Likwidacja ryczałtu z powodu wprost fałszywych przesłanek przemieszane z tanim populizmem to naprawdę fatalny pomysł
Ryczałt od przychodów ewidencjonowanych stanowi obecnie jedyną dostępną polskim przedsiębiorcom "prostszą" formę opodatkowania. W zamian za ograniczone obowiązki sprawozdawcze i niekiedy atrakcyjne stawki tracimy prawo do rozliczania kosztów prowadzenia działalności. Dla mniejszych przedsiębiorców o niskich kosztach to dość opłacalne rozwiązanie. Jest jednak pewien problem: z ryczałtu mogą korzystać także de facto pracownicy, którzy zarabiają naprawdę niezłe pieniądze. Tak przynajmniej twierdzi minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.
Na swoim profilu w serwisie X opublikowała apel o likwidację ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Swoją radykalną propozycję argumentuje w następujący sposób.
2026 roku bedzie rekordowy: drugi próg podatkowy może przekroczyć nawet 3 miliony podatników. Nauczyciele, pielęgniarki i wielu innych pracowników pod koniec roku zapłaci stawkę PIT 32%. Ich dochody w listopadzie czy grudniu spadną nawet o kilka tysięcy złotych.
W tym samym czasie zarabiający setki tysięcy złotych informatycy czy influencerzy skorzystają z super preferencyjnych stawek na ryczałcie: od 5% do 14%.
Czas zakończyć tę niesprawiedliwość: podnieść drugi próg podatkowy do 200 tys. zł. W zamian zlikwidować ryczałt, który z systemu mającego być uproszczeniem stał się narzędziem do unikania podatków przez najbogatszych.
Nie da się ukryć, że w tej opowieści nie zgadza się kilka kluczowych elementów. Zacznijmy od najważniejszego błędu po stronie pani minister. Ryczałt wcale nie jest niezbędny, by uniknąć drugiego progu podatkowego. Jeżeli przedsiębiorcy grozi taka ewentualność, to może jej uniknąć także poprzez wybór trzeciej formy opodatkowania w postaci podatku liniowego. Wówczas obowiązuje go stawka 19 proc. wraz z pełną możliwością rozliczania kosztów.
Drugą wartą odnotowania nieścisłością jest to, że stawka 5 proc. w ryczałcie nie istnieje. Najniższa z nich to 5,5 proc., która ma zastosowanie do tych rodzajów działalności, która nie ma nic wspólnego z informatykami oraz influencerami. Stosuje się ją do:
Branża IT najczęściej stosuje stawkę 12 proc. W niektórych przypadkach stosuje ona nieco niższą, bo wynoszącą 8,5 proc. Influencerzy dla większości swoich przypadkach wykorzystają hybrydową stawkę 8,5 proc. do kwoty 100 tys. zł i 12 proc. powyżej.
O co więc chodzi? Przedstawiciele branży IP mogą skorzystać z tzw. ulgi IP Box, która rzeczywiście obniża podatek do 5 proc. Jest tylko mały problem: nie można jej zastosować, jeśli rozliczamy się na ryczałcie. Swoją drogą nie miałbym absolutnie nic przeciwko likwidacji tej ulgi.
Jeżeli niskie opodatkowanie IT oraz influencerów to taki problem, to najlepiej byłoby po prostu podnieść im stawkę do 17 proc.
Trzeba przyznać, że każda ze stawek w zakresie 8,5-12 proc. jest arytmetycznie niższa od 32 proc., które odprowadzają od swoich zarobków powyżej drugiego progu podatkowego przedsiębiorcy rozliczający się na zasadach ogólnych. Nie jestem jakimś wielkim entuzjastą preferencji podatkowych dla programistów i reszty branży, nie wspominając nawet o influencerach. Nie da się także ukryć, że w IT dość łatwo doszukać się zatrudnionych na umowach B2B, którzy jedynie udają przedsiębiorców, a w praktyce są po prostu pracownikami większych firm.
Czy to wystarczające uzasadnienie likwidacji ryczału, której domaga się Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz? Odpowiedź może być tylko jedna: absolutnie nie. Powody są tak naprawdę dwa. Pierwszy określiłbym mianem "czysto funkcjonalnego". Nie ma najmniejszego sensu wylewać przysłowiowego dziecka z kąpielą, skoro problem niepożądanych preferencji podatkowych można stosunkowo łatwo rozwiązać. Wystarczy wyrzucić informatyków i influencerów z przepisów o ryczałcie od przychodów ewidencjonowanych albo po prostu przesunąć ich do którejś wyższej stawki. Mogliby przecież być objęci tą samą, która dotyczy przedsiębiorców wykonujących wolne zawody i wynosi 17 proc.
O wiele ważniejszy wydaje mi się powód natury czysto systemowej. Potrzebujemy prostszej formy opodatkowania dla przedsiębiorców, którzy są nimi głównie dlatego, że muszą, ale nie aspirują do roli "rekinów biznesu". Co rozumiem przez tę prostotę? Przede wszystkim ograniczenie wymogów dotyczących firmowej księgowości oraz stosowanie możliwie prostego sposobu ustalania wysokości opodatkowania. Do tej pory taką funkcję pełniła karta podatkowa, ale reforma Polskiego Ładu odcięła osobom zakładającym działalność gospodarczą dostęp do niej. Nie da się także ukryć, że niektóre rodzaje działalności bardzo by ucierpiały na likwidacji ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych.
Można także wspomnieć o tym, że w dzisiejszych realiach podatkowych rola ryczałtu zauważalnie spadła. Nawet przy "pośrednich" stawkach, jest najbardziej opłacalną formą opodatkowania przy dochodach w zakresie ok. 150-180 tys. zł. Polski Ład, czego by o nim nie mówić, uczynił skalę podatkową bardzo korzystną formą opodatkowania. Dotyczy to zwłaszcza tych osób, które są w stanie dodatkowo zbić wysokość swojego zobowiązania poprzez – na przykład – wspólne rozliczanie z gorzej zarabiającym małżonkiem. Z drugiej strony mamy zaś wspomniany już przeze mnie mechanizm unikania drugiego progu podatkowego poprzez wybór podatku liniowego.
Wniosek nasuwa się sam: minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz plecie po prostu bzdury. Jej propozycja likwidacji ryczałtu "bo informatycy i influencerzy mają za dużo" nie wytrzymuje zderzenia z podatkową rzeczywistością.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj