1. Home -
  2. Energetyka -
  3. Czarnek chce wrócić do węgla. Tylko, że te kwoty szokują, nas na to po prostu nie stać

Czarnek chce wrócić do węgla. Tylko, że te kwoty szokują, nas na to po prostu nie stać

„Żadnych OZE-sroze" to słowa, które najłatwiej było zapamiętać z prezentacji Przemysława Czarnka jako kandydata Prawa i Sprawiedliwości na premiera. Tylko co właściwie odwrót do węgla przyniósłby Polakom? Odpowiedź jest prosta: same straty.

Powrót do węgla przekreśliłby racjonalną politykę energetyczną poprzednich rządów PiS

Wydawać by się mogło, że Prawo i Sprawiedliwość wyrosło już z kultu „czarnego złota", które uprawiają bardziej radykalne partie prawicy. W końcu to za rządów Mateusza Morawieckiego pojawiła się refleksja, że do górnictwa węglowego nie można dopłacać w nieskończoność. Wreszcie ruszyła transformacja w stronę mieszanki energii jądrowej z OZE. Technologie pozyskiwania odnawialnych źródeł energii rozwijały się w szybkim tempie pomimo uprzedzenia części polityków do wiatraków i dbania o interesy molochów energetycznych kosztem prosumentów – tych samych, dla których rząd rozważał korzystniejsze rozliczanie prosumentów.

Teraz możemy jednak zaobserwować zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. W trakcie prezentacji kandydata PiS na premiera w osobie Przemysława Czarnka, byłego ministra edukacji kojarzonego raczej ze skrajnym skrzydłem partii, padły słowa podsumowujące świetnie nową propozycję energetyczną dla Polaków: „Żadnych OZE-sroze". Ściślej mówiąc:

Co ma to państwo zrobić? To państwo ma pojechać do Brukseli i powiedzieć: „nie mamy już ETS-u w Polsce", wypowiadamy to. Nasze firmy nie będą tego płacić. Nie mamy żadnego waszego miksu energetycznego. Nie mamy żadnego Zielonego Ładu. Żadnych OZE-sroze dofinansowanych dopłatami. My mamy nasz miks węglowy. Bo my mamy nasze bogactwa naturalne. I wara wam od nich.

Wygląda więc na to, że PiS wraca do kultu węgla. Istnieje niemała szansa, że w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych to właśnie ta partia będzie współtworzyć rząd z którąś z konfederacji. Obydwie również wzdychają za „czarnym złotem". Załóżmy, że rzeczywiście Polska wróci do wydobywania i spalania na potęgę węgla. Czy w tym szaleństwie tkwi jakaś metoda? Ależ skąd.

W upartym trzymaniu się tego surowca tkwią trzy podstawowe problemy. Pomińmy to, że OZE już w Polsce są i cieszą się zainteresowaniem ze strony Polaków. Do tego państwo zdążyło zainwestować w nie niemałe pieniądze, nie wspominając nawet o rozwoju energetyki jądrowej – warto przypomnieć, gdzie stanie polska elektrownia jądrowa – który wreszcie wyszedł poza sferę „dobrych chęci", powoływania spółek i nierobienia niczego konstruktywnego. Najważniejszym z nich jest oczywiście to, że węgiel skądś trzeba pozyskać. Przekłada się to na kolejny w postaci kosztów natury geopolitycznej. Nie bez znaczenia są także koszty zdrowotne.

Zasoby węgla na setki lat wydobycia istnieją wyłącznie w marzeniach prawicowych polityków

Wbrew prawicowym marzeniom, zasoby obydwu kluczowych rodzajów węgla w Polsce wcale nie są nieskończone i nie wystarczą nam ani na setki lat. Teoretycznie moglibyśmy wydobywać węgiel kamienny przez jakieś 30-50 lat. Mowa w tym przypadku o złożach, które rzeczywiście jesteśmy w stanie wydobyć na powierzchnię. Im bardziej się te zasoby kurczą, tym będzie drożej. Nie bez powodu rząd Mateusza Morawieckiego zdecydował w 2020 r., że z wydobyciem węgla kamiennego należy w Polsce skończyć do 2050 r.

Wydobycie węgla jest już teraz głęboko nieopłacalne

Warto w tym momencie dodać, że już teraz ta najbardziej znana gałąź polskiego górnictwa jest wyjątkowo nieopłacalna. Każdego roku nasze państwo dokłada do pensji górników jakieś 9 mld zł. Jak to się przekłada bezpośrednio na tonę surowca? Wydobycie tony węgla w Polsce kosztuje dziś ok. 800 zł, podczas gdy wartość tej samej tony na rynku to jedynie 500 zł. Strata wynosi 300 zł na każdej tonie, a tych ton jest rocznie około 40–50 mln. Szacunkowy koszt energii elektrycznej z węgla w 2025 r. to 740 zł/MWh – dla porównania prąd z OZE to już tylko 270–340 zł/MWh.

Teraz prawdopodobnie jest jeszcze gorzej. Ktoś mógłby powiedzieć, że gdyby branżę wspomóc jakąś nowoczesną technologią, to wydobycie stałoby się bardziej opłacalne. Teoretycznie tak, ale w praktyce kosztów zatrudnienia się w ten sposób nie obejdzie. Poza tym zakup i wdrożenie nowych rozwiązań również nie są darmowe. Czas tymczasem gra na niekorzyść górnictwa węglowego.

Skoro nie węgiel kamienny, to może brunatny? W gospodarstwach domowych palić nim nie można, ale wykorzystuje go energetyka. Tyle tylko, że zasobów zdatnych do wydobycia mamy na ok. 20 lat.

Import węgla jako kosztowna alternatywa

Załóżmy więc, że hipotetyczny nowy rząd PiS postanowi zignorować realne możliwości wydobywcze Polski i postawi na coraz droższy węgiel, którego będziemy pozyskiwać coraz mniej. Problem braku surowca przywoływany już Mateusz Morawiecki rozwiązał w kryzysowym momencie poprzez masowy import z zagranicy. Zresztą już teraz importowany węgiel bywa tańszy od krajowego.

Owszem, zapewne bylibyśmy w stanie dalej sprowadzać węgiel na potęgę do Polski. W ten sposób zapewnilibyśmy przede wszystkim surowiec na potrzeby gospodarstw domowych, które wciąż ogrzewane są za jego pomocą – przypominając przy okazji, że zakup wyrobów węglowych wiąże się z osobnymi formalnościami. Pozostaje jednak pytanie o koszty takiego rozwiązania. Nie wszystkie z nich są czysto finansowe.

Koszty gospodarcze, geopolityczne i zdrowotne powrotu do węgla

Powrót do węgla oznacza więc uzależnienie od jego eksporterów. Nasz kraj w ostatnich latach importował węgiel przede wszystkim z Kolumbii, RPA, Kazachstanu, Australii, USA oraz Mozambiku. Obecność Stanów Zjednoczonych może być tutaj nieprzypadkowa, biorąc pod uwagę to, jak bardzo politycy PiS oszaleli z miłości do prezydenta Donalda Trumpa. Nie da się przy tym ukryć, że w dzisiejszych czasach surowce energetyczne jak najbardziej są elementem gry mocarstw przeciwko bardziej podatnym na wstrząsy państwom.

Smog i choroby oddechowe jako cena kultu „czarnego złota"

Na koniec należy także poruszyć kwestię mniej oczywistych skutków kultu „czarnego złota". Powrót do węgla i urzeczywistnienie marzenia o przekreśleniu wszelkich możliwych unijnych norm i ograniczeń z systemem ETS1 na czele oznacza, że Polacy mogliby bez wstydu sięgnąć po kopciuchy. Skutek? Powietrze w naszym kraju byłoby jeszcze gorsze, niż jest teraz. Przypomnieć należy, że w miesiącach zimowych jego jakość w Polsce można śmiało porównywać z zagłębiami przemysłowymi subkontynentu indyjskiego. Nie dziwi zatem, że walka ze smogiem stała się przedmiotem batalii sądowych z udziałem Skarbu Państwa.

Rezultaty są opłakane. Smog i spaliny we wdychanym przez nas powietrzu wywołują różnego rodzaju choroby układu oddechowego. W grę wchodzą alergie, astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc oraz cała paleta nowotworów. Niektóre szacunki sugerują, że koszty gospodarcze związane z zanieczyszczeniami powietrza w Polsce sięgają ponad 250 mld zł rocznie. To absurdalnie wysoka kwota, na której pokrycie składamy się zresztą sami w naszych składkach zdrowotnych oraz w podatkach. Warto wiedzieć, że poszkodowani mogą już ubiegać się o odszkodowania za smog, co potwierdził Sąd Najwyższy.

„Żadnych OZE-sroze" to cynizm lub ignorancja – tertium non datur

Powrót do węgla nie ma najmniejszego sensu gospodarczego, a sama koncepcja jest oparta na mieszance myślenia życzeniowego i podejścia „na złość lewakom odmrożę sobie uszy". Do tego najzwyczajniej w świecie prowadzi do trucia współobywateli, którym przyjdzie do głowy wyjść z domu. Możliwości są dwie. Politycy PiS mogą być cynikami, którzy są gotowi dla doraźnych korzyści politycznych wpakować Polskę i Polaków w niezłe tarapaty. Mogą też być skończonymi durniami. Biorąc jednak pod uwagę, że samego Przemysława Czarnka media przyłapały na zainstalowaniu fotowoltaiki, z której się później pokrętnie tłumaczył, bardziej prawdopodobna jest pierwsza ewentualność.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi