Uniwersytet Gdański z dnia na dzień wprowadza obowiązek chodzenia na wykłady. Co z tymi, którzy do tej pory nie pojawili się na żadnym?

Codzienne dołącz do dyskusji (653) 20.11.2019
Uniwersytet Gdański z dnia na dzień wprowadza obowiązek chodzenia na wykłady. Co z tymi, którzy do tej pory nie pojawili się na żadnym?

Paweł Mering

Ilu z was podczas studiów uczestniczyło we wszystkich wykładach? A ilu chociaż w połowie z nich? Studenci na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego nie będą mogli opowiadać dzieciom, jak to się na wykłady nie chodziło, bo… wprowadzono tam właśnie obowiązek chodzenia na wykłady.

Obowiązek chodzenia na wykłady

Niemalże niespodziewanie, na facebookowym profilu Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego pojawiła się taka oto informacja:

Szanowni Państwo,

Informuję wszystkich studentów Wydziału Zarządzania, że zgodnie z obowiązującymi normami prawnymi zawartymi w Ustawie o Szkolnictwie Wyższym, Statucie UG i Regulaminie Studiów należy uznać wszystkie zajęcia realizowane na UG za obowiązkowe. W szczególności dotyczy to także wykładów.

Wynika to głównie z trzech powodów:

  • Brak możliwości realizacji efektów uczenia się zapisanych w sylabusach przedmiotów (także dla wykładów) bez faktycznego udziału studenta w zajęciach.
  • Odsetek zajęć realizowanych na danym kierunku studiów bezpośrednio z udziałem wykładowcy nie może być mniejszy niż 50%. Po wyłączeniu wykładów odsetek ten spada znacznie poniżej wymaganego limitu.
  • § 12.1 Regulaminu Studiów stanowi – „Student jest zobowiązany do uczestnictwa w zajęciach, w tym zajęciach do wyboru, przewidzianych w programie studiów jako obowiązkowe.”. Program studiów nie przewiduje żadnych zajęć nieobowiązkowych. WDW, na który zapisze się student, od momentu zapisu staje się dla niego obowiązkowy. Podobnie udział w seminariach dyplomowych od momentu zapisu są dla studenta obowiązkowe.

W związku z powyższym zobowiązałem wykładowców do sprawdzania obecności na wszystkich zajęciach, także na wykładach.

Informuję Państwa, że jeżeli student przekroczy 30% nieobecności na dowolnych zajęciach będzie wzywany do prodziekana na rozmowę wyjaśniającą. Może to być także podstawą skreślenia z listy studentów.

Z poważaniem,

prof. UG, dr hab. Krzysztof Najman

Prodziekan ds. Jakości Kształcenia i Studiów Stacjonarnych

Niechodzenie na wykłady a konsekwencje

Obowiązek uczestniczenia we wszystkich zajęciach istnieje w regulaminach wielu uczelni, zarówno państwowych, jak i niepaństwowych. Był on (i w zasadzie jest) traktowany zwyczajowo dosyć luźno, czego dowodem jest fakt, że mało który student uczestniczył w tego typu zajęciach, bo nie skutkuje to żadnymi konsekwencjami.

Sprawdzanie obecności studentów jest traktowane dosyć fakultatywnie, a sama obecność na wykładach często była podstawą do nieformalnych ułatwień podczas egzaminu, co — mówiąc już zupełnie poważnie — jest sytuacją nieco patologiczną. Wiem, wiem, zwyczaj zwyczajem, sam jestem studentem, ale dopuszczalność nieuczestniczenia w większości zajęć — mimo że zwyczajowo jak najbardziej praktykowana — obiektywnie mówiąc, kłóci się z celem takiej, a nie innej organizacji studiów.

Argumenty podnoszone przez władze Wydziału Zarządzania UG są raczej słuszne, a o ile nie wynikają bezpośrednio z ustawy, a także syllabusów i zawartych w nich efektach uczenia się (już nie kształcenia), to niewątpliwie zawarte są w regulaminie studiów, a jego nagminne łamanie może być podstawą — w dalszej perspektywie — do skreślenia z listy studentów.

Domyślam się, że obowiązek uczestnictwa w wykładach (a raczej traktowanie go poważnie) obowiązuje od momentu opublikowania powyższej informacji, bo niemożliwe jest przecież zweryfikowanie obecności studentów w przeszłości. Co ze studentami, którzy korzystają z ITS, czy IOS, bądź podobnych ułatwień? W tej materii konkretne kwestie reguluje regulamin wewnętrzny uczelni, a najczęściej ustalenia bezpośrednio z prowadzącymi zajęcia.

Aktualizacja 22.11.2019

Na facebookowej stronie Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Gdańskiego pojawił się komunikat, głoszący, iż obecność nie będzie, póki co, sprawdzana.

Informuję, że w porozumieniu z Samorządem Studentów postanowiłem zawiesić obowiązek sprawdzania obecności na wykładach realizowanych w procesie kształcenia na Wydziale Zarządzania do czasu uregulowania tej sprawy przez władze rektorskie.
Prof. dr hab. Mirosław Szreder
Dziekan Wydziału Zarządzania

Bardzo możliwe, iż obowiązek chodzenia na wykłady zostanie wprowadzony odgórnie i na każdym wydziale, jeżeli będzie to inicjatywą władz rektorskich.

653 odpowiedzi na “Uniwersytet Gdański z dnia na dzień wprowadza obowiązek chodzenia na wykłady. Co z tymi, którzy do tej pory nie pojawili się na żadnym?”

  1. Ło!
    No to może teraz matoły po studiach będą umieć coś więcej niż „jak dobrze chlać na imprezach integracyjnych” – bo to mają opanowane celująco.

    • no nie wiem. jesli ktos zna metodologie pracy uniewersyteckiej to material z wykladu moze sobie ogarnac sam, czytajac bibliografie. zalezy oczywiscie od kierunku, ja osobiscie na wyklady chodze, ale mialem takie, na ktore nie mialem potrzeby

      • To nie zostało doprecyzowane, czy frekwencja będzie liczona dla wszystkich wykładów razem, czy dla każdego z osobna. W prawdzie zasadniczo powinno się chodzić, ale jeśli ktoś ma np. międzynarodową maturę (zdawaną po angielsku) czy inny certyfikat wysokiej znajomości języka – odpuszczenie wykładów językowych na poziomie niższym od posiadanego niczemu nie zaszkodzi. Zdarza się też, że ktoś studiuje dwa pokrewne kierunki i część przedmiotów się dubluje.
        Zatem idea słuszna, ale wymaga doprecyzowania.
        Pozdrawiam.

        • Posiadanie odpowiedniego certyfikatu językowego zawsze umożliwiało odgórne zaliczenie lektoratu, zależnie od kierunku i regulaminu studiów. Podobnie z przedmiotem zdanym w ramach innych studiów (rzadko się zdarza, żeby pojawiły się równolegle w tym samym semestrze, ewentualnie zawsze dziekan lub kierownik studiów może po okazaniu wpisu w drugim indeksie zwolnić studenta z egzaminu).

    • Nie będą, bo zaliczenia dalej są za obecność, a za nieobecność ich brak – wiedza nie ma tu nic do rzeczy niestety…

      • Jednak chyba przyznasz że obecność na wykładach ma coś wspólnego z sumiennością, dokładnością, dyspozycyjnością, starannością etc. To się przydaje później. Nie umrą od tego.

        • Niby ma, ale przez to nie da się pogodzić studiów dziennych z pracą – i wolę płacić za niezdane egzaminy niż czesne za zaoczne:)

          • zwłaszcza, że zaoczne studia są często robione na szybko, „po łebkach” i okazują się mieć niższy poziom (nie mówię, że wszędzie). Jeśli nie to dlaczego przenosząc się ze studiów płatnych na dziennie musisz często zaliczać przedmioty, które już zaliczyłeś, bo wykładowcy nie uznają tamtych ocen?

          • To fakt, że zajęcia zaoczne (niestacjonarne) mają niższy poziom od dziennych. Jest to jednak efekt krótszych zajęć oraz tego, że nauczyciele nie mają za pracę w weekendy żadnego dodatkowego wynagrodzenia (kiedyś było). Są one prowadzone w ramach zwykłego pensum. A umowa społeczna mówi, że za pracę w niedziele płaci się więcej. System uczelniany jako pracodawca nie docenia więc tych zajęć.
            Ale wszyscy są z tym raczej pogodzeni, i dlatego te zajęcia są jakie są.

            Natomiast to co piszesz o uznawaniu ocen z innych uczelni to oprócz dobrej woli wykładowcy może być także efekt innego profilu danego przedmiotu o tej samej nazwie.

      • Nie kompleksy, tylko mam dość CV w których ludzie pierdzą co to oni nie umieją bo czego to nie skończyli – a w dosłownie pierwszym zadaniu leżą i kwiczą. Akurat przypadki z ogólnie pojętego IT (acz nie tylko).

  2. dopuszczalność nieuczestniczenia w większości zajęć (…) obiektywnie mówiąc, kłóci się z celem takiej, a nie innej organizacji studiów

    Obiektywnie mówiąc, to studia tym różnią się od wcześniejszych etapów edukacji, że to nie uczelnie mają za zadanie nauczyć studentów, a wspierać studentów w zdobyciu konkretnych wiedzy i umiejętności, a następnie je potwierdzać przy pomocy ćwiczeń, kolokwiów, sprawdzianów, egzaminów. O ile więc faktycznie wymagana obecność na ćwiczeniach, laboratoriach czy lektoratach jest jak najbardziej uzasadniona, to na wykładach już nie. Studia to przede wszystkim praca własna studenta.
    Studenci są dorosłymi ludźmi, którzy podejmują własne wybory i ponoszą ich konsekwencje. Jednym z nich jest wybór źródła uzyskania danej wiedzy, którym może być wykład. Prowadząc ich za rączkę, tak jak to było w szkołach średnich czy podstawowych, doprowadzi się ich donikąd.

    • W 100% się zgadzam. Student ma zdać egzaminy końcowe potwierdzające jego umiejętności. To w jaki sposób je zdobył powinno być w gestii studenta. Uczelnia powinna umożliwiać mu zdobycie ich (poprzez uczestnictwo w zajęciach przez nią organizowanych tj.: wykłady, ćwiczenia itp.), ale nie powinna narzucać mu korzystania z nich. Jeżeli będzie w stanie zaliczyć kurs bez uczestnictwa w zajęciach to jego sprawa. Obecność nie powinna być czynnikiem dopuszczającym do zzdawania egzaminu :).

      • A jednak jeśli uczelnia chce się cenić, mieć jakąś renomę i nie być dawcą dyplomów wypuszczających samych bałwanów z opanowanym minimalnym programem na 3 to musi ukrócić swobodę, wprowadzić obowiązki i zwiększyć wymagania. Oczywiście może po prostu wzmocnić kryteria na egzaminach, ale bez wcześniejszego odpowiedniego procesu dydaktycznego skończy się na tym że zostanie jej 10% studentów którym najbardziej zależy i którzy są najbardziej samodzielni. Więc lepiej wprowadzać obowiązkowe zajęcia i podciągnąć swoich studentów do takiego poziomu, że nie będzie wstydu dać mu dyplomu.

        Zresztą obowiązkowe zajęcia są wszędzie, tylko uczestnictwo w wykładach cieszyły się taką dobrowolnością.

        • Ja napisałem jedynie o wykładach, że nadal powinny pozostać dobrowolne, a nie o ćwiczeniach czy laboratoriach, które uważam za element sprawdzenia wiedzy i umiejętności studenta. Mam więc tutaj odmienne zdanie niż student, któremu odpowiedziałeś, ale pozwolę sobie odpowiedzieć na Twój komentarz.

          Jeśli tylko tym 10% studentów zależy na zdobyciu umiejętności z danego przedmiotu, to dlaczego uczelnia ma ciągnąć na siłę te pozostałe 90%, którym się nie chce? Przecież siłę uczelni stanowią jej absolwenci.
          Poza tym, uczelnie zapewniają szereg narzędzi, które umożliwiają podciągnięcie się tym studentom, którzy zostali gdzieś z tyłu albo gdzieś utknęli. Na wielu kierunkach z poszczególnych przedmiotów urządzane są repetytoria. Dodatkowo, każdy wykładowca i ćwiczeniowiec posiada wyznaczone godziny konsultacji, na które student może przyjść i zapytać o dowolny temat z zakresu przedmiotu. Albo i więcej, jak się dogada.

          Serio, studia to nie jest obowiązek, nie musi każdy ich skończyć. Studia to jedynie opcja.

          • Po co? Żeby to wyglądało tak jak teraz, gdy część sierot chyba została wyrzucona z domu żeby przyjść na wykład i grać na nim na lapku w Fortnite albo oglądać na nim film/serial? Obecność dla samej obecności? Bez jaj.

          • Zakaz laptopów, smartfonów, spania i czytania. Nie chcesz słuchać wykładu, idź do dziekanatu i złóż podanie o skreślenie z listy studentów. Jak sam napisałeś: studia to nie jedyna droga.

            PS. Z moich komentarzy wyłania się obraz jakbym był wielkim zwolennikiem obowiązkowych wykładów. Nie jestem. Ale rozumiem ideę, jaka może przyświecać uczelni która to wprowadza. Sam dość późno przekonałem się, że chodzenie na wykłady jednak dużo daje, tym więcej im mniej cię interesuje dany przedmiot.

          • Nie jesteś w stanie nikogo przymusić do wysłuchania wykładu. Możesz je zmusić do przyjścia na wykład, jednak takie osoby w większości przeszkadzają innym.

            Sam dość późno przekonałem się, że chodzenie na wykłady jednak dużo daje, tym więcej im mniej cię interesuje dany przedmiot.

            No to gratuluję. Ja z kolei przekonałem się, że obecność na wielu wykładach była jedynie stratą czasu. Na wielu nie, bo byłem na wielu ciekawych, ale na wielu też tak. Handluj z tym ;)

            P.S. Ja z kolei rozumiem ideę i uważam ją za bzdurną, jeśli dotyczy wszystkich przedmiotów.

          • „Nie jesteś w stanie nikogo przymusić do wysłuchania wykładu. Możesz je zmusić do przyjścia na wykład, jednak takie osoby w większości przeszkadzają innym.”

            No, wydaje mi się, że jak wprowadzasz zakaz czytania, grania, spania, bawienia się smartfonem i nakaz zachowania ciszy, czyli de facto to czego się wymaga do słuchaczy czegokolwiek gdziekolwiek to skutecznie ograniczasz liczbę czynności bardziej interesujących od słuchania wykładu. A przynajmniej dla większości ludzi inne czynności jak dłubanie w nosie i liczenie kafelków mogą być mniej zajmujące i wysłuchają już ten wykład. A przeszkadzają innym? Tam są drzwi, do widzenia.

            Sorry, ale wydaje mi się że jednak można studentów przymusić do wielu rzeczy. Tym bardziej, że studia nie są obowiązkowe. Na zasadzie wziąłeś na siebie ten krzyż to teraz go nieś.

          • Coś czuję, że w Singapurze byłbyś bardzo szczęśliwym człowiekiem ;)

            O ile jesteś w stanie zakazać wszystkiego, to nie jesteś w stanie egzekwować tych zakazów.
            „Tam są drzwi”? No właśnie by z nich skorzystali, ale nie mogą.

          • „Coś czuję, że w Singapurze byłbyś bardzo szczęśliwym człowiekiem ;)”
            Nie byłbym, ja już dawno po studiach. A na swoich namiętnie korzystałem z nieobligatoryjności chodzenia na wykład, dlatego bardzo późno odkryłem zalety.

            „No właśnie by z nich skorzystali, ale nie mogą.”
            Mogą, nie ma krat. Będą mieli obniżoną ocenę albo usuną ze studiów. A jak nie chcą żeby to się stało to siedzieć na d… i słuchać wykładu tak jak się ślubowało na zaprzysiężeniu. A nie skakać, prychać i dokazywać (oj, chyba już starość przeze mnie przemawia, niedługo zacznę mówić „młody człowieku”)

            Nie wiem czemu się tak uwziąłeś na wykłady, a nie na ćwiczenia. Wszystkie argumenty które podałeś można zastosować do ćwiczeń. Też nie każdy chce tam być, też nie trzeba studentów przymuszać bo powinni być samodzielni, też nie każdy coś stamtąd wynosił, bo jak ktoś miał rozwiązane to się nudził, a jak nie miał to może sobie potem odpisać, do oceny wystarczą kolokwia itd. Jedyna różnica to że na ćwiczeniach było max 15 osób w małej salce, więc dokazywać i przeszkadzać nie było jak.

          • A na swoich namiętnie korzystałem z nieobligatoryjności chodzenia na wykład, dlatego bardzo późno odkryłem zalety.

            Również dzięki temu nie uświadczyłeś wielu wad.

            Mogą, nie ma krat.

            Mogą tak samo jak w ogóle nie przyjść. A więc nie mogą.

            Wszystkie argumenty które podałeś można zastosować do ćwiczeń.

            A to również z powodu moich własnych doświadczeń, widocznie całkiem innych niż Twoje – nie miałem limitu nieobecności na ćwiczeniach, musiałem je po prostu zaliczyć. A forma zaliczeń była różna, czasem wiązała się z obecnością przynajmniej na kilku zajęciach, czasem nie.

          • Zakaz laptopow? Czlowieku teraz czesto sam wykladowxy udostepniaja materialy elektroniczne.

          • No NND Newbie napisał – podobnie sądzę.
            Kurde, ludzie, to jest szkoła – a to że uczniowie są dorośli (powiedzmy) nie powinno ich zwalniać z obowiązku uczenia się – w końcu sami sobie ten obowiązek wzięli na barki. Więc wóz albo przewóz…

          • No właśnie w tym rzecz – to nie jest już szkoła. Musisz ograniczyć studia od szkoły, ponieważ na studiach to student się uczy, a nie jego się uczy.

            I w żadnym wypadku to nie jest zwolnienie ludzi z obowiązku uczenia, a wręcz przeciwnie – w ten sposób się właśnie zmusza osoby do rozpoczęcia nauki.
            Ciężko o kierunek studiów, na którym zdobyta wiedza wystarczy do końca życia zawodowego absolwenta. Niemal w każdym przypadku będzie potrzebował po wyjściu z murów swojej uczelni dalej poszerzać swoją wiedzę, ogarniać „nowinki”. Studia stanowią również przygotowanie na ten czas.

          • Jeśli faktycznie jest tak jak mówisz, to cieszę się, że nie jestem wykładowcą, bo w głowie by mi się nie mieści, jak można okazywać prowadzącemu brak szacunku poprzez zajmowanie się telefonem czy laptopem. Od razu bym wyprosił z sali (a potem trafił na dywanik do rektora, bo przecież student jest najważniejszy i nie wolno go denerwować).

          • „a napisałem jedynie o wykładach, że nadal powinny pozostać dobrowolne, a nie o ćwiczeniach czy laboratoriach, które uważam za element sprawdzenia wiedzy i umiejętności studenta”
            No i dziwi mnie, że to tak potraktowałeś. O ile w medycynie czy chemii laboratoria czy praktyka to mus, o tyle w dziedzinach teoretycznych jak matematyka (a takich jest większość) takie ćwiczenia to element zdobywania wiedzy. To że często na ćwiczeniach dostaje się jakieś plusy i oceny to tylko widzimisię uczelni. Do sprawdzania wiedzy są kolokwia i egzaminy i wystarczy że student raz na pół się zjawi żeby do nich podejść.

            „Jeśli tylko tym 10% studentów zależy na zdobyciu umiejętności z danego przedmiotu, to dlaczego uczelnia ma ciągnąć na siłę te pozostałe 90%, którym się nie chce? Przecież siłę uczelni stanowią jej absolwenci.”
            W dobrych uczelniach nie 90% tylko 50%. Na moim kierunku kiedy studiowałem do końca dotarło ok 30-40% z czego większość odpadła już na 1 roku. A odpowiedzi są takie. Górnolotna: bo taka jest rola uczelni. Kształcić. Nie pozwolić 10% uzyskać dyplom tylko wykształcić jak największą liczbę dla dobra ich samych i społeczeństwa. Czasami trzeba ciągnąć, czasami zachęcać, wybaczać, przymuszać, bo lepiej wypuścić 10% wykształconych bardzo dobrze i 40% dobrze niż tylko 10% bardzo dobrze. Przyziemna: bo uczelnie dostają kasę na studentów i od studentów. Jak będą kształcić 10% tego co mogą to będą mieli 10% budżetu i będą potrzebować 10% kadry naukowej. A uczelnie to nie tylko szkoła, ale też prace badawcze pracowników naukowych.

            „Poza tym, uczelnie zapewniają szereg narzędzi,”
            I jednym z tych narzędzi mogą być obowiązkowe wykłady.

            „Serio, studia to nie jest obowiązek, nie musi każdy ich skończyć. Studia to jedynie opcja.”
            Nie, nie jest. Ale z punktu widzenia uczelni i społeczeństwa lepiej jak jest tych wykształconych trochę więcej niż za mało. Nawet jeśli ktoś był leniuszkiem, olewał czy dużo imprezował to jeśli ostatecznie zdobył tę wymaganą wiedzę i przeszedł egzaminy to dobrze. I nie mówię o przeciągnięcu debila przez 5 lat. Nie powinno być taryf ulgowych. Mówię o jak najstaranniejszym wykształceniem materiału który się dostało wszystkimi możliwymi sposobami.

          • Wygląda na to, że studiowaliśmy na odmiennych zasadach. Na moich, ćwiczenia również z dziedzin teoretycznych jak matematyka, były elementem również sprawdzającym umiejętności studenta. Student przygotowywał się do ćwiczeń we własnym zakresie. Zaliczenie ćwiczeń było wymagające i wymagane do przystąpienia do egzaminu.

            Tak, u mnie też odpadła połowa po pierwszym semestrze, kolejne 30% po drugim. Nie wiem ile skończyło, bo to się wymieszało później. Udało mi się też na innym kierunku poznać wszystkich studentów ówczesnego 4 i 5 roku – w sumie 3 osoby.
            Możesz ciągnąć, przymuszać, zachęcać, coś tam, jasne. Tylko warto robić to, co przyniesie zamierzony skutek. Obowiązkowe wykłady nie będą skuteczne. Ktoś przymuszony do przyjścia na wykład w najlepszym razie będzie neutralny dla reszty. W większości przypadków będzie przeszkadzał – ludziom dookoła, wykładowcom. Stracą ci, co przyszli na wykład chętnie, zyska nikt.

            I nie zgadzam się z tym, że lepiej wypuścić 10% ludzi wykształconych bardzo dobrze i 40% dobrze. Nie zgadzam się z samym podziałem, bo uczelnia powinna wypuścić jako absolwentów tych ludzi, którzy wykazali się zdobyciem określonej umiejętności i wiedzy, a tych, którzy nie – nie czynić absolwentami.

            Kolejna wada obowiązkowych wykładów – część studentów godzi pracę ze studiami, bo móc studiować. Do pracy wykorzystuje m.in. czas, w którym odbywają się wykłady. Wytłumacz im, że są leniami i trzeba ich usunąć z uczelni.
            I właśnie – kolejne kryterium, które pozwala na skreślenie studenta z uczelni nie jest czymś, co ma na celu utrzymanie większej liczby studiujących studentów.

          • „Na moich, ćwiczenia również z dziedzin teoretycznych jak matematyka, były elementem również sprawdzającym umiejętności studenta.”
            Przecież to właśnie napisałem. To widzimisię uczelni. Niby dlaczego ćwiczenia służą do oceny? Jak sama nazwa wskazuje to są ćwiczenia. Po co zmuszać studentów do uczestnictwa. Do oceny są kolokwia i egzaminy.

            „I nie zgadzam się z tym, że lepiej wypuścić 10% ludzi wykształconych bardzo dobrze i 40% dobrze. Nie zgadzam się z samym podziałem, bo uczelnia powinna wypuścić jako absolwentów tych ludzi, którzy wykazali się zdobyciem określonej umiejętności i wiedzy, a tych, którzy nie – nie czynić absolwentami.”
            Ci którzy skończyli studia dobrze czyli na 4 to są dobrzy absolwenci, którzy zdobyli określone umiejętności i wiedzę. Niestety dyplom dostają też Ci co dostają 3, ale o tych już nie wspominałem i też spełniają formalne kryterium. A dlaczego lepiej? Podałem przykład. W praktyce potrzebujemy specjalistów różnej kategorii. Nie jest dobrze gdyby na świecie istnieli tylko najlepsi architekci z kosmicznymi stawkami, bo czasami potrzebujemy tylko przeciętnego do domku jednorodzinnego z rozsądną stawką. Zgodnie z zasadą lepszy średni lekarz niż żaden. Aby nie słaby albo tragiczny.

            „bo uczelnia powinna wypuścić jako absolwentów tych ludzi, którzy wykazali się zdobyciem określonej umiejętności i wiedzy”
            Oczywiście, że tak. Tylko przymus wykładów nie stoi w tym w sprzeczności.

            „Tylko warto robić to, co przyniesie zamierzony skutek. Obowiązkowe wykłady nie będą skuteczne.”
            Widzisz ja osobiście uważam, że trochę polepszą sytuację. Nie w 100% ale jednak. Nie każdy kto zostanie zmuszony do przyjścia na wykład będzie grał w Fortnite. Niektórzy jak już będą to go wysłuchają. Nie każdy kto nie przychodzi na wykład robi to bo wykład jest bezwartościowy. Śmiem twierdzić, że większość robi to z lenistwa, bo wolą pograć, deszcz pada albo mają daleko. Sam podałeś przykład, że ludzie nie przychodzą na wykład bo muszą pracować. Sam z własnego przypadku wiem, że nie chodziłem na żadne wykłady które zaczynały się o 8 bo wolałem spać. A tych co przeszkadzają trzeba wypraszać.

            „Kolejna wada obowiązkowych wykładów – część studentów godzi pracę ze studiami, bo móc studiować.”
            Sorry, zabrzmi to okrutnie, ale od tego są studia zaoczne. A jeśli mimo to nie można pogodzić to trzeba wybrać. Jak sam pisałeś, studia nie są obowiązkowe.

            Reasumując: różnimy się trochę w ocenie roli uczelni, a także korzyści dla społeczeństwa. Ja uważam, że uczelnia ma prawo, a nawet obowiązek stosować metody zwiększające jakość nauczania i poziom wypuszczanych absolwentów. Uważam, że wykłady w niewielkim stopniu, ale jednak to czynią, a na pewno nie szkodzą.

          • Przecież to właśnie napisałem. To widzimisię uczelni. Niby dlaczego ćwiczenia służą do oceny? Jak sama nazwa wskazuje to są ćwiczenia. Po co zmuszać studentów do uczestnictwa. Do oceny są kolokwia i egzaminy.

            Dlatego, że tak uczelnia postanowiła. A właściwie, to dany wydział. I teraz pytanie – o czym rozmawiamy? O innym widzimisię innej uczelni.

            Zgodnie z zasadą lepszy średni specjalista z niż żaden. Aby nie słaby albo tragiczny.

            Zobacz, że napisałem, że powinien zostać osiągnięty określony poziom. Sam już dodałeś, że to jakiś super wysoki poziom.

            Tylko przymus wykładów nie stoi w tym w sprzeczności.

            Nie stanowi również kryterium koniecznego.

            Nie każdy kto zostanie zmuszony do przyjścia na wykład będzie grał w Fortnite. Niektórzy jak już będą to go wysłuchają.

            Rozumiem, że wysłuchają z konieczności, bo nie mają co innego robić? Może się jednak okazać, że jednak rozgrywka w Fortnite na ekranie obok jest ciekawsza. Nici ze słuchania. Ty byłeś leniem, inny miał inny powód by nie być. Nie oceniaj każdego według siebie.

            A tych co przeszkadzają trzeba wypraszać.

            I tak się to robi czasem. Czasem nie. Zależy od wykładowcy. Zawsze to zakłóca zajęcia, wytrąca z wątku itd. Chcesz to zastosować na większą skalę. Super.

            Sorry, zabrzmi to okrutnie, ale od tego są studia zaoczne.

            Nie ma ze wszystkiego studiów zaocznych.
            Poza tym, to brzmi po prostu głupio z Twojej strony. Przymuszajmy „leniuszków”, którzy studia mają w dupie kosztem ludzi, którzy chcą studiować. Brawo. Chcesz użyć tego samego argumentu co ja, spoko. Ale w tej wersji uczelnia wypuści mniej absolwentów.

            Nie zgadzamy się szczególnie w jednej rzeczy – w tym, że przymus obecności ciałem w sali wykładowej podczas trwania wykładu odbije się korzystnie na jakości absolwentów. Ja uważam, że nie, a do tego może mieć negatywne skutki.

          • „Dlatego, że tak uczelnia postanowiła. A właściwie, to dany wydział. I teraz pytanie – o czym rozmawiamy? O innym widzimisię innej uczelni.”
            Dokładnie tak. To inne widzimisię uczelni który Ty akceptujesz i chyba trochę bronisz, choć wydaje się, że nie powinieneś jeśli masz takie poglądy. Krótko mówiąc nieobligatoryjność zajęć dla studenta chyba powinna być rozciągnięta też na to?

            „Zobacz, że napisałem, że powinien zostać osiągnięty określony poziom.”
            OK, czyli się zgadzamy.

            „Nie stanowi również kryterium koniecznego.”
            A ktoś mówi że konieczny, czy chociaż wystarczający? Wystarczy, że wspiera, a nie przeszkadza. Ja uważam że pierwsze (pod warunkiem zachowania porządku na sali wykładowej), ty że drugie.

            „Rozumiem, że wysłuchają z konieczności, bo nie mają co innego robić?”
            Taką miałbym nadzieję :)

            „Może się jednak okazać, że jednak rozgrywka w Fortnite na ekranie obok jest ciekawsza.”
            Tego nie zrozumiałem, na jakim ekranie obok? Dla mnie w ogóle idea rozrywki na wykładach czegokolwiek i gdziekolwiek to abstrakt i brak elementarnego szacunku i wychowania. Chyba rzeczywiście bliżej mi do Singapuru. A dla tych co mają inne poglądy, no to muszą być sankcje takie same, jak za nieobecność na ćwiczeniach.

            „Chcesz to zastosować na większą skalę. Super.”
            Gdybym był wykładowcą to sądzę, że tak. Aż zapanowałaby kultura nie przeszkadzania. Myślę, że kilka poprawek z przedmiotu za dokazywanie na wykładach trwale utemperowałaby kolektyw studencki.

            „Nie ma ze wszystkiego studiów zaocznych.”
            No to niestety być może trzebaby wybrać. Sam musiałem skończyć studia w dwóch etapach (choć zacząłem jednolite) bo musiałem iść do pracy. Poza tym można a nawet należy zrobić wyjątki. Decyzją dziekana/wykładowcy czy po wynikach z nauki zwalniać z obowiązku. Nie będziemy wywalać dobrego studenta, bo pracuje i nie może być na wykładach. Użyłem Twojego argumentu tylko żeby podkreślić, że nie przychodzenie na wykłady nie ma tylko i wyłącznie podłoża „bo wykład jest do d…”

            „Nie zgadzamy się szczególnie w jednej rzeczy – w tym, że przymus obecności ciałem w sali wykładowej podczas trwania wykładu odbije się korzystnie na jakości absolwentów.”
            Może to zabrzmi jakbym kompletnie był durniem i zmieniał zdanie, ale ja do końca też nie. Nie w Polsce z naszą europejską kulturą. Nie wierzę, że będzie zakaz laptopa, nie wierzę że na sali będzie spokój itd. Natomiast uważam że gdyby do tego doprowadzić to ta część słabych studentów która i tak by skończyła studia (nieśmiertelne 3Z) wyszłaby troszkę lepsza.

            I lepiej już zakończymy tę dyskusję. Każdy ma własne zdanie

            Pozdrawiam

          • Krótko mówiąc nieobligatoryjność zajęć dla studenta chyba powinna być rozciągnięta też na ćwiczenia?

            Tak, raczej powinna. Jednak powinno być wymagane również ich zaliczenie w jakiejś formie. To ćwiczenia, a więc przedstawiając nabytą na wykładzie wiedzę. Zrozumiałe jest dla mnie, że do zaliczenia ćwiczeń wypada się wiec pokazać chociaż raz prowadzącemu na oczy. W zależności od specyfiki przedmiotu.

            Dla mnie w ogóle idea rozrywki na wykładach czegokolwiek i gdziekolwiek to abstrakt i brak elementarnego szacunku i wychowania.

            Zgadzamy się w tym zakresie, jednak to naprawdę się dzieje, nieprzerwanie przynajmniej od 13 lat. I to nie są bardzo rzadkie przypadki. Kiedy wykładowca zmusi jednak takiego gościa do zamknięcia laptopa, to zostaje smartfon. A na kolejnym wykładzie albo po przerwie – od nowa. Kompletnie bezwstydnie. Masakra jakaś.

            Natomiast uważam że gdyby do tego doprowadzić to ta część słabych studentów która i tak by skończyła studia (nieśmiertelne 3Z) wyszłaby troszkę lepsza.

            To może kompromis i zwolnienie za wyniki?

          • Ten temat już poruszyłem: „Oczywiście może po prostu wzmocnić kryteria na egzaminach, ale bez wcześniejszego odpowiedniego procesu dydaktycznego skończy się na tym że zostanie jej 10% studentów”. A czemu pozostawienie 10% studentów to zły pomysł to właśnie była to cała dyskusja potem: różne pomysły jak zwiększyć jakość kształcenia, czy obowiązkowe wykłady to plus czy minus itd.

            I nie dodatkowe punkty z obecność tylko ujemne za nieobecność. Zmuszamy studentów do przychodzenia, a nie premiujemy ich za to.

          • Żadnych punktów za obecność – masz zdać egzamin i tyle, a skąd weźmiesz materiały to twoja sprawa:) Dzięki temu można pogodzić studia dzienne, z pracą, bo czesne za zaoczne to jest dopiero zdzierstwo – lepiej więc niech uczelnia zdziera z nieuków i każe im płacić za kolejne poprawki:)

          • To teraz taka nędza na studiach, że trzeba przyznawać punkty za obecność?

          • Niestety tak, część przedmiotów (nie zawsze ta „najgłupsza”) jest prowadzona w ten sposób, że egzaminu nie ma, a zaliczenie jest za obecność + zrobienie prezentacji…

    • Mam wrażenie, że obecne pokolenie właśnie musi być za rączkę prowadzone… skoro na przykład wyraźnie trzeba mu tłumaczyć, że nie wolno całej pracy zaliczeniowej spisać z Wikipedii.

  3. A czy może wykładowcy postarają się przedstawić coś wartościowego zamiast streszczać popularną literaturę branżową? Bo książkę to student potrafi przeczytać sam.

      • To prawda. U jednego 250 studentów siedzi skupionych w ciszy (proszę sobie wyobrazić taką sytuację na dowolnym wydziale technicznym z typowo męską obsadą), drugiego poznaje się na egzaminie, bo wykłady były stratą czasu.

    • Pełna racja.Niesamowicie denerwują mnie wykładowcy,których zajęcia polegają praktycznie na odczytywaniu podręcznika.Tak to i ja mógłbym wykład poprowadzić…

    • Wykłady sięgają tradycją do średniowiecza, kiedy rzecz jasna podręczników nie było i cała wiedza przekazywana była ustnie. Choć pewnie i wtedy nie brakowało nauczycieli, którzy tylko odklepywali materiał.

    • Wielu wykładowców to ludzie z klasą i tej klasy, stylu bycia można się na tych wykładach nauczyć. Chyba to jest największa wartość z tych zajęć.Co do samej wiedzy to przecież i tak trzeba przysiąść do książek, żeby zdać egzamin z w miarę przyzwoitym wynikiem.

  4. kłóci się z celem takiej, a nie innej organizacji studiów

    Najczęściej z celem organizacji studiów kłóci się sama treść i sposób prowadzenia wykładów.

    Jakoś z mojego doświadczenia wynika, że na tych najbardziej ciekawych i przydatnych nie była sprawdzana obecność, a zawsze pełna sala była.

  5. Typowe w Polsce działanie. Zamiast zastanowić się czemu tyle osób nie chodzi na wykłady, to lecą zakazy i nakazy.
    Może trzeba w końcu zrezygnować z robienia ze studiów kolejnego etapu liceum ogólnokształcącego i pójść w jakość wyspecjalizowania się w wąskiej części danej dziedziny?

    A nie dorabianie ideologii, że idąc na informatykę student ma chodzić na moduł humanistyczny, w-f, chemię czy nawet fizykę (gdzie zawsze można wyciągnąć, że się przydaje, a wątpię czy chociaż 1% ludzi z IT faktycznie z tego skorzystało), bo przecież ‚każdy informatyk…’, albo ‚wypada wiedzieć…’. W rezultacie czego są wypchane syllabusy, niezbyt przyjazne dla choćby podjęcia jak najszybciej pracy/stażów. A sami absolwenci mają poważne braki wobec realnych oczekiwań ze strony rynku pracy. Połowa może i słyszała o własnościach elektronowych metali – na co zmarnowano 30 godzin w semestrze, a jak przyjdzie do na przykład GIT-a, to sorry na zajęciach nie było.
    Z pewnością absolwent, czy ktokolwiek inny myśląc, że idzie właśnie na informatykę myśli, że w przerwach nauki programowania/testowania/administrowania z miłą chęcią będzie klepać o modelu Bohra czy marnować 3 godziny na w-f(bo dojazd, bo nie wolno się spóźnić choćby 5 minut, bo rozkład autobusów), gdy teraz na każdym rogu są siłownie. Ale dalej niech się akademiccy oszukują. Tak się traktuje dorosłych ludzi, którzy powinni jak najszybciej się usamodzielniać.

    I tak jest niemal na każdych studiach. Prowadzący czyta slajdy ze swojego pięknie nazwanego przedmiotu, którego powiązanie z samym kierunkiem jest naprawdę grubymi nićmi szyte. A studenci marnują na to czas i 3 semestry później nie pamiętają nawet jego pełnej nazwy.

    No ale co tam wypchajmy na siłę salę, co z tego że większość będzie siedzieć w smartfonach, a bibliografia to będą książki z 1989, 2004 i 1993 roku, w internecie nie do zdobycia, a w bibliotece całe 4 na 100 osób. Pozory zachowane, a przyczyny schowane do kieszeni.

    • Zacytuję Ci opis z Uniwersytetu Wrocławskiego, kierunek informatyka: „Na studiach nauczysz się ponadczasowych podstaw informatyki, algorytmicznego myślenia, analizy problemów i precyzji w myśleniu. Nowe technologie są ważne, ale błyskawicznie zmieniają się i dezaktualizują. Natomiast zrozumienie mechanizmów działania oprogramowania, rozumienie matematyki i posługiwanie się nią w zagadnieniach informatycznych będą Ci zawsze pomocne ­bez względu na to, jaką ścieżkę wybierzesz po studiach.”

      Nie ukrywam, że trochę mnie ten opis przekonał (a taki sam lub bardzo podobny był 20 lat temu). Uczelnie nie są idealne, ale ty chyba pomyliłeś studia ze szkołą zawodową. Jeżeli się nie zgadzasz z tym cytatem, a chcesz iść szybko do pracy i umieć GITa to nie idź na studia tylko zapisz się na kursy. Umiejętności „praktyczne” na studiach były realizowane na krótkich kursach i nic co wtedy uczono nie ma już zastosowania (GIT wtedy nie istniał, za to miałem zajęcia z CVS). Za to dali mi solidną podbudowę matematyczną i teoretyczną.

      Z innymi postulatami się zgadzam. WFu nie miałem.

  6. Czytałem niedawno artykuł, że obecne pokolenie studentów wpada w depresję, bo… musi studiować (toć roboty dla nich ni ma, i co ty na to powiesz). Więc snują się po uczelnianych korytarzach z jednego kierunku na drugi, wiedząc że to i tak nie ma sensu, bo w najlepszym razie skończą jako kelnerka albo pracownik stacji paliw. No i niestety, tak się kończy wmawianie społeczeństwu, że każdy może, a nawet powinien, studiować (połączone z likwidacją szkolnictwa zawodowego).

  7. A ja bym poszedł w drugą stronę i zakazał zaliczania czy też dawania dodatkowych punktów za obecność na wykładach, bo ludzie siedzą, rozwiązują krzyżówki, albo grają na telefonach, a trójeczka leci:) wiedzy oczywiście z tego nie wyniosą żadnej, a z punktu widzenia nowego prawa są lepszymi studentami, niż tacy, co opuszczają wykłady, próbując godzić studia dzienne z pracą zarobkową…

    Ja bym wprowadził obowiązkowe zajęcia praktyczne i nieobowiązkowe teoretyczne, ale kończące są obowiązkowym egzaminem sprawdzającym wiedzę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *