Polacy nieświadomie codziennie spożywają czterokrotnie więcej cukru niż rekomendowana dzienna dawka. I nie chodzi tu wyłącznie o słodzenie kawy czy herbaty, ponieważ cukru jest pełno wszędzie; w niemal każdym przetworzonym produkcie. Między innymi stąd biorą się przykre wnioski NFZ-u: jeśli nic się nie zmieni, do 2035 otyłość dotknie u nas ponad 35 proc. dorosłych mężczyzn i 25 proc. kobiet, przy czym już otyłość w Polsce każdego dnia zabiera nam przedwcześnie ponad 100 osób.
Dobry smak dyskretnie szantażuje nasz mózg
Czym jest „jedzenioholizm”? To uzależnienie, w którym żywność staje się formą kompensowania emocji. Zamiast konfrontować się z problemami, sięgamy po jedzenie, które przynosi chwilową ulgę. Z tygodnia na tydzień zwiększamy „dawkę” i łatwo wpadamy w spiralę kompulsywnego objadania się, poczucia winy i rosnącej masy ciała. Osoba uzależniona od jedzenia zaniedbuje inne źródła przyjemności, a napady objadania się pojawiają się u niej w odpowiedzi na stres, smutek czy nudę. Przymus staje się silniejszy od zdrowego rozsądku, a sytość przestaje mieć znaczenie – jedzenioholicy opychają się aż do bólu żołądka.
Mechanizm uzależnienia od jedzenia jest zaskakująco przemyślany. Frytki z McDonald’s to idealny przykład: same w sobie nie zawierają mięsa, ale ich smak wywołuje skojarzenia z wołowiną dzięki glutaminianowi sodu. Ten składnik wzmacnia smak i podkręca apetyt subtelnym szantażowaniem mózgu i uzupełnia się świetnie z dekstrozą, fosforanem sodu oraz solą. Szczury dokarmiane glutaminianem sodu spożywają nawet o 40 proc. więcej jedzenia niż zwykle. U ludzi efekt jest podobny, dlatego opakowanie przekąsek znika błyskawicznie.
Oczywiście nie tylko frytki działają w ten sposób. Smaczne chipsy czy popcorn to równie skuteczni złodzieje naszej uwagi. Perfekcyjne zestawienie tłuszczu, cukru i soli wywołuje fale dopaminy, endorfin i serotoniny, a to sprawia, że sięgamy po kolejne kęsy niemal automatycznie, nawet gdy dawno przestaliśmy być głodni.
Czy świetnych kucharzy, twórców receptur i marketingowców projektujących produkty z manierą zwiększenia zysków, a jednocześnie wyśrubowania ryzyka objadania się, nie powinniśmy poddać ocenie moralnej i prawnej?
Ultrasmakowite produkty a seryjne szkody zdrowotne
Na pierwszy rzut oka porównywanie przyjemności z jedzenia do zachęcania ludzi do czynów tak drastycznych jak samobójstwo wydaje się kompletnie nie na miejscu. A jednak – wbrew pozorom – wcale nie są to dwa zupełnie różne bieguny moralne. Prawo karne zna bowiem sytuacje, w których odpowiedzialność nie wynika z bezpośredniego zadania ciosu, lecz z samej sugestii.
Art. 151 Kodeksu karnego przewiduje do 5 lat pozbawienia wolności za doprowadzenie człowieka do targnięcia się na własne życie przez namowę właśnie lub udzielenie pomocy. Z kolei art. 160 k.k. mówi o odpowiedzialności za narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo doznania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Art. 156 k.k. do ciężkiego uszczerbku na zdrowiu zalicza m.in. ciężkie kalectwo, chorobę nieuleczalną lub długotrwałą, chorobę realnie zagrażającą życiu, trwałą chorobę psychiczną, całkowitą albo znaczną trwałą niezdolność do pracy w zawodzie lub trwałe, istotne zeszpecenie lub zniekształcenie ciała. Jeżeli następstwem jest śmierć człowieka, sprawca podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5 albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
Objadanie się jest niczym innym jak powolnym niszczeniem swojego ciała, nieuchronnie prowadzącym do kalectwa: ograniczenia sprawności, chorób przewlekłych, codziennego bólu, nieustannej zależności od systemu ochrony zdrowia i leków i braku możliwości szybkiego podjęcia pracy. Człowiek jak najbardziej może się nawet „zajeść” na śmierć. Towarzyszy temu onkologiczne tsunami obejmujące blisko 40 proc. przypadków nowotworów, takich jak rak przełyku, wątroby czy nerek. Jeśli więc uznamy, że celowe projektowanie turbosmakowitych wyrobów prowadzi do seryjnych szkód zdrowotnych – otyłości, cukrzycy, chorób serca, nowotworów – pojawia się pytanie, czy nie mamy do czynienia z karalną formą narażania ludzi.
Problem byłby jednak wyjątkowo trudny do ustalenia i udowodnienia. Zjedzenie raz, dwa czy nawet dziesięć razy cheeseburgera z boczkiem i dużą porcją frytek – podobnie jak spożycie 5, 15 czy 30 paczek chipsów w rok, wcale nie przesądza o uzależnieniu. Trudno wyznaczyć granicę, od której zachowanie staje się szkodliwe, a także wskazać produkt odpowiadający za to w największym stopniu. Wypadałoby również odseparować czynniki typowo jedzeniowe od pozostałych i ustalić procent wpływu każdego z nich na rozwój choroby. To wszystko jest w zasadzie nierealne, bo człowiek to szalenie skomplikowany organizm i właśnie ta złożoność świetnie chroni producentów śmieciowej żywności przed przypisaniem im winy za śmierć konkretnej osoby.
Do tego producenci najpewniej natychmiast podnieśliby argument, że dorosły konsument sam najlepiej powinien wiedzieć, co jest dla niego dobre, a ich rolą jest jedynie oferowanie przekąsek – nikt nikomu nie przystawia pistoletu do skroni i nie wpycha jedzenia do ust.
Producenci żywności owijają sobie klientów wokół palca
Oczywiście nie chodzi o to, by hurtowo wsadzać do więzienia kucharzy oraz producentów batonów, kolorowych napojów gazowanych czy mrożonek. Przecież nie wszyscy uzależniają się od jedzenia i nie każdy, kto je bardzo kaloryczne produkty, zmaga się z otyłością czy chorobami metabolicznymi.
Problem tkwi bardziej w mechanizmach, dzięki którym konsumenci są umiejętnie owijani wokół palca, a zaczyna się to już od dziecka, w czym swój niechlubny udział mają rodzice. Dobry smak, udany marketing, łatwa dostępność i niska cena wchodzą przebojem na rynek i generują kolosalne pieniądze dla wybranych, podczas gdy koszty leczenia otyłości, cukrzycy czy chorób serca ponosi całe społeczeństwo. Z asymetrią między prywatnym zyskiem a społecznym nakładem nie jest w stanie poradzić sobie państwo.
Co więcej, nawet obkładanie bardzo kalorycznych produktów wysokimi podatkami – które wytwórcy przerzucą na klientów – raczej długodystansowo nie rozwiąże problemu. Człowiek uzależniony od jedzenia działa podobnie jak narkoman i zrobi naprawdę dużo, aby samodzielnie lub z czyjąś pomocą zdobyć wszystko, czego potrzebuje. Cena nie gra roli. McDonald’s, Burger King, KFC, Coca-Cola i im podobni nie mają się czego bać.
Walka z otyłością głównie przez edukację i bezpłatne programy dietetyczne, owszem, bywa skuteczna, ale raczej na małej próbie. W szerszym ujęciu przypomina ona poskramianie pożaru wieżowca gaśnicą. Niestety trudno o proste wyjście z tej skomplikowanej sytuacji i walkę z koncernami zatrudniającymi setki tysięcy osób. Jak na razie społeczeństwo tyje. Według Światowej Organizacji Zdrowia prawie 2 mld ludzi ma nadwagę i ten wynik raczej zmieni się tylko na gorsze.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj