Głosowanie korespondencyjne najwyraźniej będzie parodią samego siebie. Po co zaprzątać sobie nim głowę, skoro i tak będziemy musieli pójść do urn?

Gorące tematy Państwo dołącz do dyskusji (192) 08.04.2020
Głosowanie korespondencyjne najwyraźniej będzie parodią samego siebie. Po co zaprzątać sobie nim głowę, skoro i tak będziemy musieli pójść do urn?

Rafał Chabasiński

Wybory prezydenckie wciąż straszą zarówno polityków, jak i wyborców. Rządzący starają się sprawiać wrażenie, że ich wymarzone święto demokracji będzie bezpieczne dla głosujących. Obywatele jakoś niezbyt chcą im wierzyć. Głosowanie korespondencyjne miało stanowić remedium na te lęki. Miało bo okazuje się, że do urn jednak się wybierzemy.

Przeprowadzenie głosowania korespondencyjnego jak należy najwyraźniej przerosło możliwości państwa polskiego

Sam zamysł  powszechnego głosowania korespondencyjnego nie jest niczym złym. Gdybyśmy mieli dłuższy czas do wyborów prezydenckich, być może nawet udałoby się wdrożyć jakieś sensowne rozwiązania. Prawdopodobnie mielibyśmy je już dawno – gdyby obecna partia rządząca nie odebrała takiej możliwości obywatelom parę lat temu. Niestety, rządzącym teraz się spieszy. Stworzyli więc nam pokracznego potworka będącego właściwie parodią pierwotnej koncepcji.

Zamysł był oczywiście prosty. Na świecie szaleje pandemia koronawirusa. W Polsce ogłoszono stan epidemii i bardzo dotkliwe ograniczenia swobód obywatelskich. W tym także konstytucyjnej wolności poruszania się po terytorium naszego kraju. Wliczając w to tak niewinne czynności jak spacer do lasu, czy przejażdżkę na rowerze. Jeżeli już koniecznie chcemy mieć wybory, to chcemy także by wyborcy pozostali w ich trakcie w domach.

Jest tylko jeden problem – Poczta Polska najprawdopodobniej nie byłaby w stanie nie tylko doręczyć wszystkim uprawnionym pakietów wyborczych, ale także je później od nich odebrać. Oprócz przeszkód natury czysto logistycznej, jak na złość, listonosze również nieszczególnie się garną do ryzykowania zdrowiem i życiem w imię politycznych planów Jarosława Kaczyńskiego.

Rządzący uznali, że nie będą odbierać pakietów wyborczych od obywateli – po prostu rozstawią w gminach skrzynki nadawcze

Skoro więc nie pomoże ani nowy prezes Poczty ściągnięty prosto z Ministerstwa Obrony Narodowej, ani nawet samo wojsko, to nie pozostaje nic innego jak nieco zmodyfikować założenia. O tym jak ma wyglądać majowe głosowanie korespondencyjne możemy dowiedzieć się chociażby z informatora przygotowanego przez TVP Info.

Wiemy już, że termin przeprowadzenia korespondencyjnych wyborów prezydenckich jest płynny. Dzięki poniedziałkowej ustawie, o ile zdąży ona przejść przez Senat, marszałek Sejmu może przesunąć głosowanie. Pod warunkiem, że akurat obowiązuje stan epidemii a nowy termin będzie zgodny z przepisami Konstytucji. Możemy więc pójść do urn równie dobrze nie 10 lecz 17 maja.

„Pójść do urn” jest w tym przypadku zwrotem kluczowym. Otóż rządzący wymyślili sobie, że w wyborach prezydenckich obowiązuje wyłącznie głosowanie korespondencyjne. Każdy wyborca przebywający w kraju otrzyma pakiet wyborczy w miejscu zameldowania. Zakładając oczywiście, że faktycznie ktoś mu ten pakiet doręczy. Gwarancji właściwie nie ma, bo w tym wypadku ustawa nie przewiduje skorzystania z przesyłki priorytetowej. Nastąpić to ma teoretycznie w tygodniu poprzedzającym wybory.

Głosować będziemy mogli bez przerwy od godziny 6 do 20. Z właściwie przygotowanym pakietem wyborczym wystarczy pofatygować się do specjalnej skrzyni nadawczej usytuowanej w każdej gminie. Tu trzeba przyznać, że relacje na razie są dość niejednoznaczne. Według jednych skrzynie ulokowane będą po prostu przed dotychczasowymi lokalami wyborczymi, według innych będzie jedna na gminę – z wyjątkiem Warszawy.

Głosowanie korespondencyjne w którym trzeba fizycznie udać się do urny wyborczej to parodia samej idei

W tym momencie zaczyna się oczywiste wypaczenie samej koncepcji. Jeśli nie chcemy, żeby wyborcy byli narażeni na zakażenie koronawirusem w trakcie głosowania, to nie powinniśmy od nich oczekiwać spotkań nad urną. Zwłaszcza kiedy w tym samym czasie wlepiamy arbitralne kary administracyjne obywatelom, którzy akurat poruszają się w celu niezgodnym z aktualnym widzi-mi-się rządzących.

Należy w takim wypadku zadać sobie pytanie: czym właściwie takie głosowanie korespondencyjne różni się od zwyczajnego? Przede wszystkim, nie trzeba organizować obwodowych komisji wyborczych. Tutaj w wielu miejscach władze mają problem ze znalezieniem chętnych. Istota pakietu wyborczego – na oświadczeniu załączanym w kopercie trzeba podać swoje dane osobowe – godzi w tajność wyborów.

Wybór „miejsca zameldowania” jako miejsca dostarczenia pakietu wyborczego i spore ryzyko, że nie wszędzie takowe dotrą budzą obawy odnośnie powszechności. Drakońskie kary za „kradzież” czy „fałszowanie” kart do głosowania, czy nieuprawnionych wgląd w nie, niekoniecznie muszą zagwarantować równość wyborów prezydenckich. Zresztą, ten wymóg już od dawna możemy skreślić z uwagi na rażącą dysproporcję w możliwości prowadzenia kampanii pomiędzy urzędującym prezydentem a jego kontrkandydatami.

Rozwiązania przewidziane przez ustawę o głosowaniu korespondencyjnym wciąż stwarzają ryzyko rozprzestrzeniania się koronawirusa

Najważniejszy element, który miał odróżniać powszechne głosowanie korespondencyjne od powszechnego koronaparty, niestety jednak pozostaje wątpliwy. Ryzyko zarażenia przy urnach wyborczych, zwanych dla niepoznaki „skrzynkami nadawczymi”, wciąż występuje. Jeśli faktycznie będziemy mieli jedną na gminę, to nawet przy rekordowo niskiej frekwencji ryzyko będzie duże.

Warto bowiem pamiętać, że miasta na prawach powiatu są także gminami. Metropolie w Polsce to nie tylko Warszawa. Kilkaset tysięcy mieszkańców ma także Kraków, Łódź, Wrocław czy Poznań. Miast liczących przeszło sto tysięcy mieszkańców jest dużo.

Sytuacja wygląda nieco bezpieczniej w przypadku urn wyborczych ulokowanych przed tymi samymi lokalami wyborczymi co zawsze. Wciąż jednak nie unikamy poruszania się w oparach absurdu. Głosowanie korespondencyjne w którym wyborca musi dostarczyć swój głos samemu lub za pośrednictwem żywego człowieka nie różnią się wystarczająco od tych zwykłych, by uzasadnić ich organizację.

Skoro więc głosowanie korespondencyjne ma być kolejnym pozorowanym działaniem, to jaki w ogóle jest jego sens? Niestety, wszystko wskazuje na to, że chodzi o wciskanie wyborcom kitu, że rządzący wcale nie są gotowi ryzykować zdrowiem i życiem wyborców, w tym głównie własnych, byle tylko utrzymać się przy władzy. W połączeniu z karami za łamanie ograniczeń w poruszaniu się przy okazji jest także kpiną z tychże wyborców.