Prezydent wybierany na 7 lat to jest bardzo, ale to bardzo zły pomysł

Państwo Prawo dołącz do dyskusji (169) 16.04.2020
Prezydent wybierany na 7 lat to jest bardzo, ale to bardzo zły pomysł

Jakub Kralka

PiS postanowił forsować polityczny plan Jarosława Gowina, by wydłużyć kadencję prezydenta do 7 lat. Zmiana miałaby dotyczyć aktualnej kadencji Andrzeja Dudy, co budzi moje pewne wątpliwości natury czysto konstytucyjnej, ale o to zapytam jeszcze ekspertów. 

Wydłużenie kadencji prezydenta Dudy do 7 lat – niezależnie od tego czy coś takiego byłoby w ogóle legalne, wszak naród wybierał go na lat 5 – to dość ciekawa propozycja rozwiązania problemu z realną niemożnością zorganizowania wyborów prezydenckich w maju tego roku. Wprawdzie można wprowadzić stan wyjątkowy albo stan klęski żywiołowej, które przeniosłyby wybory o kilka miesięcy do przodu, ale rząd PiS jest temu z jakiegoś powodu niechętny. Nie przekonują mnie argumenty, że rząd musiałby wtedy wypłacać odszkodowania przedsiębiorcom ze względu na ograniczenie swobód, to naciągana interpretacja. Ciekawie na ten temat mówiła prof. Ewa Łętowska w oko.press. No i przecież stany nadzwyczajne generalnie nie są już w stanie bardziej ograniczać tych swobód ponad to, co już się w państwie dzieje.

„Stan wyjątkowy to cenzura mediów!” – krzyczą zwolennicy PiS, jak gdyby próbując przekonać media opowiadające się za tym rozwiązaniem, że to im nie służy. Owszem, stan wyjątkowy przewiduje takie możliwości, ale przecież nie czyni ich obligatoryjnymi…

Prezydent wybierany na 7 lat to dobra zmiana dla PiS czy opozycji?

Wydłużenie kadencji Andrzeja Dudy o kolejne dwa lata byłoby zmianą stosunkowo dobrą dla opozycji. Trudno oceniać jakie są szanse aktualnego prezydenta na reelekcję. Z jednej strony to zdecydowanie najmocniejszy kandydat z dużą grupą popleczników, ale jednak ponad połowa narodu nie akceptuje PiS-u u władzy, a to może się przełożyć też na ostateczne poparcie ich kandydata na prezydenta. Niewykluczone więc, że w drugiej turze naród zagłosowałby na Władysława Kosiniaka-Kamysza, Szymona Hołownię czy Kubusia Puchatka, gdyby tylko ten był przeciwnikiem Andrzeja Dudy. Urzędujący prezydent jest faworytem wyścigu, ale nikt nie dałby sobie ręki uciąć za jego ostateczne zwycięstwo. Także w jego macierzystej partii.

Największym beneficjentem odłożonych wyborów byłaby Platforma Obywatelska. To naprawdę niesamowite i zarazem ilustruje wszystkie problemy tej partii za kadencji Grzegorza Schetyny, który zdążył jeszcze namaścić Małgorzatę Kidawę-Błońską na kandydatkę. Jestem zaskoczony, że ta wypada w swojej roli aż tak fatalnie. Urząd prezydenta w Polsce nie jest przesadnie wymagający: potrzebuje wzbudzania zaufania, jako-takiego wyglądu, charyzmy scenicznej i instynktu (ale już nie geniuszu) politycznego. Tymczasem kampania MKB była wizerunkową katastrofą do tego stopnia, że obecnie największa partia opozycyjna przegrywa w sondażach prezydenckich nawet z pogodynkami TVN-u. Jestem pewien, że kolejne dwa lata kampanii przełożyłyby się na kandydaturę Donalda Tuska, Borysa Budki czy Radosława Sikorskiego, którzy są politykami w mojej ocenie adekwatnymi do piastowania tego urzędu, przemawia za nimi albo doświadczenie i charyzma, albo – w przypadku nowego lidera PO – świeżość i energia.

Dla PiS z kolei nie jest to do końca idealne rozwiązanie. Wprawdzie dostaliby dwa lata gwarantowanej prezydentury Andrzeja Dudy, ale realnie zmniejszając szanse na jego reelekcję. Nie da się uniknąć wpływu koronawirusa na gospodarkę i rynek pracy. Ludzie stracą zatrudnienie, wielu pogorszy się stopa życiowa, a w takich sytuacjach złość zwykle – chyba że jesteśmy w Rosji – kierowana jest w stronę rządzących. Zdecydowanie trudniej gra się o reelekcję przy zauważalnym bezrobociu, inflacji czy innych zagrożeniach. Logika podpowiada, że w 2022 roku nowy kandydat (Andrzej Duda zgodnie z aktualnym projektem nie mógłby już kandydować) PiS przegra wybory prezydenckie (do grona powodów dojdzie też naturalne zmęczenie rządami PiS). No, chyba że Platforma Obywatelska dalej będzie promowała Małgorzatę Kidawę-Błońską, a Prawo i Sprawiedliwość wystawi Łukasza Szumowskiego. Zmiana ma mieć charakter jednorazowy, ale co jeśli pociągnie za sobą stałą prezydenturę w 7-letnim wymiarze? W mojej ocenie konsekwencje byłyby negatywne. Pobawmy się w analizę takiej sytuacji.

Prezydent wybierany na 7 lat to za długa kadencja

Od razu chciałbym też podkreślić, że dłuższa prezydentura ma swoje atuty. Jeśli ktoś zapatruje się na nią w sposób stricte monarchistyczny, to oczywiście 7-letnia kadencja byłaby ciekawą koncepcją na konsekwentne budowanie jakiejś wizji państwa. Biorąc jednak pod uwagę sposób konstrukcji polskiego ustroju, gdzie prezydent wprawdzie ma szereg uprawnień, ale jednak nie kształtuje w jakiś poważny sposób polityki kraju, jest to działanie bezcelowe.

Uważam, że siedmioletnia kadencja prezydenta to bardzo zły pomysł, ponieważ to jest zbyt długi czas bez możliwości weryfikacji urzędującego na tym stanowisku polityka przez suwerena. Przemawia za tym kilka argumentów.

Po pierwsze – wybory prezydenckie w Polsce są bardzo niestabilne.

Wprawdzie ostatecznie wygrywa faworyt lub jego główny „challenger”, to jednak przypomnijmy sobie jak wielkie poparcie w ostatnich latach potrafiły zmagazynować wynalazki z kapelusza – Stan Tymiński, Paweł Kukiz czy – póki co sondażowo – Szymon Hołownia. Nie neguję głosów oddanych na tych bohaterów czy deklarowanego poparcia, za którymi z reguły kryje się zniecierpliwienie klasą polityczną, natomiast nie świadczy najlepiej o stabilności elektoratu fakt, że zawsze sporą pulę głosów jest w stanie zmagazynować kandydat znikąd, bazujący na emocjach. Ukraina, która jest krajem o jeszcze słabszej kulturze politycznej, ma teraz w roli prezydenta taki odpowiednik naszego Roberta Górskiego z Kabaretu Moralnego Niepokoju. Nie oceniam czy to jest dobry czy zły kierunek, ale na pewno nie świadczy to o stabilności.

Po drugie – mało który kraj na świecie ma prezydenta urzędującego aż 7 lat

Od jakiegoś czasu Rosja, natomiast tam prezydent w rzeczywistości silnie kształtuje politykę państwa. No i wszyscy wiemy, że chodzi tak naprawdę o próbę kształtowania legalnej dyktatury.

Stany Zjednoczone? 4 lata. Kadencja prezydenta Francji? 5 lat – skrócone z 7. Prezydent Niemiec – 5 lat. „Prezydent UE” – 2,5 roku. Prezydent Ukrainy – 5 lat. Prezydent Włoch – rzeczywiście 7 lat, ale ilu czytelników wymieni z pamięci jego nazwisko?

Zestawianie tych wszystkich przykładów z Polską jest jednak nieco bezcelowe, ponieważ o roli prezydenta decydują kwestie ustrojoweg. Donald Trump jest de facto szefem swojego państwa, od jego decyzji zależy bardzo wiele. Frank-Walter Steinmeier może przypinać ordery i czytać w gazetach co tam zarządziła Angela Merkel. W Polsce jest to trochę wyśrodkowane, co zresztą ma swoje liczne wady i zalety, ale ostatecznie jestem zdania, że jednak bliżej nam do modelu niemieckiego. Prezydent RP jest ważny z mocy swojego autorytetu i może nieco sabotować prace większości sejmowej, ale nie jest realnym liderem politycznym.

Oczywiście te kwestie też są płynne. Spójrzmy na przykład na aktualną kadencję parlamentu. Marszałek Senatu, do tej pory postać o marginalnym znaczeniu dla sceny politycznej, nagle stał się bardzo istotnym graczem w politycznej układance.

Generalnie jednak państwa demokartycznego świata stronią od powierzania politykowi władzy w jednej, bardzo długiej kadencji, ze względu na utratę kontroli nad jego poczynaniami przez zbyt długi czas.

Po trzecie – 7 lat to kupa czasu

Wyobraźmy sobie, że wybieramy prezydenta w 1999 roku na siedmioletnią kadencję. Polski nie ma w Unii Europejskiej i NATO, najważniejszą kobietą w Państwie jest Shazza, a u sterów państwa AWS z premierem Buzkiem. Kiedy preyzdent oddaje władzę, „przetrwał” na swoim stanowisku, upadek AWS, klęskę SLD, rozpad POPiS-u i jest w samym środku tarć między PiS, Samoobroną oraz LPR, by zaraz utraciły władzę na rzecz PO (Donald Tusk już się perfekcyjnie nauczył, ile kosztują kruczaki i ziemniaki).

Długa prezydentura może mieć znaczenie stabilizujące, jeżeli prezydenta wybierzemy dobrze (tak naród zdawał się uważać przy okazji prezydenta Kwaśniewskiego). Ale jeśli wybierzemy źle lub średnio, to zauważmy, że we wskazanym okresie diametralnie zmieniła się pozycja międzynarodowa Polski, a w samym kraju miało miejsce kilka politycznych trzęsień ziemi. 7-letnia kadencja to naprawdę bardzo ważna deklaracja polityczna. I bardzo ryzykowna. Łatwiej to oceniać przez pryzmat ustabilizowanej sytuacji po 2007 roku, gdy najpierw 8 lat rządziła PO, a teraz od 5 lat rządzi PiS, a Bronisław Komorowski i Andrzej Duda byli słabymi prezydentami, stanowiącymi dodatek do większości parlamentarnej.

Prezydentów mieliśmy lepszych i gorszych. Jednak jak dotąd nie wydarzyły się jeszcze scenariusze tragiczne, choć oczywiście za takie można uznawać sygnowanie swoim podpisem w sposób oczywisty niekonstytucyjnych ustaw. Możliwości odwoływania prezydenta z urzędu wprawdzie są, ale dyskusyjne i trudne do zrealizowania. 7-letnia prezydentura w ekstremalnym przypadku może doprowadzić do realnego impasu w polskiej polityce.

Po czwarte – grzebanie przy Konstytucji

Nie jestem przesadnym fanem grzebania przy Konstytucji, natomiast oczywiście okoliczności są wyjątkowe. Należy jednak zadać sobie pytanie, czy Konstytucja nie powinna być aktem prawnym na miarę takich właśnie sytuacji. Chronić nas w sytuacjach ekstremalnych i wtedy w sposób szczególny cechować się swoją trwałością. Nie byłoby dobrze kombinować z ustrojem tuż po katastrofie w Smoleńsku, prawda? I może nie jest dobrym pomysłem zmieniać ją teraz, choć doceniam, że politycy szukają rozwiązania tej sytuacji, gdyż wybory korespondencyjne raczej się nie udadzą i powoli kończą nam się narzędzia prawne pozwalające na przeprowadzenie wyborów w bezpieczny sposób.

Zmiany Konstytucji powinny być ostatecznością. Niezależnie jednak od potrzeby rozwiązania problemu aktualnej kadencji Andrzeja Dudy, w polskim systemie politycznym 7-letnia kadencja prezydenta wydaje się być nieadekwatna do specyfiki tego urzędu i doświadczeń 3 dekad wolności.