TIDAL to szeroko reklamowana muzyczna usługa streamingowa, która bardzo odważnie walczy z Deezerem czy nawet Spotify. Ale mimo to okazuje się, że zbyt mocne układy strumieniujących firm z muzykami mogą zaszkodzić branży muzycznej. 

Jednym z przykładów takich sytuacji jest TIDAL i jego materiały z gatunku „exclusive”, które nie są dostępne na innych usługach. Żeby daleko nie szukać przykładów takich utworów, przytoczę tylko Prince’a, którego przed kilkoma dniami na łamach Bezprawnika żegnałam przypominając przy okazji, że był bardzo zacietrzewionym wojownikiem o swoje prawa autorskie – czasem nawet do przesady.

Płyty na wyłączność ojcami sukcesu TIDAL

Ciekawe spostrzeżenia oferuje Digital Music News. Kiedy Kanye West opublikował w TIDAL swoją płytę „‘The Life of Pablo” na wyłączność (czasową), a jednym z rezultatów było… podwojenie liczby subskrybentów popularnej usługi muzycznej! Innymi słowy, nie da się odmówić takiej polityce morderczej wręcz skuteczności. Choć nie ma jeszcze oficjalnych wyników wpływu na subskrypcje, to jednak udostępniony Tidal na wyłączność album Beyonce pt. Lemonade sprawił, że mobilna aplikacja usługi jest od kilku dni najchętniej pobieraną w całej Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych.

TIDAL a wzrost piractwa

Rzecz w tym, że ten medal ma dwie strony. Otóż nie wszyscy słuchacze muzyki są bezpośrednio zainteresowani porzuceniem swoich dotychczasowych platform, takich jak Apple Music czy Spotify. Z tego też względu wyłączność albumów może mieć zdecydowany wpływ na stopień ich piracenia. Okazuje się, że w bazie The Pirate Bay nowa płyta Beyonce znajduje się na 5 miejscu pod względem najczęściej piraconych albumów. Kanye West wprawdzie jest już dostępny u konkurencji, ale w międzyczasie zdążył wskoczyć na fotel lidera (zapewne nie pomogła tu także narracja, że The Life of Pablo zawsze będzie tylko na TIDAL-u).

Screen-Shot-2016-04-26-at-10.15.23-768x378

Netflixyzacja streamingu muzycznego?

Fani muzyki przeżywają teraz to, z czym na co dzień muszą się mierzyć miłośnicy usług takich jak Netflix, HBO GO i kilku innych niedostępnych w naszym kraju. Otóż do tej pory wydawało się, że Spotify jest w stanie niemal w zupełności zaspokoić nasze muzyczne gusta. W przypadku Netflixa nikt natomiast nie ma złudzeń – to świetna usługa, z bogatą ofertą, ale będzie bardzo trudno ograniczyć się tylko do niej, gdy jedna konkurencja ma świetnych Vikings, inna Grę o Tron, a ktoś jeszcze emituje sitcom The Big Bang Theory.

Dotychczas nie obserwowaliśmy jeszcze tego zjawiska na taką skalę, ale wygląda na to, że mamy pierwszy wiarygodny benchmark psychologii użytkowników muzycznych serwisów streamujących. W obliczu posiadania subskrypcji jednej z usług, ich złość skupia się na artyście, a moralność zapewne pozwala usprawiedliwić pobranie plików z nielegalnych źródeł.

Potrzebujesz pomocy? Zadaj pytanie...

Pomoc prawna w najtrudniejszej sytuacji już od 49 złotych!

To z kolei każe się zastanawiać jak w przyszłości, w obliczu tych doświadczeń, muzycy będą zapatrywali się na zawierane przez siebie (lub ich wytwórnie) umowy licencyjne. Czy na pewno umowa na wyłączność okaże się dostatecznie lukratywna, by decydowali się ignorować konkurencję? Prawdę powiedziawszy podejrzewam, że tak. Tak właśnie będzie, przychody z samego streamowania i tak nie są dostatecznie duże, a niestety najbardziej ucierpią na tym słuchacze.