Tanie państwo? Brzmi to dobrze, ale zarobki dyrektorów mówią co innego, chociaż nie wprost

Finanse Państwo dołącz do dyskusji (12) 10.05.2019
Tanie państwo? Brzmi to dobrze, ale zarobki dyrektorów mówią co innego, chociaż nie wprost

Udostępnij

Paweł Szydłowski

Niewiele tematów budzi takie emocje, jak zarobki. Zarówno nasze własne, jak i innych. Sektorem, który często pojawia się ostatnio w tych rozmowach jest tzw. budżetówka. Kolejne grupy zawodowe walczą o podwyżki – w kuluarach krążą plotki o planowanych strajkach urzędników. Rząd odpowiada, że pieniędzy nie ma. Jako przykład są podawane chociażby niezbyt imponujące zarobki na stanowiskach kierowniczych w urzędach państwowych. Jakie są jednak prawdziwe zarobki dyrektorów?

Oficjalne zarobki dyrektorów

Podobnie, jak w przypadku posłów, którzy za tej kadencji doświadczyli obniżki płac, dyrektorzy w sektorze publicznym nie zarabiają imponująco. Przynajmniej w porównaniu do swoich odpowiedników z firm prywatnych. Według danych z 2018 roku, dyrektorzy zarabiają średnio około 11 tysięcy złotych brutto. Dużo? Być może. Po pierwsze jednak duże różnice występują pomiędzy poszczególnymi resortami. Po drugie zaś, osoby na stanowiskach kierowniczych w dużych przedsiębiorstwach mogą liczyć niekiedy na o wiele wyższe wynagrodzenia.

Czemu zatem ktokolwiek decyduje się na pracę w ministerstwach?

Przyczyn niewątpliwie jest wiele. Od pobudek ideowych, przez zasiedzenie, po specyficznie ustawiane konkursy, które pozwalają dostać się osobom ‘z odpowiedniego klucza’. Mimo tego, nawet osoby o dobrych układach w środowisku politycznym – nie mówiąc o wybitnych specjalistach – mogłyby liczyć na większe pieniądze. O ile uwzględnimy tylko zarobki z tytułu pełnionego stanowiska, na pewno. Jednak dodatkowe zarobki dyrektorów wyrównują te niesprawiedliwość.

Skąd są one brane? Ze spółek Skarbu Państwa

Po pierwsze możemy powiedzieć o wszelkich premiach, dodatkach i nagrodach uznaniowych. Jeśli mamy do czynienia z osobą dobrze ocenianą – czy z racji osiągnięć, czy przychylności oceniającego – potrafią one znacząco zwiększyć realne wynagrodzenie. O ile wśród ministrów i wiceministrów po zamieszaniu z lat ubiegłych skala tych nagród nieco się zmniejszyła, nie objęło to dyrektorów. Jednak prawdziwą kurą znoszącą złote jaja są rady nadzorcze spółek Skarbu Państwa. W chwili obecnej ponad 430 spośród nich zarządzane jest przez ministerstwa. Odpowiedzialność jest często iluzoryczna, a zarobki znakomite. A na najlepiej opłacanych stanowiskach – poza reprezentantami pracowników – często znajdziemy tam pracowników resortów. Dzięki takiej pracy urzędnicy mogą liczyć na dodatkowe dochody od 5 do nawet 30 tysięcy złotych miesięcznie. Dodajmy, że prawdziwie rekordowe sumy – do nawet 1,5 mln złotych rocznie należą do polityków wyższego szczebla. Można do nich zaliczyć chociażby dyrektora IPN, Jarosława Szarka oraz Leszka Czarneckiego. Niektórzy z nich mają kompetencje do tej pracy, inni – niekoniecznie. Lista chętnych jest długa i obejmuje także innych krewnych i znajomych królika. W ten sposób w radzie pracuje realnie kilku specjalistów i asystenci, natomiast wielu członków co miesiąc zgarnia tylko wypłaty z tego tytułu. A wszystko na koszt podatnika.

Co mówi to o działaniu spółek Skarbu Państwa?

Nie chcę tutaj krytykować działania spółek Skarbu Państwa jako takich. To zupełnie osobny temat, w którym można się doszukać pozytywnych i negatywnych elementów. Jednak czytając o projektach taniego państwa warto uwzględnić, że ani obecny, ani poprzednie rządy – bo mechanizm nie jest nowy – nie mają tu tak czystych rąk, jak chciałyby utrzymywać.