Prawa wyborcze więźniów w Polsce są oczywistością, w niektórych państwach zachodnich już niekoniecznie

Państwo Zagranica dołącz do dyskusji (21) 30.04.2019
Prawa wyborcze więźniów w Polsce są oczywistością, w niektórych państwach zachodnich już niekoniecznie

Udostępnij

Rafał Chabasiński

W Stanach Zjednoczonych poruszenie. Senator Bernie Sanders przypomina, że prawa wyborcze więźniów to nie żadna lewicowa fanaberia, tylko jedno z podstawowych praw człowieka. Mowa oczywiście o czynnym prawie wyborczym. W wielu, zdawałoby się, demokratycznych państwach osadzonym odbiera się możliwość głosowania. 

W Stanach Zjednoczonych prawa wyborcze więźniów są masowo odbierane

Ubiegający się ponownie o nominację Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA Bernie Sanders na początku kwietnia zrobić coś niespotykanego w amerykańskiej polityce. Publicznie upomniał się o czynne prawa wyborcze więźniów. Z polskiej perspektywy to przecież nic nadzwyczajnego, przywykliśmy już do ciekawostki z każdych wyborów, jaką jest to, jak głosowali osadzeni. Tymczasem większość stanów USA automatycznie odbiera więźniom czynne prawo wyborcze.

Jak podawała wówczas Rzeczpospolita, w piętnastu stanach więzień odzyskuje prawo do głosowania w wyborach po opuszczeniu zakładu karnego. W dwóch musi uzyskać zgodę gubernatora, by móc oddać głos. Przeszło połowa stanów przyjęła zasadę, że prawa wyborcze więźniów są zawieszone aż upłynie wyrok sądu. Nawet, jeśli osadzony wcześniej uzyskał warunkowe zwolnienie. W tym aż dziesięć z nich zakłada, że skazaniec może stracić prawa wyborcze na zawsze. Warto przy tym pamiętać, że Stany Zjednoczone to państwo o jednej z większych populacji więźniów na świecie. W tamtejszych zakładach karnych osadzonych może być nawet przeszło dwa miliony skazanych. Część z nich w prywatnych więzieniach, które zarabiają na ich pracy przymusowej.

Poszczególne państwa europejskie stosują różne rozwiązania: od automatycznego odbierania praw, przez dodatkowy środek karny

Stany Zjednoczone nie są odosobnione. Państwa takie, jak Armenia, Bułgaria, Estonia, Gruzja, Węgry czy Luksemburg również odmawiają więźniom czynnych praw wyborczych. Taka sama regulacja nie powinna dziwić w przypadku Rosji. Poza Europą, osadzeni nie mogą głosować na przykład w Brazylii, Egipcie oraz w Indiach. Przez długi czas prawa wyborcze więźniów zawieszała Wielka Brytania i Australia. Ta pierwsza regularnie przegrywała sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw człowieka i została zmuszona do zmiany przepisów. Podobny los zresztą spotkał Włochy. W przypadku Australii, uniemożliwienie osadzonym korzystania z praw wyborczych okazało się być sprzeczne z tamtejszą konstytucją.

Prawa wyborcze więźniów bywają także uzależnione od wysokości wyroku lub rodzaju przestępstw. To stosunkowo popularne rozwiązanie w Europie. We Włoszech wciąż osoby skazane na dożywocie mogą utracić czynne prawo wyborcze. Sprawcy ciężkich przestępstw tracą je w Islandii. Tamtejsze władze zakładają, że osadzony sam się praw pozbawił w momencie popełnienia przestępstwa. W Niemczech prawa wyborcze można stracić za popełnienie przestępstwa wymierzonego w demokratyczny ustrój państwa oraz za terroryzm. Warto zauważyć, że automatyczne odbieranie praw wyborczych sprawcom najcięższych przestępstw jest uważane przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejski za zgodne z unijnym prawodawstwem.

Tradycyjne podejście do karania przestępców oparte o odwet wciąż jest popularne

Polski system prawny przewiduje instytucję odebrania praw publicznych. Zgodnie z art. 40 §2 kodeksu karnego, taki środek karny sąd może zastosować w przypadku skazania na co najmniej 3 lata pozbawienia wolności. Co więcej, sprawca musi popełnić przestępstwo z motywacji zasługującej na szczególne potępienie. Odebranie praw publicznych orzekane jest na czas określony w wyroku. Zgodnie z art. 43 kodeksu karnego, co do zasady, okres ten wynosi od roku do 10 lat. Są także państwa europejskie w ogóle nie przewidujące ograniczania czynnego prawa wyborczego więźniom. Wskazać tutaj należałoby chociażby Czechy, Danię, Finlandię, Hiszpanię, Szwecję, czy Ukrainę.

Skąd takie różnice? Przede wszystkim wynikają z podejścia do więźniów jako takich. Z jednej strony mamy państwa zakładające, wzorem Islandii, że popełniając przestępstwo osadzeni sami siebie pozbawiają praw przynależnych pozostałym obywatelom. Kara w tym przypadku ma przede wszystkim uczynić zadość sprawiedliwości. To z kolei oznacza, że ma być dolegliwa, skazany ma „poczuć”, że zrobił źle. Do tego społeczeństwo ma wiedzieć, że państwo nie okazuje kryminalistom litości. Temu właśnie mają służyć automatycznie odbierane prawa wyborcze więźniów. Świetnie w tą koncepcję wpisuje się także przymusowa praca osadzonych. Niestety, takie „surowe” traktowanie więźniów bardzo często znajduje w poszczególnych społeczeństwach posłuch.

Tymczasem państwa skandynawskie stosują swój łagodny model resocjalizacji przede wszystkim dlatego, że on faktycznie działa

Alternatywą jest uznanie, że kara ma przede wszystkim na celu prewencję. Nie chodzi tylko o odstraszanie, ale zwłaszcza o resocjalizację więźnia. Trzeba go nie tylko izolować od społeczeństwa, ale również umożliwić powrót jako w potrafiąca w nim funkcjonować jednostka. W idealnym świecie zakład karny stanowiłby miniaturę właściwie funkcjonującego społeczeństwa. Bez niepotrzebnego odbierania więźniom godności, bez tolerowania rządzących zakładem subkultur. Skądinąd tak czasem wyśmiewane skandynawskie więzienia działają w bardzo podobny sposób. I osiągają naprawdę dobre wyniki, w przeciwieństwie do tych „tradycyjnych”.