Jeśli przepłacać za słuchawki Apple, to lepiej przepłacać za AirPods Pro

Firmowy lifestyle Technologie Zakupy firmowe dołącz do dyskusji (12) 23.06.2020
Jeśli przepłacać za słuchawki Apple, to lepiej przepłacać za AirPods Pro

Jakub Kralka

Sposób w jaki słuchawki Apple podbijają w ostatnich tygodniach popkulturę korporacyjną jest imponujący. Widzimy je na niemal wszystkich wideokonferencjach, choć stały się też nieodłącznym atrybutem celebrytów i momentami bardziej przejawem mody czy manifestacją statusu, niż tylko narzędziem. 

W ramach działów „zakupy firmowe” i „firmowy lifestyle” postanowiłem sprawdzić o co tyle… hałasu.

Słuchawki od Apple współpracują też z Androidem, jednakże jeśli nie macie w swojej szufladzie ani jednego gadżetu od firmy dowodzonej przez Tima Cooka, po prostu idźcie sobie poczytać coś innego. AirPodsy bez iPhone’a, iPada, Maka lub MacBooka – a najlepiej wszystkich razem – po prostu nie mają sensu.

AirPods jako fenomen kulturowy

Choć pierwsza generacja AirPods pojawiła się na kilka tygodni przed 2017 rokiem, nawet polscy fani Apple spoglądali na nie sceptycznie. Nic dziwnego, ich astronomiczna cena czyniła je produktem nie tylko na rynku nowym, ale też luksusowym. Za granicą szybko zaczęły dominować krajobraz ulic. Można to wytłumaczyć tym, że kosztowały 799 złotych w kraju, w którym średnie wynagrodzenie brutto wynosi 5600 złotych. Dla porównania w Austrii jest to 16 000 złotych. My jako naród i społeczeństwo jesteśmy mało zamożni, ale warto podkreślić, że nawet za granicą Apple uchodzi za sprzęt nie na każdą kieszeń.

Nic zatem dziwnego, że w naszym kraju Apple jest często sposobem manifestowania swojego statusu przez osoby, które z technologiami nie mają wiele wspólnego. Cierpią na tym miłośnicy ekosystemu, który niewątpliwie ma wiele bardzo mocnych argumentów, chociażby w pracy zawodowej czy rozrywce. Trudno zaś znaleźć bardziej zauważalny i rzucający się w oczy gadżet, niż właśnie charakterystyczne słuchawki, które w ostatnich latach stały się produktem niemalże kulturowym.

Coraz łatwiej zauważyć je u instagramerów, aktorów, piłkarzy, a w konsekwencji również ich fanów i naśladowców. Telewizyjne i biurowe telekonferencje coraz częściej dominuje właśnie widok gości w białych słuchawkach. Postanowiłem przekonać się jak tego typu gadżety sprawdzają się w uszach przedsiębiorcy, a przy tym gadżeciarza, który ceni Apple niekoniecznie w tym kontekście kulturowym (tłumaczenie się przed znajomymi czemu przepłacam za sprzęt jest dla mnie bardziej krępujące, niż nobilitujące), a technologicznym.

Apple AirPods na firmę

Uważam, że dla przeciętnych osób z tzw. klasy średniej słuchawki Apple są zbyt wygórowanym wydatkiem. Bezpiecznie mogą sobie na nie pozwolić tylko zamożni ludzie. Jednak klasa średnia to także przedsiębiorcy, którzy dźwigają na swoich barkach wielki krzyż wielu obowiązków fiskalnych, ale mają też przywilej sporadycznego „wrzucania w koszty” pewnych wydatków, które mocno racjonalizują cenę urządzenia. Słuchawki AirPods niewątpliwie mogą znaleźć uzasadnienie dla odliczeń podatkowych, zaś gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, to sposób w jaki zmieniliśmy nasze życie i realizację kontaktów biznesowych w dobie pandemii koronawirusa, ostatecznie o tym przesądza.

AirPods kosztują dziś w poważnych sklepach z elektroniką 599 złotych, co po odliczeniu VAT i 19-procentowego podatku liniowego daje realną cenę na poziomie 395 złotych.

AirPods Pro w marketach z elektroniką kosztują od 949 złotych, co po odliczeniu ww. podatków przekłada się na wydatek rzędu 625 złotych. Nadmienię tylko, że jest to w mojej ocenie nadal wysoka cena, jeżeli patrzymy na ten produkt tylko jak na słuchawki (a nie część większej układanki), natomiast pomimo 230 złotych różnicy jestem zdecydowanym zwolennikiem inwestycji w model Pro.

Stworzone dla Apple

Słuchawki Apple stanowią integralną część ekosystemu tej firmy. A będą jeszcze lepsze, gdyż z wczorajszej konferencji dla producentów oprogramowania Apple dowiedzieliśmy się, że już jesienią do modelu Pro dojdzie opcja obsługi dźwięku przestrzennego, zaś słuchawki same zaczną inteligentnie przełączać się między iPhonem, iPadem i komputerami z rodziny Mac. Teraz trzeba robić to ręcznie.

Wyjaśnię wam jak w ogóle stało się, że zainteresowałem się słuchawkami od Apple. Sam fakt bycia zaintrygowanym bezprzewodowością wydaje mi się bezsporny. Znajomy podarował mi więc nieużywane przez siebie słuchawki PLANTRONICS BackBeat PRO 5100, które w sprzedaży detalicznej kosztują około 599 złotych. Były to słuchawki kiepskie, w uchu budziły uczucie dziwnego dyskomfortu, grały cicho, zaś sam proces sparowania lewej z prawą potrafił przyprawić o ból głowy, a do tego dochodziło jeszcze uciążliwe łączenie ich z telefonem, komputerem itd.

W przypadku „ekosystemu Apple”, o którym kilkukrotnie wspomniałem już w tym tekście, wygląda to w ten sposób, że otwieramy pudełko ze słuchawkami obok naszego telefonu i ten sam pyta czy ma się z nimi połączyć. Synchronizacja odbywa się po koncie iCloud, więc potem „zna” je też nasz Mac oraz iPad. Co więcej, możemy też otworzyć pudełko z drugą parą słuchawek i przyłączyć je gościnnie do urządzenia. Umożliwia to telekonferencję więcej, niż jednej osoby w zatłoczonym lokalu.

Warto przy tym nadmienić, że AirPodsy to oczywiście nie tylko słuchawki, ale też mikrofon. Mówiąc szczerze ten nie jest jednak idealny, czasami tłumi nasz głos i zbiera dźwięki otoczenia. Rozmówcy zdecydowanie zbyt często proszą o powtórzenie zdania, co jest moim zdaniem sporym mankamentem sprzętów za taką cenę. Może nie „deal breakerem”, ale to obok kosztów największa wada obu urządzeń.

Jeśli przepłacać za słuchawki Apple to lepiej przepłacać za AirPods Pro

Jeżeli chodzi o ocenę jakości pracy słuchawek, to wybaczcie, ale brak mi profesjonalnej wiedzy typowej dla melomanów. Nie uważam jednak, by był to problem, ponieważ bez cienia wątpliwości nie są to urządzenia dedykowanej audiofilom. Zarówno AirPods jak i AirPods Pro spisują się dobrze, przy czym Pro spisują się lepiej, a dźwięk jest czystszy.

Przewaga modelu Pro w mojej ocenie manifestuje się również w tym, że możemy pudełko z nimi ładować indukcyjnie (do zwykłych AirPodsów za taką opcję trzeba dopłacić tyle, że praktycznie… zbliżamy się do półki cenowej Pro). Ponadto wyposażone są w moim zdaniem fenomenalny system tłumienia hałasów, który sprawia, że słuchawki są w stanie niemal całkowicie skutecznie wyciszyć lub przynajmniej zredukować piorącą pralkę, biegające za drzwiami mieszkania dzieci, kosiarkę sąsiada czy odgłosy biurowego szmeru. Osobiście często wkładam je do ucha, by wytłumić hałasy otoczenia, a nie w celu przeprowadzenia konferencji czy nawet słuchania muzyki. Bardzo ciekawa opcja, choć oczywiście jej podstawowe zastosowanie, to jednak jeszcze lepsza konsumpcja multimediów.

Dlaczego ktoś miałby wybrać zwykłe AirPodsy? Znam osoby, które nie są w stanie korzystać ze słuchawek dokanałowych. AirPodsy są tylko douszne. Istotna jest również cena. Przede wszystkim jednak powracam do argumentu modowego. Otóż słuchawki od Apple stały się znane światu w swojej tańszej wersji. Bogatszy model nie jest w zasadzie spopularyzowany, a mam niestety przykre wrażenie, że dla niektórych osób ów „fashion” ma większe znaczenie, niż „active noise cancelling”.

To dobre słuchawki dla przedsiębiorcy

AirPods i AirPods Pro to nie są najlepiej grające słuchawki na rynku, natomiast ich poziom software’owej integracji z urządzeniami Apple deklasuje konkurencję, która jest często pod tym względem nieporadna. Słuchawki grają dobrze, na szkolną trójkę z plusem i czwórkę, a to dla większości osób już dostatecznie wystarczająco. Bawią mnie dyskusje o jakości dźwięku, które w dużej mierze inicjują posiadacze zestawów słuchawkowych za 70 czy 150 złotych, bo względem tych rozwiązań AirPods jest przepaścią jakościową – pod względem czystości dźwięku, basu, solidności wykonania.

Czy słuchawki Apple pozwalają zarabiać pieniądze? W dobie pracy na dystans – oczywiście. Czy robią to lepiej od konkurencji? Pewnie nie. Za to jest duża szansa, że robią to szybciej, wygodniej i przyjemniej.