Kto zostanie nowym prezydentem Ukrainy – Wójt Kozioł czy ukraiński Kulczyk?

Zagranica dołącz do dyskusji (10) 31.03.2019
Kto zostanie nowym prezydentem Ukrainy – Wójt Kozioł czy ukraiński Kulczyk?

Paweł Szydłowski

Wyobraźmy sobie, że za rok zamiast nazwisk Andrzeja Dudy, Donalda Tuska, czy Roberta Biedronia na kartach do głosowania zobaczymy Wójta Kozioła lub Ojca Mateusza, startującego z poparciem Zygmunta Solorza i kogoś z klanu Kulczyków. Tak wyglądają wybory na Ukrainie. A konkretniej dzisiejsza pierwsza tura wyścigu o fotel Prezydenta tego kraju. Postaram się krótko nakreślić sylwetki najważniejszych kandydatów. Może posłuży to ku pokrzepieniu serc, że nasze standardy w życiu politycznym nie są aż tak absurdalne.

O tym, że pieniądze decydują o wynikach kampanii politycznych wiadomo od dawna. Jednak kiedy w Polsce wybuchają afery w związku z finansowaniem partii politycznych, na Ukrainie sprawa wygląda prościej. Pośród 39 kandydatów w pierwszej turze wyborów prezydenckich troje to bogacze lub osoby przez nich bezpośrednio finansowane.

Faworyt, komik i biznesmen – Wołodymyr Zełemski

Postać bardzo barwna. Swoją popularność zawdzięcza roli prezydenta. Śpieszę dodać, że w serialu „Sługa Narodu”. Co jednak istotne, Wasyl Hołoborodko jest postacią, która wybiła się z roli nauczyciela historii na pozycję głowy państwa. Sam aktor i jego sztab umiejętnie wykorzystują popularność serialu i prowadzą kampanię w zupełnie nowy sposób. Przeplatają w niej wątki serialowe z prawdziwymi działaniami politycznymi i PRem. W ten sposób sam kandydat nie pojawia się zbyt często w mediach, a obecna jest tam głównie postać Hołoborodki. Nie jest to bardzo oczywista różnica, gdyż twarze znane z serialu i prawdziwej kampanii to te same osoby. Z racji ogromnej rozpoznawalności przynosi to jednak zdumiewające rezultaty. Zełemski prowadzi w sondażach z poparciem ponad 26%, co gwarantuje mu niemalże przejście do drugiej tury.

Szara eminencja – Ihor Kołomojski

Kontrowersje budzi finansowanie kampanii Zełemskiego przez Ihora Kołomojskiego. Ten skłócony z aktualnym prezydentem oligarcha jest właścicielem stacji emitującej serial „Sługa Narodu”. Dzięki temu możliwe jest stosowanie opisanej wyżej strategii. O ile sam Zełemski jako właściciel dużej firmy zajmującej się tworzeniem materiałów audiowizualnych nie należy do biednych, Kołomojski to zupełnie inna liga. Ten jeden z najbogatszych Ukraińców zasłynął w 2013 roku formowanie oddziałów milicyjnych przeciwko tzw. „zielonym ludzikom”. Akcja ta przyniosła mu popularność, z której biznesmen potrafił także wyciągnąć korzyści majątkowe. Teraz wspólnie ze swoim partnerem biznesowym i politycznym idą pewnym krokiem po zwycięstwo. Wielu wpływowych ludzi świata kultury apeluje o nie głosowanie „dla jaj”. Mimo tego, scenariusz zwycięstwa duetu Zełemski-Kołomojski wydaje się najbardziej prawdopodobny.

Potentat i prezydent – Petro Poroszenko

Drugi w sondażach jest aktualny prezydent Ukrainy, Petro Poroszenko. Ten absolwent wydziału stosunków międzynarodowych i prawa międzynarodowego zasłynął jako „król czekolady”. Odnosi się to do jego firmy Roszen, lidera rynku słodyczy na Ukrainie. Poza tym jest on także właścicielem wielu innych biznesów, w tym własnej stacji telewizyjnej. Z polityką związany od końca lat ’90, zasłynął w czasach Pomarańczowej Rewolucji. Już wtedy wskazywany był jako kandydat na premiera – funkcji tej pozbawiła go Julia Tymoszenko, trzecia bohaterka tego tekstu. Przez lata budował jednak swoją pozycję na scenie politycznej, aby ponownie wypłynąć na fali Majdanu. To tam, po rezygnacji Witalija Kliczki stał się głównym kandydatem na prezydenta. Wybory wygrał zdecydowanie, już w pierwszej turze i objął urząd. Jego prezydentura przebiegła pod znakiem dalszego konfliktu z Rosją i trudnych negocjacji o poparcie ze strony Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Na ocenę tego okresu potrzeba by było znacznie więcej miejsca, jednak urzędujący prezydent nadal liczy się w wyborach i ma pewne szanse na reelekcję.

Gazowa Księżniczka – Julia Tymoszenko

Postać znana w polityce od lat, najbardziej dzięki Pomarańczowej Rewolucji. To wtedy wygrała walkę polityczną z Poroszenką i została premierem. Mimo tego wyciągnęła rękę do pokonanego i powołała go na stanowisko ministra spraw zagranicznych. W październiku 2011 roku została skazana za defraudację i umieszczona w kolonii karnej. Po trzech latach, w trakcie których odwiedzali ją między innymi polscy politycy została uwolniona na fali wydarzeń z 2014 roku. Opuściła więzienie wyraźnie zmieniona fizycznie, co doprowadziło do oskarżeń o stosowanie tortur lub środków chemicznych. Od razu włączyła się jednak w życie polityczne kraju, a obecnie stara się o fotel prezydenta, zajmując trzecie miejsce w sondażach. Jednak przy wyraźnie antyrosyjskich nastrojach w kraju, mocno traci na swoich dawnych koneksjach. Podobnie jak pozostali kandydaci nie należy bowiem do biednych. Swój majątek zawdzięcza głównie działalności w sektorze gazowym pod koniec lat ’90. Za jej przedsięwzięciami ciągnie się jednak odium współpracy z Rosją, co obecnie nie nastraja do niej pozytywnie wielu wyborców.

Kto wygra?

W momencie pisania tego artykułu ciężko stwierdzić. Na podstawie danych sondażowych należałoby wskazać na Zełemskiego jako faworyta. Jego nowatorska kampania przyniosła skutki przekraczające wszelkie oczekiwania. Mimo tego, podobnie jak w przypadku Tymoszenko jego potencjalna prezydentura wiąże się z obawą części społeczeństwa o zwrot w kierunku Rosji. Z drugiej strony Poroszenko nie cieszy się nawet ułamkiem dawnej popularności, a duża część poparcia rozbita jest pomiędzy pozostałych 36 kandydatów. Oczywiście przytoczone powyżej sylwetki kandydatów nie mają być ich dokładnymi biografiami, zdaję sobie sprawę że skracając je w ten sposób upraszczam wiele aspektów każdego z tych życiorysów. Nie zmienia to faktu, że wybory na Ukrainie to przykład nowego typu kampanii. Ogromne pieniądze i nowe metody marketingu politycznego tworzą mieszankę potencjalnie wybuchową. A wszystko to w kraju, który część terytorium utracił na rzecz potężnego sąsiada, który być może nadal nie powiedział ostatniego słowa. Może zatem nasze standardy polityczne nie są aż tak złe.