Nawet jeśli Białorusini pozbędą się Łukaszenki, to wcale nie oznacza to końca ich problemów. Jest tylko jedna szansa na ocalenie Białorusi w dłuższej perspektywie

Zagranica dołącz do dyskusji (27) 10.08.2020
Nawet jeśli Białorusini pozbędą się Łukaszenki, to wcale nie oznacza to końca ich problemów. Jest tylko jedna szansa na ocalenie Białorusi w dłuższej perspektywie

Rafał Chabasiński

Wybory prezydenckie na Białorusi nie przyniosły większego zaskoczenia. Aleksander Łukaszenka sfałszował wyniki wyborów, cały kraj ogarnęły protesty. Nawet gdyby obywatelom udało się obalić swojego prezydenta, kraj wciąż pozostałby w bardzo trudnym położeniu. Białoruś i Rosja to w końcu państwa wręcz ustrojowo ze sobą splecione.

Bez niespodzianek na Białorusi: wybory prezydenckie zostały sfałszowane, mieszkańcy wyszli na ulice, a władza od razu przeszła do pacyfikacji

Aleksander Łukaszenka w bardzo przewrotny sposób podszedł do spełniania obietnic wyborczych. Obiecał tłumienie antyrządowych wystąpień po wyborach? Słowa dotrzymał. W trakcie pacyfikacji niedzielnych demonstracji zginęła przynajmniej jedna osoba, wiele jest rannych. Białoruskie areszty najpewniej pękają obecnie w szwach.

Nie ulega chyba najmniejszej wątpliwości, że wybory prezydenckie na Białorusi zostały po prostu sfałszowane. Do historii przejdą zdjęcia uwieczniające wynoszone worki z oddanymi głosami. Jednocześnie tamtejsze służby miały dużo czasu na przygotowanie się do pacyfikacji ewentualnego „białoruskiego majdanu”.

Czy opozycji i Białorusinom uda się pozbyć wreszcie „ostatniego dyktatora Europy”? Trudno powiedzieć. Wszystko wskazuje na to, że Aleksander Łukaszenka ani myśli oddawać władzy. Pogłoski o jego wylocie do Turcji najwyraźniej okazały się nieprawdziwe.

Nawet jeśli prezydent Białorusi zostanie zmuszony do ustąpienia, to przyszłość przed tym krajem maluje się w raczej ciemnych barwach. Nie bez powodu wielu komentatorów spogląda z wyczekiwaniem na Moskwę. Rosja i Białoruś to państwa niemalże nierozerwalnie ze sobą związane – zarówno gospodarczo, jak i ustrojowo. Winę za taki stan rzeczy ponosi osobiście Aleksander Łukaszenka.

Aleksander Łukaszenko jest osobiście winien problemom Białorusi z relacjami z Rosją

To białoruski prezydent zaprzepaścił próby budowy narodowej tożsamości w oparciu o dziedzictwo Wielkiego Księstwa Litewskiego. Aleksander Łukaszenka posunięcia z początku swojej prezydenckiej kariery podporządkował w całości próbom gry o najwyższą stawkę. Chciał w końcu zająć miejsce na Kremlu – to samo, które dzisiaj zajmuje Władimir Putin.

Brzmi kompletnie absurdalnie? Prezydent Białorusi próbujący rządzić Rosją? Uwarunkowania lat dziewięćdziesiątych były zupełnie odmienne, niż dzisiaj. Federacją Rosyjską rządził Borys Jelcyn, który okazał się bardzo słabym prezydentem. Rosja znajdowała się w stanie permanentnego kryzysu gospodarczego, do tego sromotnie przegrała pierwszą wojnę w Czeczenii.

W tej sytuacji plan Łukaszenki miał jakieś racjonalne podstawy. Najpierw przemodelował swoje państwo z powrotem w stronę „sowieckiej prowincji”. Najbardziej widoczną ofiarą zmiany kursu stały się symbole narodowe. Biało-czerwono-białą flagę i Pogoń zastąpiły te odwołujące się wprost do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Białoruś i Rosja stowarzyszyły się od strony formalnej, od 2000 r. tworzą nawet specyficzną konfederację znaną jako Związek Białorusi i Rosji. Docelowo obydwa państwa miały się zintegrować dużo bardziej. Łukaszenka miałby w którymś momencie zostać głową tego tworu. Dlatego właśnie integracja Białorusi i Rosji wówczas była mu bardzo na rękę.

Białoruś i Rosja nigdy nie były i nie będą równorzędnymi sobie partnerami

Problem w tym, że Rosja ma pod każdym chyba względem niewyobrażalnie większy potencjał niż Białoruś. Niekompetentny Borys Jelcyn nie mógł rządzić wiecznie. Aleksander Łukaszenka podpisując wszystkie te umowy stowarzyszeniowe zawarł iście faustowski pakt z diabłem. Okoliczności zmieniły się już w 2002 r., kiedy Rosja wprost zaproponowała Łukaszence wchłonięcie ich państwa. Wówczas prezydent Białorusi odmówił. Jego gra już wtedy była właściwie skończona.

Od tego momentu Białoruś i Rosja pozostają w dość osobliwych relacjach. Federacja Rosyjska właściwie utrzymuje białoruską gospodarkę. Dostarcza surowce, które następnie białoruskie firmy przetwarzają i eksportują na zachód. Stąd Łukaszenka ma jakiekolwiek dewizy. Bez rosyjskiej pomocy Białoruś musi zabiegać o pieniądze chociażby w Chinach.

W ostatnich latach Rosja zintensyfikowała naciski na Łukaszenkę, by ten w końcu zrealizował postanowienia umów zawartych dwie dekady temu. Jeśli ten by uległ, to Białoruś prędzej czy później zostałaby wchłonięta przez Rosję. Tyle tylko, że białoruski prezydent w Federacji Rosyjskiej byłby nikim. Na pewno nie miałby szans na stworzenie jakiejś postkomunistycznej dynastii rządzącej właściwie czymkolwiek. Stąd najpewniej jego opór, który bardzo popsuł relacje z Kremlem.

Przed wyborami prezydenckimi Łukaszenka pozwolił sobie nie tylko na oskarżenie Rosji, a także Polski, o próbę ingerowania w wewnętrzne sprawy Białorusi. Kazał również aresztować kilku rosyjskich najemników z tzw. „Grupy Wagnera”, walczącej między innymi w Syrii. Co robili na Białorusi? Zapewne starali się przedostać na Ukrainę. Władimir Putin wcześniej ostentacyjnie zlekceważył syna Łukaszenki w trakcie czerwcowej parady z okazji Dnia Zwycięstwa w Moskwie.

Łukaszenka podkopując białoruską tożsamość narodową i psując tamtejszą gospodarkę pozbawił się jakiegokolwiek planu awaryjnego

Aleksander Łukaszenka raczej nie ma co liczyć na większe wsparcie ze strony Władimira Putina. Z punktu widzenia Kremla, osłabionego Łukaszenkę dużo łatwiej będzie docisnąć i zmusić do ustępstw. Jeżeli faktycznie białoruski prezydent pożegnałby się ze stanowiskiem, to żadna tragedia się nie stanie. Rosjanie wciąż dysponują kartami pozwalającymi skutecznie wpływać na hipotetyczne nowe władze Białorusi.

Niektórzy komentatorzy czy politycy przekonują, że Białoruś i Rosja są skazane na połączenie, jeśli zabraknie Łukaszenki. To całkiem możliwe. Jeżeli Rosjanie zaczną grać dużo ostrzej, niż z Łukaszenką, to białoruska gospodarka może nie wytrzymać. Na pewno nie bez ogromnej pomocy ze strony Zachodu. Tej może jednak zabraknąć – chociażby z uwagi na kryzys wywołany przez pandemię koronawirusa.

Sama gospodarka Białorusi to właściwie postsowiecki skansen. Sektor państwowy dominuje w niej niepodzielnie, prywatna przedsiębiorczość kurczy się z roku na rok. Do tego nie jest specjalnie mile widziana przez władze. Silna własność państwowa i sowiecka mentalność to mieszanka wybuchowa. Typowa dla tej drugiej korupcja i myślenie o posadach państwowych jak o synekurach fatalnie wpływają na wydajność.

Co więcej, Łukaszenka przez te wszystkie lata nie przygotował swojemu państwu żadnego planu awaryjnego. Tłumiąc w zarodku białoruską tożsamość narodową i promując sowieckie wzorce, popychał swój kraj cały czas w stronę Rosji. Mniejszość rosyjska na Białorusi to ok. 8,3% populacji. Dla Moskwy to wystarczający pretekst, nawet do jakiejś formy interwencji zbrojnej. Warto przy tym pamiętać, że rosyjskie wojska cały czas są obecne na terytorium Białorusi.

Jeżeli Białoruś i Rosja się połączą, to na warunkach podyktowanych przez Kreml – z Łukaszenką albo i bez niego

Władimir Putin ma własne problemy. Właściwie te same, co Aleksander Łukaszenka – koronawirus, problemy gospodarcze i rosnące niezadowolenie wcześniej biernego społeczeństwa. Do tej pory miał dwa sprawdzone sposoby na odwrócenie uwagi obywateli od niedomagań swojej władzy. Z jednej strony straszył Rosjan wszystkim co zachodnie, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk LGBT i NATO. Ta metoda nie działa już tak dobrze, jak kiedyś.

Drugą możliwością jest gra na imperialnych aspiracjach swoich obywateli. Poprzednim razem poprawił swoje notowania aneksją Krymu. Białoruś i Rosja połączone w jedno państwo z pewnością w jakimś stopniu pomogłoby Putinowi odzyskać serca swoich obywateli, przynajmniej jakiś czas. Nie ma przy tym wątpliwości, że tym nowym państwem byłaby po prostu Federacja Rosyjska.

Nawet jeśli teraz Białorusini pozbędą się Łukaszenki, to i tak zawarte przez niego umowy nie znikną. Osłabiona Białoruś będzie wygodnym celem dla Kremla. Nie oznacza to jednak, że Aleksander Łukaszenko stanowi w tym momencie jakiekolwiek gwarancje przetrwania państwa, którym rządzi. Realnie patrząc, opozycji byłoby dużo łatwiej uzyskać jakieś wsparcie z Zachodu. A to w tym momencie jedyna szansa na ocalenie Białorusi w dłuższej perspektywie.

Bez odbudowy gospodarki i silnych protektorów gotowych powstrzymać inkorporacyjne zakusy Kremla, koniec Białorusi wydaje się niemalże nieunikniony. Trzeba przy tym pamiętać, że taką rolę mogłyby pełnić Stany Zjednoczone, Unia Europejska, czy nawet Niemcy. Polska, na własne życzenie zmarginalizowana i uczepiona nogawki USA, w tej grze niemal się nie liczy. Może jednak w jakimś stopniu lobbować w Brukseli czy Waszyngtonie za interesami wschodniego sąsiada.