W Polsce honorowe krwiodawstwo jest dogmatem, ale Niemcy i Amerykanie mają inne podejście do tematu
Oddawanie krwi oraz osocza w Polsce wręcz nie może się wiązać z jakąkolwiek gratyfikacją pieniężną. Wyraźnie zabraniają tego przepisy ustawy o publicznej służbie krwi. Zgodnie z jej art. 3 ust. 1:
Krwiodawstwo jest oparte na zasadzie dobrowolnego i bezpłatnego oddawania krwi i jej składników. Wyjątki od tej zasady określa ustawa.
Jakby tego było mało, za kupowanie krwi w celu osiągnięcia korzyści osobistych lub majątkowych w sposób niezgodny z ustawą stanowi przestępstwo zagrożone karą do 3 lat w więzieniu. Warto w tym momencie wspomnieć o wyjątkach wspomnianych w zacytowanym wyżej przepisie. Znajdziemy je w art. 6 ust. 1:
Dawcom krwi rzadkich grup i dawcom krwi, którzy przed pobraniem krwi lub jej składników zostali poddani zabiegowi uodpornienia lub innym zabiegom wykonywanym w celu uzyskania osocza lub surowic diagnostycznych, przysługuje, oprócz uprawnień określonych w art. 6-9, rekompensata pieniężna za niedogodności związane z koniecznością stawienia się na każde żądanie jednostki organizacyjnej publicznej służby krwi, o której mowa w art. 4 ust. 3 pkt 2-4, w celu oddania krwi lub jej składników lub poddania się zabiegowi uodpornienia lub innym zabiegom wykonywanym w celu uzyskania osocza lub surowic diagnostycznych. Koszt rekompensaty ponosi jednostka organizacyjna publicznej służby krwi. Maksymalna wysokość rekompensaty nie może przekroczyć jednorazowo 1000 złotych.
Rzeczywistą wysokość stawek określa stosowne rozporządzenie Ministra Zdrowia. Aktualne stawki nie zbliżają się zbytnio do kwoty 1 000 zł. Wynoszą odpowiednio:
a) za 1 litr krwi z wytworzonymi przeciwciałami w wyniku zabiegu uodpornienia - 280 zł,
b) za 1 litr osocza pobranego od dawcy poddanego zabiegowi uodpornienia lub innym zabiegom - 500 zł,
c) za zabieg uodpornienia dawcy, o którym mowa w lit. a oraz b:
d) za 1 mililitr krwi pobranej do uodpornienia - 1,40 zł,
e) za składniki krwi pobierane metodą aferezy - 185 zł (za cały zabieg).";
Honorowe krwiodawstwo sprowadza się do tego, że osoba oddająca krew lub osocze robi to wyłącznie ze szczerej chęci niesienia pomocy innym. Od państwa może liczyć na dwa dni wolnego w roku, o ile jest zatrudniony na umowę o pracę, oraz 130 zł ulgi podatkowej za litr, ale nie więcej niż 6 proc. rocznego dochodu lub przychodu. Akurat ta ulga jest dostępna także dla przedsiębiorców rozliczających się na ryczałcie.
Polska rzeczywiście zarabia miliony na sprzedaży nadwyżek osocza, ale akurat w tym nie ma nic niewłaściwego
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że coś tu nie gra. Honorowe krwiodawstwo jest zasadą przyjętą w większości państw europejskich, ale już na przykład Stany Zjednoczone dopuszczają oddawanie osocza za pieniądze. Za litr można dostać ok. 50-100 dolarów. Podobnie jest w Niemczech, gdzie litr osocza może się wiązać z gratyfikacją rzędu kilkudziesięciu euro.
To nie koniec, bo eksport krwi stanowi ważny element bilansu wymiany handlowej USA. Niektóre starsze dane sugerują, że 2017 r. sprzedaż krwi i osocza za granicę była warta 28,6 mld dolarów i odpowiadała za aż 2,3 proc. całego amerykańskiego eksportu.
Polska również pozyskuje pieniądze na sprzedaży nadwyżek osocza firmom farmaceutycznym. Na początku zeszłego roku ekonomista Rafał Mundry poprosił w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej Ministerstwo Zdrowia o informację, ile właściwie sprzedajemy osocza i ile na tym zarabiamy. W 2023 r. Polska sprzedała w ten sposób 262,7 tys. litrów osocza i zarobiła w ten sposób 210 mln zł. W 2024 r. średnia cena litra polskiego osocza została wyceniona na ok. 180,76 euro.
Oczywiście to nie tak, że obywateli obowiązuje honorowe krwiodawstwo, a tymczasem państwo robi na ich poświęceniu biznes. Z nadwyżkami osocza trzeba coś przecież zrobić. Lepiej je sprzedać, niż miałyby się zmarnować. Co więcej, Ministerstwo Zdrowia wyraźnie tłumaczy, w jaki sposób pożytkuje zdobyte w ten sposób środki:
Mają na celu przede wszystkim pokrycie kosztów, które centra krwiodawstwa i krwiolecznictwa ponoszą w związku z pobieraniem, preparatyką, badaniem, przechowywaniem i przygotowaniem krwi i jej składników do wydania.
Nie mam absolutnie nic przeciwko racjonalnemu wykorzystaniu zasobami, którymi dysponuje nasze państwo. Prawdę mówiąc, nie miałbym nawet większego problemu z tym, by pieniędzmi ze sprzedaży osocza zasilano po prostu NFZ i w ten sposób zasypywano choć trochę lukę w jego budżecie. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z trudną do pogodzenia różnicą w podejściu do tego samego składnika krwi. Być może Amerykanie i Niemcy podchodzą do tematu lepiej niż my, a honorowe krwiodawstwo to przeżytek w świecie i tak przesyconym wszechobecnym cynizmem? Niekoniecznie.
Model honorowego krwiodawstwa ma całkiem sporo zalet natury niematerialnej, które niekoniecznie przekonają zadeklarowanych pragmatyków. Przede wszystkim jednak stanowi postawienie pewnej nieprzekraczalnej bariery. Co by było, gdybyśmy jej nie mieli? Najpierw pozwalamy na sprzedaż krwi, później ktoś wpadłby na pomysł, że w sumie nie ma nic złego we w pełni dobrowolnej sprzedaży nerki potrzebującemu bogaczowi. Wydaje się więc, że idealizm rodem z minionej epoki wciąż ma mocne uzasadnienie także dzisiaj.
Trzeba przy tym wspomnieć, że ustawodawca mógłby się pokusić o bardziej atrakcyjne niepieniężne zachęty dla nowych krwiodawców oraz ułatwienie życia im wszystkim. Ulga na oddanie krwi przy niskiej podstawowej stawce PIT z ograniczeniem procentowym wspólnym z pozostałymi ulgami podatkowymi nie jest zbyt atrakcyjna. Zryczałtowane stawki zwrotu kosztów dojazdu również należałoby dostosować do bardziej realistycznych wartości.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj