Ależ to bardzo dobrze, że młodzi wreszcie się cenią, a zasuwanie w pracy po prostu im się nie opłaca

Gorące tematy Praca dołącz do dyskusji (181) 10.06.2018
Ależ to bardzo dobrze, że młodzi wreszcie się cenią, a zasuwanie w pracy po prostu im się nie opłaca

Mateusz Madejski

Młodzi pracownicy to wyzwanie dla współczesnych firm. Bezczelni nie tylko nie chcą brać darmowych staży, ale, o zgrozo, praca się dla nich powinna skończyć po 8 godzinach. No po prostu nic tylko załamywać ręce, że młodzi pracownicy to stracone pokolenie. 

Młodzi pracownicy – bez ambicji i celu. A może po prostu realiści?

Młodzi pracownicy są bez ambicji, nic nie potrafią i chcieliby wychodzić z biura po 8 godzinach – narzekał niedawno Kuba. Najpierw mała refleksja – narzekanie na poprzednie roczniki to chyba najstarszy i najpopularniejszy sport na świecie. Sam w swoim życiu słyszałem to już kilkadziesiąt tysięcy razy. Gdy byłem w liceum była na przykład ogromna dyskusja w mediach o „generacji nic”. Jednym słowem – ludzie dobiegający wtedy 30-stki narzekali na ówczesnych studentów/uczniów/młodych ludzi, że są puści. Jeszcze w latach 80. i 90. młodzi ludzie uwielbiali się buntować, byli głodni jakiś idei i na czymś im zależało. Zupełnie inni byli – zdaniem ówcześnie narzekających – młodzi z początku poprzedniej dekady. Oni chcieli tylko pracować w korpo i kupować nowego Golfa na kredyt (wtedy to był szczyt luksusu, serio).

Minęło kilkanaście lat, ale debata o „generacji nic” trwa, tylko bohaterowie się zmieniają. Dzisiaj przedstawiciele późnomłodszego pokolenia już narzekają nie na to, że dla młodych korpo to szczyt marzeń. Dziś narzekają, że młodzi do tych korpo już nie chcą iść. A może raczej – że nie chcą się w nich przepracowywać.

Młodzi pracownicy mają rację, bo młodzi w ogóle zwykle mają rację

Zawsze się bałem momentu w życiu, gdy przestanę rozumieć „tą dzisiejszą młodzież”. Na szczęście jeszcze w tym momencie nie jestem.

I znowu mała refleksja (ostatnia na dziś, obiecuje). Chyba nie warto poddawać się instynktowemu głosowi, który mówi, że młodsze pokolenia na pewno nie mają racji w jakimś stopniu wywracając zastały porządek. Bo patrząc na historię, to ona właśnie zwykle „tym młodym” tę rację przyznaje. To młodzi buntowali się przeciw apartheidowi, przeciw dyskryminacji kobiet, komunizmowi, pedofilii w Kościele, etcetera, etcetera. To właśnie niegdysiejszym młodym pokroju Michnika i Kuronia (tak, tak) zawdzięczamy to, że w ogóle o takich rzeczach możemy dziś spokojnie rozmawiać. Wtedy też byli starzy, którzy powtarzali, że „studenci do nauki, pisarze do piór”, a nie im chodzić na protesty i zmieniać świat. Fakt, że ci młodzi później wyrastają na starych, broniących zaciekle status quo, ale to inna część tej samej bajki.

No dobrze, to tyle refleksji natury ogólnej, czas przejść do tematu. Czyli czemu młodzi pracownicy mają rację, że nie chcą się przemęczać w pracy i te 8 godzin w biurze to naprawdę dla nich wystarczająco.

Młodzi pracownicy nie chcą zasuwać. Oto czemu mają rację

Po pierwsze – nie chcą się przemęczać, bo mogą. Gdy toczyła się dyskusja o „generacji nic” na początku wieku, to sytuacja gospodarcza w Polsce była naprawdę nieciekawa. Bezrobocie było nawet kilkunastoprocentowe i były obawy, że przekroczy 20 procent. Nic dziwnego, że jak ktoś już dostał się do korpo, to był zdesperowany, by się tam utrzymać. Oczywiście pracodawcy to wykorzystywali – i tak w Polsce kilkunastogodzinny dzień pracy stał się standardem.

Teraz bezrobocie jest minimalne. I tak jak kiedyś swoją uprzywilejowaną pozycję wykorzystywali pracodawcy, tak teraz robią to pracownicy. Niby czemu mieliby robić inaczej?

Po drugie – stajemy się jednak powoli cywilizowanym krajem, przynajmniej jeśli chodzi o gospodarkę. Spróbujcie przekonać kogoś w Niemczech, by przyszedł w weekend do biura. Jeśli ma poczucie humoru (a to się w tym kraju zdarza), to przybije piątkę i uśmiechnie się. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że zupełnie nie zrozumie o co chodzi, no bo jak można w weekend chodzić do pracy. A millenialsi już trochę zachód przecież znają i wiedzą, że zostawanie po godzinach normalne jest co najwyżej na dzikim w wschodzie. A oni wolą jednak bardziej zachodnie standardy.

Po trzecie – wiedzą, że wypruwanie żył im się po prostu nie opłaca. Osoby urodzone w latach 70. (bardziej) i latach 80. (mniej) patrzą jednak na rynek pracy w dużej mierze pod kątem szaleństwa lat 90. i dwutysięcznych. Wtedy praca w korpo mogła się naprawdę opłacać, bo awans do szklanych domów z szarych murów, jak to śpiewał Tede, był naprawdę na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło trochę znać angielski, mieć jakiś dyplom i zostać dłużej w biurze, żeby szef widział. I kariera gotowa. Nawet kiepski historyk mógł wtedy zostać CEO wielkiego banku. Dziś rynek pracy na tyle się sprofesjonalizował, że już takich szans nie ma. Zatem po co zostawać po godzinach i podlizywać się szefowi, jak i tak się co najwyżej utknie na średnim szczeblu? Lepiej pójść na te Bulwary.

I wreszcie, po czwarte, millenialsi zrozumieli to, czego nie rozumieli ich rodzice. Że praca to nie wszystko, że Golf to nie luksusowe auto, a Excel nie jest bogiem. Więc nie warto oddawać temu wszystkiemu całego swojego życia. Lepiej skoczyć na tajskie żarcie na Plac Zbawiciela lub na sojową latte. A jeszcze lepiej, o ile ma się takie możliwości, założyć sobie start-up albo pojechać na gap year do Afryki.

Jasne, sfinansują to rodzice. Ci, którzy wykorzystali kiedyś swoją szansę i zasuwali po godzinach w korpo. Ich dzieci już nie muszą tego robić. I bardzo dobrze.

181 odpowiedzi na “Ależ to bardzo dobrze, że młodzi wreszcie się cenią, a zasuwanie w pracy po prostu im się nie opłaca”

  1. Nie ma to, jak do artykułu z dzisiaj (10 czerwca) podpiąć komentarze prawie sprzed miesiąca („23 dni temu”).

      • Przykro mi, ale nie mam pojęcia jak on to zrobił że do nowego arta nie ma nowego topiku na Disqus ;p

        Nie żebym nie widział w tym inwencji – to jest wręcz genialne – tylko art mógłby być przeciw (milienialsom, jak poprzedni) a nie za – jak ten… ;d

  2. Uwaga, bedzie to post zawierajacy bol pupy.

    Jestem absolwentem studiow historycznych, wiec nigdy nie mailem watpliwosci, ze nie ma dla mnie miejsca w szklanych biurowcach. Na roku na ktorym rozpoczynalem, na socjologie aplikowalo 1100 osob, psychologie tez, logistyka, zarzadzanie, filologia angielska pekaly w szwach. Kazda uczelnia panstwowa i prywatna oferowaly kosmetologie i pedagogike. Kilka lat wczesniej byla fala jeszcze na hotelarstwo i turystyke, stosunki miedzynarodowe, politologie i europeistyke.

    A ja chcialem pracowac w muzeum. Rozpoczalem studia. Schody pojawily sie szybko.
    Na praktykach nie wydawano zadnych kwitow potwierdajacych obecnosc i przepracowany czas, 1/3 czasu w terenie przepracowalem za darmo, podobnie jak za praktyki w muzeum o ktore, warto dodac, musialem sie bic z cala grupa ludzi. Prawie w zadnym z tych placowek nie chcieli ze mna rozmawiac, bo prosilem ich o jakis fizyczny dowod w formie trzech zdan na przyszlosc, do pracy. Nikt nie widział celu i sensu – same praktyki to przywilej. W polsce szalało bezrobocie,moi znajomi, nawet z tych superkierunków dziennych pracowali weekendowo na inwentaryzacjach, na magazynach, w sklepach, McDonalds był bardzo popularny, dziewczyny pracowały w galeriach handlowych, Ci wytrwalsi roznosili ulotki, Owszem, ktoś tam dostał się po stażu do pracy, ale najpierw musiał miec skończone 5 lat studiów i wyjątkowe samozaparcie.
    Na samych studiach też nie byli zbyt chętni na prośbę o uelastycznienie planu zajęć, żeby nie mieć bezsensownych okienek po 4 godziny i mieć szansę na pracę od początku tygodnia, po południu albo od rana. Usłyszałem odpowiedź, że jak mnie nie stać na studiowanie dzienne i siedzenie na dupie na zajęciach, to nie ma dla mnie tutaj miejsca.

    Przerwalem studia, żeby pracować, nie widziałem już dalej powodu. Załamałem się brakiem perspektyw i tym, że po zwiedzeniu chyba każdej placówki muzealnej i firm związanych z wykonywanym zawodem absolutnie nie było dla mnie miejsca, rozpocząłem pracę na magazynie przy rozładowywaniu aut. Nie czekałem na gwiazdkę z nieba, tylko poszedłem ciężko tyrać.

    Pracowałem w tym modelu dwa lata i nie miałem umowy o pracę, więc notabene pracowałem w trudnych fizycznie warunkach bez podstawowej opieki zdrowotnej i ubezpieczenia. Świadectwa pracy po dwóch latach też nikt nie miał ochoty mi wręczyć. Starałem się, robiłem wszystko co się dało i jeszcze więcej. Nie chodzi o unoszenie się dumą, bo na to nie mam warunków i podstaw, ale po pewnym czasie miałem troszeczkę dość pracy z ludźmi którzy ledwo pokończyli zawodówki. I to wieczne naigrywanie się z tego, że oni już pracują od 18 roku życia i mają stażowe, bonusy, nawet umowę o pracę.

    Poszedłem dalej i zmieniłem pracę, pozostając w tej branży jeszcze dwa razy przez następne kilka lat. W końcu któregoś dnia po odłożeniu odpowiednich zasobów wziąłem sie za to, by dokończyć ostatni semestr przerwanych studiów – i udało mi się. Potem zapisałem się na drugi stopień innego kierunku żeby „nadpisać” mój kierunek pierwszego stopnia na taki „lepszy, życiowy”. Bo mówiac szczerze, kiedy apliujesz na stanowisko „starszego pudełkowego” to takie studia wprowadzają tylko zamieszanie do papierów i odstraszają pracodawcę.
    Albo „logistyka i studia historyczne? ktoś tutaj chyba miał słabą wizję kariery! ” – usłyszałem na rozmowię od stażystki z HR.

    Teraz młodzież dostaje staż z automatu. Wszystkie państwowe uczelnie dają programy partnerskie, akademie pilotażowe, wliczając menedżerskie, biurowce zatrudniają po pierwszym roku studiów dziennych do korpo i dają im elastyczny grafik, 2800 brutto, owoce, ciepło, nikt nie krzyczy. I minał rok czy dwa i wszyscy zapomnieli o tym jak było wcześniej. Nagle „każdy” jest process oficerem, executive, analitykiem danych, młodszym koordynatorem. Montownie się pozamykały, z gazet zniknęło „pakowanie kosmetyków” i „opieka geriatryczna dla osób starszych z niemiec 1100 euro „. Teraz każdy jest pracownikiem korporacji. W handlu brakuje rąk do pracy, w Ikei dają 14 na godzinę na kasie. BIedronki i Lidle podobno też mają problem z brakiem ludzi, bo młodzież teraz jest wychowywana na elitę.

    Tylko że ja tutaj dalej walczę i ta młodzież która ma pracę, programy partnerskie, praktyki płatne(!), coaching, biura karier jest dla mnie konkurencją rynkową.
    Mówiąc szczerze – nie dziwie się, że nie chcą mnie zatrudnić. Takie dziecko z rocznika 94, 95 ma ciągłość pracy w miedzynarodowym środowisku, przy excelu albo innym sofcie, zna dresscode, jest wdrożone od samego początku. ma umowę o pracę, lata pracy lecą, ma pieniądze, moze wydac kasę na kursy i rozwój. Nie ma obciążeń i żadnych zobowiązań.
    Byleby tylko miec przyklejony usmiech do twarzy i nie spartolic.

    Te pieniądze, które odkładano za PO na „kryzys” teraz są wylewane na lewo i prawo. Nie chcę już wracać na magazyn. Parę lat temu jeszcze widziałem te starania jako cel uświęcający środki.Teraz wiem, że to kwestia czasu aż będą mną kierować dekadę młodsze dzieci.
    Tak, wiem, CI którzy studiowali te wszystkie menedżerskie studia, studia matematyczne, informatyczne nie mają tych spostrzeżeń. Nawet jezeli ich młodsi koledzy maja krotsza droge kariery to oni juz maja takie zarobki ze maja to w nosie.
    Nie, nie narzekam ani na politykę, ani na mlodsze pokolenia. Opowiadam tylko swoją historię.

  3. Najpierw zapłać młodemu człowiekowi za bezpłatną edukację, potem czekaj aż zachce mu się zacząć spłacać dług bo przecież się nie pali. Socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innych systemach. To starsze pokolenie najpierw zniszczyło wszystkie mechanizmy regulujące życie pokoleń a potem płacze, że młode pokolenie ma w dupie socjalistyczne ideały i nie chce płacić za coś co już dostało za darmo. Najfajniejsze jest, że młode pokolenie nie zdaje sobie sprawy, że albo ucieknie z Polski albo będzie zmuszone do pracy bo nie będzie miało innego wyjścia. W końcu ktoś te rzesze staruchów i emerytów będzie musiał utrzymać a eutanazja jeszcze nie jest powszechna. https://uploads.disquscdn.com/images/7e6aafdbe65f9e35b6940a8c88d565c6d5a15be67f64e19e0fa5cc52f35b040e.jpg

  4. Jeżeli mowa o ofertach ogólnie dostępnych to jest to dno. Ja patrząc na oferty chcę w ogóle nie pracować. Nie widzi mi się codzienne siedzenie w pracy 8 godzin a do tego jeszcze czas na dotarcie za który nikt nie chce zapłacić. System 8 godzinny jest niewolniczy. System 10 godzin przez 4 dni też jest do bani – te cztery dni na odpoczynek nie zniwelują skutków zmęczenia.
    Dajcie ludziom pracować krótko, zróbcie krótkie zmiany a tam gdzie się da zróbcie pracę zdalną z domu to i chętni się znajdą. Nawet ja.

  5. Powoli kończą się dla pracodawców zasoby osób urodzonych i wychowanych w PRL, przyzwyczajonych do niedoborów i nie śmiące pisnąć nosem na fatalne warunki pracy, niskie pobory i wyzysk. Teraz musi być od razu wysoka pensja, nikt nie zamierza czekać całych dekad na godziwe wynagrodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *