Nabór w Ministerstwie Zdrowia na starszego specjalistę ds. rozwiązań systemowych – 3,5 tys. zł. brutto. Dużo, czy mało?

Gorące tematy Państwo Praca Zdrowie dołącz do dyskusji (114) 03.09.2019
Nabór w Ministerstwie Zdrowia na starszego specjalistę ds. rozwiązań systemowych – 3,5 tys. zł. brutto. Dużo, czy mało?

Udostępnij

Rafał Chabasiński

Kiedyś praca w administracji publicznej stanowiła spełnienie marzeń. Tak zwana „ciepła posadka” cechowała się pewnością zatrudnienia, często brakiem – a także dobrymi zarobkami. Teraz ministerstwo zdrowia proponuje 3,5 tys. zł. brutto za przygotowywanie kompleksowych rozwiązań w dziedzinie opieki zdrowotnej. Czy w dobie kilkutysięcznych pensji informatyków, budowlańców czy kasjerów, nabór w Ministerstwie Zdrowia ma jeszcze rację bytu?

Ministerstwo Zdrowia poszukuje specjalisty do pomocy przy projektowaniu rozwiązań odnośnie podstawowej opieki zdrowotnej

Przez internet przechodzi właśnie może nie tyle pełnoprawna burza, co szczery wyraz zdumienia. Ministerstwu zdrowia potrzebny jest „Starszy specjalista ds. podstawowej opieki zdrowotnej w Wydziale Zdrowia Rodziny w Departamencie Zdrowia Publicznego i Rodziny”. W związku z tym, zgodnie z przepisami, ogłoszenie o ofercie trafiło na rządowy portal. Pracownik taki miałby przygotowywać kompleksowe rozwiązania w dziedzinie podstawowej opieki zdrowotnej. Do tego dochodzi udział w przygotowywaniu projektów przepisów z tej dziedziny. Warto także wspomnieć o mniej konkretnych zadaniach, takich jak „współpraca z podmiotami działającymi w podstawowej opiece zdrowotnej”, oraz „przygotowywanie opracowań, materiałów i analiz”. Słowem: typowa praca biurowa.

Nabór w Ministerstwie Zdrowia nie jest też jakoś przesadnie niedostępny dla chętnych pracowników. Wymagania stawiane przez pracodawcę nie wyglądają na zaporowe. Wyższe wykształcenie na stanowisko tego typu jest standardem. Podobnie jak wymóg posiadania polskiego obywatelstwa, pełni praw publicznych, oraz niekaralności. Znajomość poszczególnych przepisów trzech ustaw jest do nadrobienia w ciągu paru godzin. Umiejętność samodzielnej pracy koncepcyjnej, oraz zdolność analitycznego myślenia z pewnością pasują do stanowiska. Także wymagania rozszerzone nie są nie do przeskoczenia – wykształcenie magisterskie, komunikatywny angielski. Do tego dochodzi znajomość zasad techniki prawodawczej oraz procesu legislacyjnego – kolejne ustawy. Dodatkowym atutem jest także przeszkolenie w zakresie szeroko rozumianych funkcjonowania i zarządzania w ochronie zdrowia.

Organy administracji publicznej nie potrafią sensownie formułować wymagań, jednak internautom nie podoba się przede wszystkim oferowana pensja

Najtrudniejsze tak naprawdę wydaje się wymaganie roku pracy, ale nie urzędniczej czy prawniczej a w ochronie zdrowia. Na pierwszy rzut oka taka koncepcja kłóci się z profilem poszukiwanego pracownika, jednak stoi za tym z pewnością konkretny zamysł. Ściślej mówiąc: by rozwiązania dla podstawowej opieki zdrowotnej wynajdywał ktoś, kto zna tą tematykę od środka. Także kompletnie archaiczne wymaganie listu motywacyjnego, bolączka każdego naboru na stanowisko urzędnicze, ma hipotetyczny głębszy sens. Przynajmniej pozwala sprawdzić, czy dany kandydat potrafi cokolwiek samodzielnie napisać. W praktyce, oczywiście, ten relikt poprzedniego ustroju wciąż straszy kandydatów do pracy na rzecz państwa. Jednak to nie tego typu drobne zgrzyty wzbudziły zainteresowanie ze strony internautów.

Chodzi, oczywiście, o pieniądze. Nabór w Ministerstwie Zdrowia przewiduje pensję brutto w wysokości 3,5 tysiąca złotych miesięcznie. Taka kwota spotkała się z komentarzami w rodzaju: „Właśnie przez to nie możemy mieć fajnych rzeczy”. Nie da się ukryć, że administracja – zwłaszcza na niski i średnim szczeblu – jest szalenie wręcz niedofinansowana. Słowa „szalenie” używam tutaj zresztą nie bez powodu. Oszczędzanie na urzędnikach, choć PRowo niestety opłacalne, prowadzi nieuchronnie do odpływu fachowców z administracji publicznej. To może nam prędzej czy później dać prawdziwy kryzys w budżetówce. Być może właśnie w tym kryje się sens tego typu komentarzy?

Nabór w Ministerstwie Zdrowia nie jest taki zły, jak mogłoby to na pierwszy rzut oka wyglądać

Nie sposób jednak nie zauważyć szerszego kontekstu. 3,5 tysiąca to podstawa wynagrodzenia. Do tego Ministerstwo Zdrowia przewiduje także nie „pracę w młodym i dynamicznym zespole”, dopłatę do karnetu na siłownię i owocowe czwartki, lecz dodatki do pensji. W grę wchodzi dodatek za wysługę lat, do 20% wynagrodzenia zasadniczego, trzynastą pensję oraz rozbudowany pakiet socjalny – także typowy dla pracy w administracji. Warto także zauważyć, że nabór w Ministerstwie Zdrowia przewiduje podanie kandydatowi wysokości wynagrodzenia w ofercie pracy, na co nie zawsze decyduja się pracodawcy prywatni.

Trzeba jednak tą ofertę porównać z alternatywami, oraz osadzić w konkretnym miejscu. Nie ma sensu przy tym sięgać, na przykład, do świata IT i bajecznych zarobków programistów. Prawdopodobnie mało osób zainteresowanych pracą urzędniczych posiada kwalifikacje niezbędne przy programowaniu. Z danych portalu Money.pl wynika, że w województwie Mazowieckim przeciętne zarobki „starszych specjalistów” sięgają właśnie 3,5 tysięcy złotych brutto. Nieco większe zarobki w Warszawie średnio czekają na nich w bankowości. W dyskontach można liczyć na takie pieniądze, ale raczej jako magazynier z określonymi kompetencjami, niż pracując na kasie. Nauczyciel z kolei 3,5 tysięcy złotych brutto może uzyskać po przepracowaniu wielu lat.

Trzeba przy tym pamiętać, że w stolicy zarobki są wyższe, niż w pozostałych częściach kraju – podobnie jednak jak koszty życia. Z drugiej strony, żołądki Polacy mają zasadniczo takie same.

Prawdziwym złem jest cała filozofia zatrudniania i zarobków urzędników

Nabór w Ministerstwie Zdrowia sam w sobie nie jest przejawem lekceważenia przyszłego pracownika. To nie radca prawny w MON za 3,4 tysiąca. Różnica jest chociażby taka, że Ministerstwo Zdrowia nie poszukuje przedstawiciela silnie reglamentowanego przez państwo zawodu. Nie da się jednak ukryć, że oferta taka nie jest raczej spełnieniem marzeń ambitnego mieszkańca stolicy a młodzi pracownicy mają generalnie dużo większe wymagania, niż pokolenie ich rodziców czy dziadków. Jest przy tym porównywalna z zawodami niewymagającymi wyższego wykształcenia, a więc przynajmniej trzech lat studiów.

Czy, ściślej mówiąc, jakiegokolwiek doświadczenia – za to często wymagających specjalistycznych uprawnień do obsługi konkretnych urządzeń. Jak w budownictwie. Warto także wspomnieć, że mówimy o ministerstwie – jednym z najważniejszych urzędów w państwie, który powinien zrzeszać możliwie jak najlepszych fachowców w swojej dziedzinie. W teorii, bo w praktyce przy polityce „taniego”, czy „skromnego”, państwa, administracji po prostu na takich nie stać. To nie ta konkretna oferta pracy jest zła, tylko cała filozofia zatrudniania i opłacania ludzi przez państwo. A im dalej od Warszawy, tym bardziej.