Chcieli 3,5 tys. zł za fragment książki na Chomikuj.pl. Przegrali jakby podwójnie

Gorące tematy Technologie dołącz do dyskusji (21) 26.09.2017
Chcieli 3,5 tys. zł za fragment książki na Chomikuj.pl. Przegrali jakby podwójnie

Udostępnij

Marcin Maj

Pewne wydawnictwo od lat żąda pieniędzy za udostępnianie podręczników na Chomikuj.pl. Przegrało już kilka spraw sądowych bo nie miało odpowiednich umów z autorami. Sąd w Lublinie dodał jednak, że oddaliłby pozew tego wydawnictwa nawet gdyby miało ono „porządek w papierach”.

Wydawnictwo o nazwie Longpress przegrało kolejny spór o prawa autorskie. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ to wydawnictwo w sposób dość szczególny starało się naciskać na internautów, którzy – często nieświadomie – udostępnili jego podręczniki w serwisie Chomikuj.pl. Te osoby były wzywane do zapłacenia niemałych kwot, ale sądy nie zawsze zgadzały się z wydawnictwem. Zanim omówię najnowszy wyrok w tej sprawie, krótko przedstawię historię poczynań wydawnictwa Longpress.

Problemy z „chomikowaniem”

Serwis Chomikuj.pl pozwala na „zachomikowanie” pliku innego użytkownika tzn. przeniesienie go do własnego „chomika”. Co bardzo istotne, w takiej sytuacji serwis robi na swoim serwerze kopię pliku, która jest udostępniana jako kolejna (nie jest to tylko link do wersji poprzednio opublikowanej).

Wydawnictwo Longpress zauważyło, że niektóre osoby przenosiły na swoje „chomiki” jego podręcznik, a w ten sposób ludzie dokonywali nieświadomie nowych udostępnień. Wydawnictwo namierzało takie osoby i zwracało się do nich z propozycją „ugody” w stylu „zapłać kilka tysięcy to Cię nie pozwiemy”.

Tę działalność wydawnictwa obserwowałem od marca 2014 roku. W listopadzie 2014 roku po raz pierwszy pytałem przedstawicieli Chomikuj.pl o to, czy wydawnictwo zgłaszało pirackie pliki do usunięcia. Nie zgłaszało i to było ciekawe. Wydawnictwo chętnie namierzało piratów i proponowało im ugody, ale najwyraźniej nie od razu starało się o zmniejszenie dostępności kopii, które ktoś mógłby „zachomikować” (specjalnie lub przypadkiem).

Sądowe sukcesy i porażki Longpress

Nie wszyscy internauci zgadzali się na ugody, zatem wydawnictwo zaczęło kierować sprawy do sądów oraz do organów ścigania. Efekty były różne. Sąd Rejonowy w Olsztynie uwierzył użytkownikowi Chomikuj.pl, że naruszenie zostało dokonane nieumyślnie. Postępowanie zostało warunkowo umorzone, ale sąd zasądził 3,5 tys. zł na rzecz wydawnictwa Longpress (wyrok z dnia 26 listopada 2014 r.  – sygn. akt VII K 768/14).

Mniej korzystne dla wydawnictwa były wyroki Sądu Okręgowego w Poznaniu. Pierwszy z nich (z 11 marca 2015 r. (sygn. akt IV Ka 132/15) dotyczył użytkowniczki Chomikuj.pl, która została oskarżona o udostępnienie kopii podręcznika do języka włoskiego. Sąd Rejonowy zobowiązał oskarżoną do naprawienia szkody poprzez zapłatę 3.500 złotych na rzecz właściciela DW Longpress. Obrońca oskarżonej zaskarżył wyrok wskazując, iż sąd I instancji błędnie założył, że w dniu składania zawiadomienia o podejrzeniu przestępstwa właściciel DW Longpress był właścicielem praw autorskich do utworów.

W aktach sprawy znajdowała się umowa na opracowanie materiałów dydaktycznych z 2004 roku, ale ta umowa nie wskazywała by wydawnictwu przysługiwały wyłączne prawa autorskie do tego utworu. Okazało się, że właściciel Longpress uzyskał wyłączne prawa autorskie dopiero w dniu 4 października 2013 roku. Dlatego Sąd Okręgowy uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Postępowanie karne było zainicjowane w styczniu 2013 roku, a zatem było wszczęte i prowadzone bez wniosku o ściganie od osoby uprawnionej.

Kolejny wyrok niekorzystny dla wydawnictwa został wydany przez Sąd Okręgowy w Poznaniu dnia 23 marca 2015 r. (sygn. akt IV Ka 163/15). To był kolejny przypadek, gdy najpierw Sąd Rejonowy uznał, że oskarżony dopuścił się naruszenia i orzekł obowiązek naprawienia szkody poprzez zapłatę na rzecz pokrzywdzonego dużej kwoty (tym razem aż 4.500 zł). Sąd Okręgowy uchylił wyrok i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Zwrócił uwagę m.in. na to, że dyskusyjne jest założenie, iż wyrządzona szkoda jest równoważna wartości licencji.

Był jeszcze wyrok Sądu Okręgowego w Gliwicach z 2 lutego 2016 r. (sygn. II C 15/15). Tutaj sąd oddalił powództwo uznając, że wydawnictwo Longpress nie dysponowało prawami pozwalającymi na wniesienie pozwu. Ten sąd również ustalił, że wydawnictwo zawarło umowę z autorami podręcznika w marcu 2004 roku, a strony tej umowy nie wskazały pól eksploatacji na których nastąpiło przeniesienie autorskich praw majątkowych. Zdaniem sądu tą umową współtwórcy nie dokonali skutecznego zbycia autorskich praw majątkowych. Kolejną umowę z autorami wydawnictwo zawarło – jak już wiemy – w październiku 2013 roku. Dopiero od tego momentu wydawnictwo mogło się uważać za „uprawnionego, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone”.

Wyrok z Lublina i „podwójna” przegrana

Najnowszy znany nam wyrok dotyczący Longpress został wydany 31 lipca przez Sąd Okręgowy w Lublinie (sygn. akt I C 758/16). Klikając w sygnaturkę zobaczycie cały wyrok wraz z uzasadnieniem.

Właściciel wydawnictwa tradycyjnie żądał 3,5 tys. zł od „chomikującej” użytkowniczki.Dlaczego aż tyle? Wydawnictwo stosowało w „wyliczaniu strat” cudowną „matematykę prawnoautorską”.

…jeden podręcznik o wartości 59 zł wystarcza na od 8 do 10 miesięcy nauki, a w roku szkolnym powstanie 6 grup językowych po 10 osób każda z nich, to koszt zaopatrzenia w podręczniki każdego uczestnika kursu to kwota 3540 zł. Stąd też powód obliczył wartość licencji na 3500 zł

Logiczne? Wcale nie, ale tak to już jest z wyliczaniem strat w świecie praw autorskich.

Sprawa trafiła najpierw do organów ścigania i została warunkowo umorzona. Kobietę zobowiązano jedynie do zapłacenia 59 zł na rzecz powoda (taka była cena podręcznika). Co istotne, kobieta dokonała swojego naruszenia w roku 2012, a to co umieściła w swoim „chomiku” nie było całym utworem. To było kilka stron podręcznika, a „pozostałą zawartość pliku stanowił spam”.

Wydaje się, że skoro postępowanie karne zostało warunkowo umorzone to kobieta może odpowiedzieć cywilnie. Niestety sąd w Lublinie zauważył to samo, co wcześniej dostrzegł sąd w Gliwicach. Do skutecznego przeniesienia praw autorskich na powoda doszło dopiero umowami z roku 2013. Już tego powodu powództwo powinno być oddalone, ale Sąd w Lublinie nie omieszkał dodać, że oddaliłby to powództwo nawet gdyby powód miał odpowiednie umowy. Dlatego wyżej napisałem, że przegrana była tak jakby podwójna.

Zacytujmy fragment uzasadnienia

W ocenie Sądu wątpliwości budzić musi kwestia, czy można mówić o udostępnianiu utworu przez pozwaną, skoro pozwana umieściła na swoim koncie na portalu chomikuj utwór niekompletny (materiały niekompletne) – w znacznej części składające się z tzw. spam w postaci liter chińskich i niemożliwych do odczytania znaków i czy w okolicznościach sprawy można mówić o tym, że powód mógłby uzyskać od pozwanej wynagrodzenie za licencję na korzystanie z utworu o którym mowa w kwocie 3.500 zł.

Powództwo zostało oddalone.

Wydawca windykator – nowy zawód?

Moją uwagę zwróciła jeszcze jedna informacja zawarta w uzasadnieniu wyroku z Lublina.

Poza działalnością gospodarczą pod firmą (…) powód (pod tym samym adresem siedziby) prowadził także działalność gospodarczą pod firmą (…), zajmując się windykacją należności: pilnowaniem płatności, pisaniem wezwań do zapłaty, pozwów, egzekucją – na zlecenie klientów zewnętrznych. Przez portal (…) powód wysyłał wiadomości do użytkowników tego portalu w ramach obu prowadzonych przez siebie działalności gospodarczych.

Łączenie zawodu wydawcy i windykatora to ciekawe zjawisko, taki znak naszych czasów. Znam twórców i wydawców, którzy w ostatnich latach nie osiągnęli niczego na gruncie artystycznym, ale rozwinęli swoje biura, zatrudnili osoby namawiające do ugody, ogólnie rzecz biorąc przeszli do branży „roszczeniowej”. Jaskrawym przykładem są ludzie, którzy najpierw stworzyli Pobieraczka, a później Lex Superior. Najpierw byli e-biznesmenami, później „prawnikami” i posiadaczami praw do filmów porno, ale tak naprawdę zawsze zajmowali się głównie wzywaniem do zapłaty. Znam też jedna panią fotograf, która uważa się za artystkę, ale w istocie prowadzi biuro wyszukujące naruszenia i wzywające do ugody. Wiem, że ten model biznesowy już zainspirował kolejnych fotografów.

Oczywiście takie zjawiska rynkowo-kulturowe nie są niezgodne z prawem. Nie muszą być złe. Powinniśmy jednak być świadomi ich istnienia i zastanowić się, czy prawo autorskie nie doszło do jakiegoś niepokojącego punktu zwrotnego.