Na profilu Pani od Pokoju rozgorzała dyskusja na temat zarobków aplikantów. Już nawet młodzi prawnicy wykształcili w tej sprawie syndrom ofiary

Praca Prawo Społeczeństwo dołącz do dyskusji (40) 11.10.2020
Na profilu Pani od Pokoju rozgorzała dyskusja na temat zarobków aplikantów. Już nawet młodzi prawnicy wykształcili w tej sprawie syndrom ofiary

Jan Winiarski

Kancelaria szuka aplikanta, zatrudnia go, ale niestety aplikant z definicji jest osobą, która niewiele potrafi, więc za ofertą pracy nie idzie oferta godnych zarobków. W ten uszyty przez starszych prawników worek wpadają wszyscy aplikanci, niezależnie od tego ile faktycznie warta jest ich praca.

Zostawmy już (z litości dla starszych prawników-pracodawców) powody, dla których mimo wszystko kancelarie tych aplikantów potrzebują i inne kwestie takie jak definicje stosunku pracy, czy wysokość obowiązującej w Polsce płacy minimalnej. Dałoby się też wbić parę szpilek wszystkim mecenasom, którzy uważają, że zapłatą za pracę w kancelarii jest sama wartość przekazywanej przez nich wiedzy.

Status quo jest taki, że aplikantowi płaci się niewiele, bo dopiero się uczy

Uważam, że Pani Mecenas Joanna Parafianowicz, której aktywność można śledzić m.in. na profilu na Instagramie „Pani od Pokoju”, robi dla prawników rzecz nieocenioną i jako jedna z niewielu osób w Polsce potrafi opowiadać o tym zawodzie w sposób ciekawy i otwarty. Często przy tym faktycznie demitologizuje zawód prawnika. W ciągu paru ostatnich dni na jej instagramowym profilu rozgorzała dyskusja na temat zarobków aplikantów.

Mam wrażenie, że Pani od Pokoju wyszła ze słusznego założenia, że zarobki aplikantów powinny wynosić tyle, ile warta jest praca aplikanta. I to jest w tej wojnie stanowisko, którego warto bronić. Szkoda tylko, że dyskusja na jej profilu po raz kolejny sprowadza się  do krzywdzącego upraszczania roli młodych prawników w kancelariach.

Zarobki aplikantów – porozmawiajmy o tym, jak to faktycznie jest

Większość dyskusji na temat zarobków aplikantów prowadzi do wniosku, że po aplikancie trzeba wszystko sprawdzać, w związku z czym aplikant nie jest samodzielnym pracownikiem. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że o ile faktycznie na początku drogi mało który aplikant pierwszego roku jest pracownikiem samodzielnym, tak po 6-miesiącach, roku, czy półtora, bardzo często staje się pełnowartościowym pracownikiem kancelarii. I nawet jeżeli nie jest w pełni samodzielny, to jego praca przekłada się na konkretną wartość, za którą powinno iść odpowiednie wyższe wynagrodzenie.

Chciałbym, żeby w dyskusjach o zarobkach aplikantów przestał pokutować mit o aplikancie, który przez trzy lata aplikacji wyłącznie pobiera nauki od swojego mistrza i  nie wykonuje na jego rzecz pracy wartej tyle, żeby godnie mu za nią zapłacić.

Pani Mecenas twierdzi, że ona tylko „mówi jak jest” i że nigdy nie powiedziała, że aplikantom nie należy się wynagrodzenie (ba, swojego czasu nawet zainicjowała uchwałę NRA, w której NRA przypomniała adwokatom, że za czynności podejmowane na ich rzecz przez aplikantów należy się wynagrodzenie). Z jakiegoś powodu jednak cała dyskusja na jej profilu sprowadza się do utwierdzania krzywdzącego statusu quo. Zamiast rozmawiać o sednie problemu – czyli o setkach aplikantów, których codzienna praca jest warta dla kancelarii o wiele więcej niż ich zarobki, dyskusja krąży wokół młodych, roszczeniowych magistrów prawa, którzy chcieliby zarabiać świeżo po studiach po 5-7 tysięcy złotych.

W taką narrację wpadają sami aplikanci i studenci, którzy albo nie potrafią dostrzec ile warta jest ich praca, albo faktycznie po wielu latach pracy wciąż nie potrafią wykonywać żadnych czynności samodzielnie. W takim wypadku może faktycznie warto przemyśleć obraną drogę, przy czym bardziej prawdopodobne jest jednak, że taka postawa jest wynikiem syndromu sztokholmskiego.

Wypowiedź udostępniona na profilu na instagramie Pani od Pokoju

Starszym prawnikom ciężko jest zrozumieć jedną rzecz

W dyskusjach na temat zarobków aplikantów pokutuje błędne przeświadczenie, że umiejętności prawnicze są zero-jedynkowe. Albo ktoś jest samodzielnym i bezbłędnym profesjonalistą, albo ktoś jest niesamodzielnym wiecznym praktykantem. Tymczasem pomiędzy jednym poziomem a drugim jest jeszcze mnóstwo pośrednich kondygnacji, za którymi powinny iść odpowiednio wyższe zarobki.

Na koniec psst, ale zdradzę wam tajemnicę

Zawód prawnika z definicji polega na wytykaniu innym (w szczególności innym prawnikom) błędów. Prawnicy to też z reguły egocentrycy, którzy zawsze znajdą w sprawie coś, co można było zrobić lepiej, a już na pewno coś co oni zrobiliby lepiej. Dlatego właśnie pobłażliwe traktowanie młodszych kolegów po fachu przychodzi im z dużą łatwością.

Prawda jest jednak taka, że nie ma prawników bezbłędnych i na każdym etapie rozwoju zawodowego prawnika jest coś, czego się po prostu nie wie. Dlatego właśnie podział prawników na tych-co-nic-nie-umieją i tych, co umieją wszystko, jest z góry błędny. Punktem wyjścia dla dyskusji o zarobkach aplikantów powinni być więc wszyscy ci, których praca faktycznie odciąża kancelarie, a mimo to traktuje się ich w kwestii zarobków jak praktykantów. Sprowadzanie dyskusji do młodych i roszczeniowych magistrów jest raczej wynikiem przyjęcia przez osoby, które te dyskusje prowadzą, koniunkturalnej postawy i braku chęci dostrzeżenia tego „jak to faktycznie jest”.

W nowym serialu TVN (Chyłka-Zaginięcie) już po 10 minutach każą aplikantowi adwokackiemu wyp***. Czy aplikanci też pójdą strajkować?