1. Bezprawnik -
  2. Biznes -
  3. Europa powiedziała „nie" Amazonowi i Microsoftowi. Kosmiczny kontrakt trafił do firm z Europy

Europa powiedziała „nie" Amazonowi i Microsoftowi. Kosmiczny kontrakt trafił do firm z Europy

Europejska Agencja Kosmiczna wybrała firmy z Europy do budowy swojej infrastruktury danych, a nie amerykańskich gigantów chmurowych. To wreszcie znak, że strategiczne decyzje zaczynają się liczyć z tym, kto kontroluje dane. ESA powierzyła francuskiemu OVHcloud i grupie CGI budowę nowego systemu do przetwarzania danych z obserwacji Ziemi. Wielomilionowy kontrakt potrwa 30 miesięcy, a część obsługi operacyjnej będzie prowadzona z Polski. Ważniejsze od kwoty wydaje się to, że w tej umowie nie ma ani Amazona, ani Microsoftu, ani Google'a.

Filip Dąbrowski05.10.2026 14:04
Biznes

Digital EO, czyli chmura dla danych z orbity

Umowę ogłoszono pod koniec września w Paryżu. Jej przedmiotem jest Digital EO, czyli system informacyjny ESA dla danych z obserwacji Ziemi. W praktyce chodzi o jedno środowisko, które połączy dane satelitarne, usługi analityczne, moc obliczeniową i narzędzia sztucznej inteligencji. Dziś te zasoby są rozproszone po wielu systemach.

Danych przybywa bardzo szybko. Według szacunków przedstawionych przy okazji kontraktu do 2035 roku ESA będzie miała ponad 500 petabajtów danych z obserwacji Ziemi. To zdjęcia i pomiary z satelitów, które śledzą powodzie, susze, stan upraw, zanieczyszczenie powietrza czy topnienie lodowców. Takie archiwum trzeba gdzieś przechowywać, przetwarzać i udostępniać, a zwykły serwer w piwnicy agencji do tego nie wystarczy.

Role w projekcie są podzielone. OVHcloud dostarczy infrastrukturę chmurową, czyli zasoby obliczeniowe, pamięć masową, sieć i usługi zarządzane. CGI, które działa tu przez spółkę CGI France Défense et Spatial, będzie integratorem i architektem systemu. Odpowiada też za jego technologiczny rdzeń, określany jako Digital EO backbone. System ruszy najpierw we Włoszech, Francji i Niemczech, a wsparcie operacyjne będzie prowadzone z Polski. Później może objąć kolejne kraje europejskie oraz Kanadę.

Z platformy mają korzystać przede wszystkim flagowe programy ESA i Komisji Europejskiej: Copernicus, czyli europejski system satelitarnej obserwacji Ziemi, oraz DestinE, projekt cyfrowego bliźniaka naszej planety. Nicolaus Hanowski, który w ESA kieruje departamentem zarządzania misjami obserwacji Ziemi i segmentem naziemnym, zapowiedział: „Digital EO powinien umożliwić nam wykonanie kolejnego kroku w sposobie zarządzania danymi dotyczącymi obserwacji Ziemi i ich wykorzystywania".

Dlaczego nie Amazon? Bo amerykańskie prawo sięga daleko

Przy przetargu tej skali naturalnym kandydatem wydawałby się któryś z amerykańskich gigantów. AWS, Azure i Google Cloud mają razem większość europejskiego rynku chmury, ogromne zaplecze i doświadczenie. Problem leży w jurysdykcji, nie w technologii.

Uchwalona w 2018 roku ustawa CLOUD Act pozwala amerykańskim organom żądać od firm z USA danych, które te firmy kontrolują, także gdy dane leżą na serwerach w Europie. Do tego dochodzi sekcja 702 ustawy FISA, na podstawie której amerykańskie służby mogą prowadzić inwigilację osób spoza USA. W efekcie lokalizacja serwerowni ma mniejsze znaczenie, niż sugerują to materiały marketingowe. Liczy się to, czyjemu prawu podlega właściciel infrastruktury.

Ten konflikt widać w orzecznictwie. Trybunał Sprawiedliwości UE w sprawach Schrems I (2015) i Schrems II (2020) unieważnił kolejno Safe Harbor i Privacy Shield, czyli mechanizmy, które miały legalizować przesyłanie danych osobowych za ocean. Obecnie obowiązuje trzecia próba, Data Privacy Framework z 2023 roku. Wielu prawników ocenia jej trwałość ostrożnie, bo amerykańskie przepisy o dostępie służb do danych zasadniczo się nie zmieniły. Dla instytucji, która planuje infrastrukturę na dekadę, to ryzyko trudne do zaakceptowania.

Octave Klaba, założyciel i prezes OVHcloud, przedstawił sprawę bez zbędnej dyplomacji: „Europa bezwzględnie musi zachować kontrolę nad infrastrukturą, która obsługuje jej najbardziej strategiczne programy". Można to uznać za zrozumiały marketing firmy, która na takich hasłach zarabia. Trudno jednak zarzucić tej tezie, że jest fałszywa.

Patriotyzm gospodarczy wraca do Europy. I dobrze

Przez lata Europa zachowywała się tak, jakby kwestia, kto kontroluje fundamenty jej gospodarki, nie miała znaczenia. Płatności kartowe oddała dwóm amerykańskim firmom. Chmurę obliczeniową oddała Amazonowi, Microsoftowi i Google'owi. Systemy operacyjne smartfonów należą w praktyce do dwóch firm z Kalifornii. Przez długi czas nikomu to nie przeszkadzało, bo sojusznik był przewidywalny, a usługi tanie i wygodne.

To założenie przestało być oczywiste. Cła ogłaszane z Białego Domu i otwarte naciski Waszyngtonu na europejskie regulacje cyfrowe pokazały, że gospodarka może służyć jako narzędzie nacisku także między sojusznikami. Dlatego decyzja ESA jest czymś więcej niż wyborem dostawcy. Pokazuje, że patriotyzm gospodarczy, przez lata traktowany w Brukseli jak relikt albo hasło populistów, wraca jako zwykły element zarządzania ryzykiem.

To dobra zmiana. Wybór europejskiego dostawcy przy strategicznej infrastrukturze ma niewiele wspólnego z ksenofobią czy sentymentem. Przypomina polisę ubezpieczeniową. Jeśli europejska firma okaże się nieco droższa albo mniej rozbudowana od amerykańskiej konkurencji, różnica w cenie jest kosztem tego, że żaden zagraniczny sąd ani rząd nie wyłączy Europie dostępu do jej własnych danych satelitarnych. W energetyce ta lekcja kosztowała Europę bardzo dużo, a chmura obliczeniowa pełni dziś podobną rolę jak gazociągi.

Do tego dochodzi prosty argument ekonomiczny, znany z dyskusji o tym, czym jest patriotyzm konsumencki. Pieniądze wydane u europejskiego dostawcy zostają w europejskim obiegu: w pensjach inżynierów, w podatkach, w kolejnych inwestycjach. Każdy duży kontrakt publiczny dla firmy z Europy pomaga jej rosnąć i konkurować z gigantami także na rynku komercyjnym. Bez takich zamówień europejscy dostawcy chmury pozostaną niszą.

Warto też pamiętać, że sama ESA od dawna kieruje się zasadą zwrotu geograficznego. Pieniądze państw członkowskich wracają do nich w formie zamówień dla ich przemysłu. Preferowanie europejskich firm jest więc w agencji kosmicznej częściowo cechą systemu, a nie nagłym przebudzeniem. Dodatkowo CGI to grupa z centralą w Kanadzie, choć w tym projekcie działa przez francuską spółkę zależną. „Europejskość" tego konsorcjum jest więc w pewnym stopniu umowna. Kierunek pozostaje jednak czytelny i to on ma znaczenie.

Polski ślad w projekcie i korzyści dla zwykłych ludzi

Polska jest członkiem ESA od 2012 roku, a nasze firmy produkują komponenty satelitarne od lat. Nadal nie mamy jednak ustawy o działalności kosmicznej, nad którą prace ciągną się z przerwami od poprzedniej dekady. Wsparcie operacyjne Digital EO prowadzone z Polski nie zrobi z nas mocarstwa kosmicznego. Pokazuje jednak, że kompetencje do obsługi krytycznej europejskiej infrastruktury znajdują się także nad Wisłą. OVHcloud jest w Polsce obecny od lat i ma tu między innymi centrum danych pod Warszawą.

Czytelnikowi, który nie interesuje się satelitami, może się wydawać, że to temat dla naukowców. Dane z programu Copernicus są jednak udostępniane bezpłatnie i wykorzystuje się je w zupełnie przyziemnych sprawach: przy kontroli dopłat rolniczych, w prognozowaniu i mapowaniu powodzi, w monitorowaniu jakości powietrza czy planowaniu przestrzennym. Im sprawniej da się te dane przetwarzać, tym łatwiej budować na nich usługi dla samorządów, służb ratunkowych i firm. Infrastruktura, której nikt z zewnątrz nie może wyłączyć ani przejrzeć, daje tym usługom stabilną podstawę.

Wnioski dla firm i urzędów

Każdy administrator danych osobowych, który korzysta z usług chmurowych, odpowiada na gruncie RODO za to, gdzie i komu te dane powierza. Przepisy rozdziału V rozporządzenia zaostrzają wymogi przy przekazywaniu danych poza Europejski Obszar Gospodarczy. Takim przekazaniem może być także dostęp do danych przez podmiot z USA, nawet jeśli serwer stoi w Europie.

Wybór dostawcy z europejską jurysdykcją nie zwalnia z obowiązków. Nadal potrzebna jest umowa powierzenia przetwarzania z art. 28 RODO i sprawdzenie listy podwykonawców (bo za europejskim szyldem może kryć się podmiot z USA). Taki wybór upraszcza jednak analizę ryzyka i zmniejsza zależność od kolejnego wyroku TSUE w sprawie transferów za ocean. Po dwóch unieważnionych porozumieniach transatlantyckich część firm i urzędów może uznać, że nie warto opierać swojej działalności na trzecim.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover