Jak zalegalizować aborcję eugeniczną w Polsce? Na pewno nie za pomocą referendum

Prawo Rodzina dołącz do dyskusji (32) 27.10.2020
Jak zalegalizować aborcję eugeniczną w Polsce? Na pewno nie za pomocą referendum

Rafał Chabasiński

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji postawił pod ścianą nie tylko kobiety. Także politycy nie bardzo wiedzą co z tym faktem zrobić. Posprzątanie całego bałaganu wywołanego przez sejmowych konserwatystów z pewnością łatwe nie będzie. Warto się w tym momencie, czysto hipotetycznie, zastanowić jak zalegalizować aborcję eugeniczną w Polsce.

Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego warto zadać pytanie: jak zalegalizować aborcję eugeniczną w Polsce?

Wielotysięczne demonstracje w ostatnich dniach przetoczyły się przez wiele polskich miast. Protestujący sprzeciwiają się faktycznego zakazowi aborcji wprowadzanemu przez czwartkowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego. Ktoś mógłby polemizować z tym stwierdzeniem – w końcu przecież pozostałe dwie przesłanki, póki co, zostają na swoim miejscu. Warto jednak pamiętać, że spośród ok. 1100 legalnych aborcji przeprowadzanych rocznie, ta „eugeniczna” to przytłaczająca większość.

Wygląda na to, że politycy nie bardzo mają pomysł co zrobić z wybuchem społecznego niezadowolenia. Dotyczy to przede wszystkim sprawców całego zamieszania w postaci Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Także politycy bardziej centrowych formacji opozycyjnych nie potrafią sobie poradzić z powagą sytuacji. Ci ostatni rzucają dość egzotycznymi pomysłami na rozwiązanie kryzysu.

Oczywiście, trudno byłoby udawać, że mniej lub bardziej konserwatywni polscy politycy zastanawiają się jak zalegalizować aborcję, eugeniczną czy jakąkolwiek inną. Bardziej interesuje ich jak by tu jak najbardziej przesunąć granicę w stronę pełnego zakazu, zanim niezadowolenie społeczne zaszkodzi im w sposób nieodwracalny.

Warto jednak przyjrzeć się poszczególnym propozycjom poszczególnych polityków. Niektóre z nich prowadzą bowiem do bardzo interesujących konsekwencji – pod warunkiem oczywiście, że propozycje te pozostaną propozycjami i nikomu nie przyjdzie do głowy ich realizacja.

Politycy centrowej opozycji nawołują do niepublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego – to byłoby jawne bezprawie

Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL i Grzechorz Schetyna z KO sugerują, żeby po prostu nie publikować wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Mateusz Morawiecki w tym scenariuszu miałby po prostu zignorować ciążący na nim obowiązek.

Że niby nie wolno czegoś takiego robić, bo to niezgodne z prawem? Zawiadomienie na premier Szydło, która po prostu nie opublikowała wyroku dotyczącego sposobu mianowania sędziów Trybunału, nie doprowadziło do postawienia jakichkolwiek zarzutów. Nikt nie poniósł żadnych konsekwencji.

Dzięki temu Prawo i Sprawiedliwość mogło spokojnie zaprzysiąc i wcisnąć do tego organu tzw. „sędziów-dublerów”. To skądinąd praprzyczyna wybitnie niskiego autorytetu Trybunału Konstytucyjnego z czasów reformy wymiaru sprawiedliwości, zanim jeszcze prezesem zostało „towarzyskie odkrycie” Jarosława Kaczyńskiego w osobie Julii Przyłębskiej.

Nie da się ukryć, że nieopublikowanie wyroku byłoby w najlepszym wypadku rozwiązaniem mocno tymczasowym. Prędzej czy później ktoś w końcu mógłby jednak dokonać publikacji. Z całą pewnością politycy Prawa i Sprawiedliwości mogliby nią straszyć właściwie w nieskończoność. Dodajmy do tego oczywistą sprzeczność z prawem i ewidentne dalsze psucie państwa. Trudno traktować taką propozycję poważnie.

Referendum w sprawie aborcji odwleka rozwiązanie problemu w czasie i budzi obawy manipulacji ze strony rządzących

Nieopublikowanie wyroku miałoby jednak prowadzić do czegoś konkretnego. W tym wypadku wspomniany już lider Polskiego Stronnictwa Ludowego, ale też chociażby Szymon Hołownia, chcieliby rozpisania referendum w sprawie aborcji.

Trzeba przy tym podkreślić, że byłoby to referendum konstytucyjne. Nawet gdyby zmusić Prawo i Sprawiedliwość do przyznania, że jego marionetkowy Trybunał Konstytucyjny nie ma legitymizacji do wydawania jakichkolwiek rozstrzygnięć, to i tak linia orzecznicza tego organu sprzed czasów „Dobrej Zmiany” była w zasadzie taka sama.

Pomysł jest o tyle zły, że w tym momencie Prawo i Sprawiedliwość dysponuje podporządkowaną sobie machiną rządowej propagandy w postaci Telewizji Polskiej. Swoje trzy grosze z pewnością wtrąciłby Kościół Katolicki. Referenda zaś władza rozpisuje zwykle po to, by je wygrać. Możemy się śmiało spodziewać na przykład kreatywnej manipulacji pytaniami referendalnymi. Do wyboru moglibyśmy dostać na przykład całkowity zakaz aborcji i zakaz jedynie aborcji eugenicznej.

Co więcej, sam tryb organizacji referendum konstytucyjnego pozwala rządzącym przeczekać protesty. Załóżmy następujący scenariusz: Sejm faktycznie, zgodnie z art. 125 Konstytucji, rozpisuje referendum ogólnokrajowe w sprawie aborcji. Zapewne ustalając termin tak, żeby pasował władzy – czyli im później tym lepiej.

Niezależnie od wyniku plebiscytu, i tak następnie trzeba by uchwalić ustawę o zmianie Konstytucji. Zgodnie z jej art. 235 ust. 5 uchwalenie takowej może odbyć się nie wcześniej niż sześćdziesiątego dnia po pierwszym czytaniu projektu. Wszystko dlatego, że dokonujemy zmiany przepisu znajdującego się w II rozdziale ustawy zasadniczej. Warto przy tym wspomnieć, że to jak władza ustawodawcza zrealizuje wolę suwerena zależy wyłącznie od… władzy ustawodawczej.

Także politycy prawicy zastanawiają się teraz jak zalegalizować aborcję eugeniczną tak żeby tego rzeczywiście nie zrobić

Niezależnie od pomysłów referendalnych, istnieje szansa, że politycy Zjednoczonej Prawicy postanowią zrobić krok wstecz. W końcu Jarosław Kaczyński w krótkim czasie zirytował o kilka grup społecznych za dużo. Pytanie brzmi: jak zalegalizować aborcję eugeniczną z powrotem, tak by zachować twarz i równocześnie tak naprawdę tego nie zrobić?

Pomysł jest prosty niczym przysłowiowa konstrukcja cepa. Nie sposób mu również odmówić przewrotności. Posłowie Zjednoczonej Prawicy mogliby w końcu uchwalić nowe prawo aborcyjne zawierające starą przesłankę zapisaną innymi słowami. Być może z drobnymi korektami w rodzaju uniemożliwienia aborcji płodów obarczonych chociażby zespołem Downa.

Nowa ustawa korzystałaby z dobrodziejstw domniemania konstytucyjności. Drugi raz wszechwładny prezes Prawa i Sprawiedliwości lepiej pilnowałby swojego „towarzyskiego odkrycia” i po prostu trzymałby Trybunał Konstytucyjny z dala od znowelizowanego przepisu. Przynajmniej przez jakiś czas, do momentu aż znowu uzna że czas wywołać trochę chaosu.

Takie rozwiązanie nie zadowalałoby chyba nikogo. Kościół i obrońcy życia poczętego byliby, delikatnie rzecz ujmując, niepocieszeni. Także zwolennicy prawa kobiet do decydowania czy chcą być w ciąży czy nie raczej nie zaakceptują powrotu do kompromisu aborcyjnego po jego brutalnym zerwaniu. Zjednoczonej Prawicy trudno byłoby je przekuć w jakikolwiek sukces.

Od strony czysto prawnej jest to jednak najprostsze rozwiązanie. Wystarczy do niego jedynie zwykła ustawa. Technicznie rzecz biorąc, nie stanowi także przejawu jawnego lekceważenia obowiązującego prawa. Co najwyżej wykorzystuje istniejącą od dawna lukę w ustroju naszego państwa.

Problem jest jeden: co w takiej sytuacji zrobi prezydent?  Andrzej Duda sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego z wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Nie ma również możliwości sprawowania trzeciej kadencji. Być może próba zrzucenia winy na głowę państwa okaże się kuszącą opcją dla polityków Zjednoczonej Prawicy.

Jest jeden sposób jak zalegalizować aborcję w Polsce skutecznie – uchylić przepisy przewidujące kary za jej przeprowadzenie

Istnieje również,  w polskich realiach niestety czysto hipotetyczna, sprawdzona odpowiedź jak zalegalizować aborcję dowolnie wybranego rodzaju. Mowa o rozwiązaniu niemieckim. Wbrew dostępnym w internecie mapom, formalnie rzecz biorąc w Niemczech aborcja nie jest dozwolona w każdym przypadku.

Przesłanki jej dopuszczalności są oczywiście szersze niż w Polsce. Przerwać ciążę u naszego zachodniego sąsiada można gdy ciąża zagraża życiu bądź zdrowiu fizycznemu i psychicznemu matki bądź gdy jest wynikiem gwałtu, występku kazirodczego i przestępstwa pedofilskiego.

Jest jednak małe „ale”. Do 12 tygodnia ciąży niemieckie prawo nie przewiduje żadnej kary za jej przerwanie. Oczywiście, należy spełnić określone wymogi formalne. Zabieg musi wykonać lekarz, kobieta musi skorzystać z szeregu odpowiednich konsultacji. Pomiędzy konsultacją a zabiegiem muszą upłynąć przynajmniej 3 dni.

Lekarz podlega odpowiedzialności karnej za wystawienie błędnego zaświadczenia co do występowania przesłanek dopuszczalności przerwania ciąży oraz dokonanie zabiegu bez sprawdzenia stadium zaawansowania ciąży. Jest również zobowiązany pod groźbą kary do poinformowania kobiety o konsekwencjach aborcji oraz wysłuchania motywów jej decyzji jeśli ta ma takie życzenie.

Takie rozwiązanie również można by zaimplementować w Polsce za pomocą zwykłej ustawy. Wystarczy uchylić Art. 152 §1 i §2 przewidujące odpowiedzialność karną za przerwanie ciąży za zgodą kobiety i pomoc w jej dokonaniu. Z punktu widzenia całego kontekstu sporu o aborcję, byłoby to chyba najlepsze rozwiązanie. Proste, możliwe do przeprowadzenia zgodnie z prawem i rozwiązujące większość istotnych problemów prawnych.