Amerykańskie próby ingerencji w europejskie prawodawstwo robią się już naprawdę niesmaczne
Administracja Donalda Trumpa postanowiła zawalczyć o wolność słowa w Europie. Amerykanom nie podobają się planowane i wdrażane ograniczania w dostępie do treści w internecie. Chodzi przede wszystkim o kontrolę dostępu do social media przez dzieci i młodych nastolatków, walkę z dezinformacją oraz zwalczanie tzw. mowy nienawiści. Kontrą na działania Europejczyków ma być portal freedom.gov, który ma pomóc w omijaniu rządowych blokad dotyczących. Rzekomo bez pozyskiwania przy okazji danych użytkownika, ale ja bym w takie bajki nie wierzył.
Skąd tak drastyczne posunięcie? Nie da się ukryć, że Donald Trump i jego zwolennicy mają zupełnie inne spojrzenie na kwestię wolności słowa w internecie niż Komisja Europejska wraz z większością rządów państw członkowskich Unii Europejskiej. Pikanterii sprawie dodaje to, że prezydencka administracja aktywnie działa w kierunku przeszczepienia wartości ruchu MAGA także w państwach naszego kontynentu.
Równocześnie ograniczenia przygotowywane na poziomie unijnym budzą kontrowersje. Są przecież Europejczycy szczerze przywiązani do idei nieskrępowanej niczym wolności słowa i braku ingerencji rządów w treści znajdujące się w internecie. Na drugiej szali mamy rzeczywiste problemy: uzależnienie młodych od przeglądania mediów społecznościowych w nieskończoność, masowe wykorzystywanie w nich botów do walki politycznej i ideologicznej oraz wykorzystywanie Sieci przez pospolitych cyberprzestępców jako główne narzędzie pracy. Na to wszystko nakładają się jeszcze zagrożenia i korzyści związane z upowszechnieniem się sztucznej inteligencji.
Sam jestem ostrożnym zwolennikiem regulacji internetu i ograniczania najbardziej palących patologii. Przyznaję jednak, że można doszukać się powodów, by w tym sporze stanąć po stronie Donalda Trumpa. Nikt poczytalny nie chciałby w końcu przeszczepienia na kontynentalny grunt powszechnie krytykowanych rozwiązań brytyjskich, które niestety wydają się jednym ze źródeł inspiracji Komisji Europejskiej.
Jest jednak w tym wszystkim poważny problem: w kwestii cenzurowania internetu to Amerykanie mają chyba najwięcej za uszami w całym naszym szeroko rozumianym zachodnim świecie. Nie mam przy tym nawet na myśli cenzorskich zapędów samej administracji Donalda Trumpa.
Wolność słowa w internecie pozostaje iluzją, gdy jedynym organem decyzyjnym są big-techy i technologiczni oligarchowie
Żeby przekonać się, że ideał nieskrępowanej wolności słowa w internecie jest tak naprawdę iluzją, wystarczy napisać w którymś popularnym serwisie społecznościowym o jedno słowo za dużo. Praktycznie każdy z nich stosuje jakieś mechanizmy cenzorskie. Są one na tyle powszechne, że zdążyliśmy się już do nich przyzwyczaić. Podobnie jest zresztą z popularnymi zamiennikami słów, których nie wolno pisać.
W użyciu bywają gwiazdki i inne znaki zasłaniające niektóre litery. Niekiedy zastępujemy jedno słowo drugim. "Żydzi" na przykład w internetowym slangu stali się "Żymianami", pisanymi właśnie przez "ż" z kropką. Popularni youtuberzy dwoją się i troją, by wypudrować jakiekolwiek wzmianki o czymkolwiek związanym z zabijaniem, samobójstwem czy w ogóle śmiercią. Dotyczy to nawet przypadków, gdy kontekst wręcz wymusza wykorzystanie takich słów.
Konsekwencje niedostosowania się do wytycznych danego medium? Odcięcie dostępu do monetyzacji na YouTubie, likwidacja całej grupy na Facebooku, ograniczanie widoczności konta w serwisie X, albo stare dobre blokowanie kont użytkowników. Każdy portal ma swoje ulubione narzędzia, wszystkie jednak uprawiają jakąś formę cenzury.
Warto w tym kontekście przypomnieć, że praktyki te zdążyły już wywołać kolizję z wartościami wyznawanymi przez ówczesny polski rząd. W okolicach 2018 r. nasza poprzednia ekipa rządząca doszła do wniosku, że Facebook zbyt chętnie banuje użytkowników głoszących tez o prawicowym światopoglądzie. Skądinąd taki stan rzeczy był wówczas co najmniej prawdopodobny. Rozwiązanie problemu? Specjalny mechanizm odwoławczy, w którym pośredniczyło Ministerstwo Cyfryzacji. Usługa "Odwołaj się od decyzji portalu" nie cieszyła się większym zainteresowaniem Polaków. Funkcjonowała do 2023 r., kiedy to wszedł w życie unijny akt o usługach cyfrowych. Chodzi o DSA – Digital Services Act, który tak dzisiaj uwiera Donalda Trumpa i jego akolitów.
Bardzo łatwo dostrzec związek pomiędzy jednym a drugim. Amerykanom tak naprawdę nie podoba się uderzenie w samowolę portali społecznościowych, które należą do amerykańskich korporacji technologicznych. Mowa o tych samych big-techach, które nie widzą nic zdrożnego w tolerowaniu działalności farm botów, dezinformacji uprawianej przez wrogie służby, czy nawet sprzedawania reklam autentycznym cyberprzestępcom. Przykładem mogą być tutaj reklamy oszustwa na inwestycje w akcje Orlenu.
Wolność słowa w internecie jest czymś ważnym i cennym. Niestety Sieć zdana wyłącznie na łaskę i niełaskę korporacji i technologicznych oligarchów nie będzie miejscem wolnym. Będzie po prostu sterowana przez ośrodki, na które jako Europejczycy nie mamy już absolutnie żadnego wpływu. Owszem, rozwiązania proponowane przez Komisję Europejską nie są idealne. Wciąż jednak są lepsze od "wolności" w wersji MAGA.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj