glownie dzieki biedronce i lidlowi, ktora zastopowala przyplyw kolejnych kandydatow do pracy biurowej, a takze coraz wiekszej liczbie korporacji ktore jakos musza skompletować zaloge.

  12. Jestem młodym (23 lata) człowiekiem. Chciałem zdobyć doświadczenie w zawodzie, więc zgodziłem się na pracę w złych warunkach za stawkę minimalna krajowa (mimo, że w tym zawodzie zarabia się powyżej 4000 na rękę). Siedziałem w pracy więcej nuz 8 godzin, wielokrotnie robiłem pół etatu w nadgodzinach, by wszystko dopiac na ostatni guzik. Wraz ze mną pracowała również osoba około 45 lat, która nic nie robiła całe dnie. Najlepiej jej wychodziło chodzenie z kawą i rozmowy. Niestety z czasem ta osoba zaczęła mnie mobbingowac, przełożeni zbagatelizowali sprawę. Od ponad pół roku lecze się na depresję, bo dostałem ataku paniki przez tego pracownika, gdy ona dalej siedzi dzień w dzień z swoją kawa i sobie plotkuje. Jak czytam takie artykuły to chcę mi się rzygać, nie rozumim jak można być takim ignorantem i wypowiadać się w sposób tak generalizujacy i bolesny dla takich osób jak ja. Autorze, wstyd.

    • Miałeś przykrą historię, współczuję, ale nie rzucaj się z tego powodu do gardła redaktorowi bo z pewnością pisząc ten artykuł nie myślał akurat o tobie i osobach, których dotknęły podobne przypadki.

      Autor nie powinien się wstydzić, że dzieli się niepopularną opinią. Do każdej takiej opinii da się znaleźć skrajny przypadek. To nie oznacza, że nie należy się tymi opiniami dzielić.

      Ja również nie miałem przyjemnego stażu ale z perspektywy czasu podzielam zdanie autora. Pracodawca płacił mi przez pewien czas za nic, zanim w końcu stałem się dla niego użyteczny. Doceniam to, bo widzę jak teraz z mojej pracy stażyści odchodzą po stażu nie dlatego, że się nie nadają, ale dlatego, że wymaga się od nich, no właśnie, pełnego etatu, nie elastycznych kilku godzin dziennie, które odsiadywali od czasu do czasu coś robiąc.

      • Pojedynczy przypadek?
        Moja dziewczyna robi dwa etaty, by móc zapłacić za studia zaoczne. W jej pracy są sami ludzie przed 25 rokiem życia, którzy w ten sam sposób żyją, nie mając nawet jednego dnia wolnego w miesiącu.

        Mój brat miał dokładnie tę samą sytuację, co ja. Gdy zaczął mieć najlepsze wyniki, szybko zaczęły się problemy z strony innych pracowników 40+, którzy woleli pół dnia spędzić na pogaduchach.

        Mieszkam w Warszawie, osiedle, gdzie mieszkania chodzą po 400 tysięcy złotych. Znaczna większość mieszkańców jest w wieku między 25, a 35 rokiem życia. Nie wydaje mi się, by móc spladzac takie kredyty siedząc tylko na dupie i żądając od pracodawcy kasy, bo taki długo nie utrzyma stanowiska.

        Większość moich znajomych pracuje ponad etat, by utrzymać siebie bez pomocy rodziców. Bardzo mi przykro, że są osoby, które próbują złapać pracę i dużą pensje, niedajac od siebie nic, ale aż takie generalizowanie jest niewłaściwe.

        Pracowałem dorywczo w miejscach, gdzie wymagało się od pracownika często niemożliwych targetow. Za „7/8 etatu”, czas rozliczany co do sekundy, brak premii i nieplacenie za nadgodziny. A walczenie z pracodawcą o dostęp do wody, gdy temperatury wynosiły +30 przy braku klimatyzacji, wyglądało jak dialog w jedną stronę, bo „za 3 miesiące już będzie chłodniej”, a ludzie mdleli. Więc nic dziwnego, że ludzie nie chcą tak żyć.

  13. Niby sensowe argumenty ale całość strasznie płytka, żeby nie powiedzieć pozbawiona sensu.

    – Roszczeniowa postawa (części) młodych pracowników uzasadnieniem darmowych staży.
    – 8 godzinny dzień pracy powodem biedy.

    No i potem populiści z lewa i z prawa pokazują swoim wyznawcą, że jeśli państwo będzie liberalne to zwykli ludzie zostaną niewolnikami pracującymi za półdarmo po 12 godzin dziennie.

    Bezczelne roszczeniowe gnojki i zwykłe nieroby żerujące na innych są irytujący, ale to nie uzasadnia używanie ich jako powodu żeby cała reszta społeczeństwa była dymana przez wąską grupę cwaniaków.

  14. Bezpłatny staż… Taak nie ma to jak pracownik za frajer ;). Ta jedna wzmianka mnie dobiła nawet jeżeli reszta ma nawet jakiś sens. Jeszcze może pójdźmy o krok dalej i niech stażysta pracodawcy placi, bo taki staż jest lepszy niz kursy

    • Jak ja zaczynałem pracę, to był rynek pracodawcy i wszyscy wymagali doświadczenia, którego małolaci mieć nie mogli. Studenci się zabijali w konkursie „Grasz o staż” Gazety Wyborczej, żeby mieć na papierku wpisane że robili cokolwiek w jakiejś Coca-Coli czy innej dużej firmie, bo to załatwiało kwestię angazu gdzie indziej. Niektórzy się zatrudniali fukcyjnie w firmach rodziców i wujków, żeby tylko móc wykazać, że mają jakieś doświadczenie i np. dadza radę wstać rano do roboty, włączyc alarm na sklepie, itd.

      W pewnym sensie ta reguła obowiązuje dalej, rozpoznawalna marka w CV czy portfolio otwiera drzwi bardzo szeroko, poza tym jeśli na stażu wykonuje się jakąś sensowną robotę, a nie parzy kawę, to nabywasz kompetencji, których zdobycie w inny sposób coś by kosztowało.

      • To co innego. Staż studencki jest obowiązkowy i trwa góra 2 miesiące (zwykle 2 tygodnie) często to jest też jakiś (w dużych firmach) wyimaginowany projekt specjalnie dla studentów. Ja mówię o tych ofertach stażu na targach pracy etc. Gdzie to trwa nawet rok i faktycznie coś się robi. Nigdy nie słyszałem żeby jakiś większy gracz/klient kiedykolwiek taki oferował, za to małych firm oferujących jak szukałem pracy było całkiem sporo (zwykle omijanych szerokim łukiem)

        • Opowiem Ci na własnym przykładzie. Nie twierdzę, że jest reprezentatywny. Byłem kiedyś zaangażowany w poszukiwanie designera (wzornictwo przemysłowe) w mojej ówczesnej firmie. Firma duża i znana. Chcieliśmy zapłacić X zł za konkretny projekt – więcej nie mieliśmy. Na rozmowach było może z 15 różnych projektantów i firm – wszyscy się śmiali z tej kwoty, stylówka „za 30 koła to mi się nie chce z łóżka wstać” i tak dalej. W końcu skontaktowałem się z uczelniami – że chcemy płatny staż dla studentów z osobnym honorarium za projekt, przekazanie praw, itd. Na każdej uczelni…profesorzy mówili, że studenci to tumany, nic nie zrobią, szkoda czasu, no i że powinniśmy zlecić temat im – profesorom :) Kwoty oczywiście też padały kosmiczne. Pytałem w biurach praktyk – nie, żaden student nie chce u Was nic robić, za kasę czy bez – nikt nie jest zainteresowany. Minęło kilka tygodni i dostaliśmy kilka zgłoszeń od studentów, którzy twierdzili, że chcą u nas pracować, ale że uczelnia im mówi, że my nie chcemy, no i postanowili to sprawdzić. Finał był taki, że zaprosiliśmy dwójkę, oboje zrobili świetne rzeczy, dostali tyle, ile chcieli lub więcej, wszystko w świetnej atmosferze.

          Myślę, że sama instytucja pośrednictwa (uczelnie, gazety, firmy HR, targi pracy, biura praktyk) trochę wypacza kontakt między zainteresowanymi.

  15. Nie trzeba być mistrzem matematyki tylko wystarczy spojrzeć na parę statystyk i od razu będzie wiadomo że 2/3 pracowników będzie zarabiać coś pomiędzy minimalną i średnią. I to najcześciej bliżej minimalnej. Zwłaszcza młodzi.

    W dodatku zarzucać im że nie mają doświadczenia i umiejętności, serio? :D Przypominają mi się dowcipy w rodzaju „poszukujemy studenta z 10-letnim doświadczeniem”.

  16. Wielkie zaskoczenie, bo „millenialsi” nie chcą być kolejnym
    pokoleniem koni zaprzęgowych, które tyra od rana do nocy, na 3 zmiany + często
    weekendy.
    Młodzi chcą mieć życie poza pracą, chcą wyjść zjeść coś na mieście częściej niż
    raz na pół roku, chcą coś w życiu zwiedzić i zobaczyć. Bo poprzednie pokolenie
    pokazało im, że harując bez przerwy to zjeść można tylko 4 rodzaje obiadu w
    domu na przemian, a pojechać raz w roku nad Bałtyk na tydzień. Bo tych, co się
    dorobili na tej pracy to jest może 5%. Reszta dorobiła się garba i na starość
    nie będą mieli nawet czego wspominać.

  17. Beznadziejny tytuł i artykuł!!!
    Przy obecnych cenach w Polsce płaca minimalna powinna wynosić na rękę 2500zł na godne życie!!!
    Wszytko przez ZŁODZEI POLITYKÓW!!! LUDZIE TRZEBA ICH OBALIĆ W KOŃCU – OBUDZCIE SIĘ!!!

  18. A jak mają być ambitni, skoro wielu młodym osobom często z kilkoma fakultetami zakończonymi dobrą oceną na dyplomie, rynek pracy nie oferuje nic poza etatem kasjera w stonce?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *