Za żart w miejscu pracy mogą grozić poważne konsekwencje, nawet jeśli to prima aprilis

Na wesoło Praca dołącz do dyskusji (13) 01.04.2019
Za żart w miejscu pracy mogą grozić poważne konsekwencje, nawet jeśli to prima aprilis

Udostępnij

Jerzy Wilczek

Prima aprilis to najlepszy moment, żeby zrobić komuś kawał lub rzucić jakimś sucharem. W końcu na co dzień nie zawsze wypada… Ale czy żarty w miejscu pracy są zawsze legalne? A nawet jak są – to czy można mieć przez nie kłopoty? Okazuje się, że jak najbardziej.

Czy żarty w pracy są legalne? Pytanie można łatwo sprowadzić do absurdu. Bo to trochę jak pytać, czy jazda z prędkością 120 km/h jest zgodna z prawem. Oczywiście, że jest, ale też nie jest. Bo na autostradzie możemy spokojnie jechać szybciej, ale w wielu miejscach taka przejażdżka może się skończyć utratą prawa jazdy i gigantycznym mandatem.

Odpowiedź będzie więc filozoficzna – „to zależy”. Ale przyjrzyjmy się dwóm case’om.

Prima aprilis. Nie wrzucaj koledze roweru na budkę

Jedną ciekawą sytuację opisywała parę lat temu „Rzeczpospolita”. Otóż była sobie na budowie pewna brygada, która uwielbiała dowcipy. To znaczy dowcipy uwielbiał prawie każdy – poza tym budowlańcem, który akurat był ofiarą żartów. Był on niskiego wzrostu, więc żartów było sporo. Raz nawet budowlańcy wstawili rower na dachu budy na terenie budowy. Po tym incydencie budowlaniec zaczął mieć problemy psychiczne – i poszedł na chorobowe. W końcu rozwiązał umowę bez wypowiedzenia.

Skończyło się na serii pozwów. Budowlaniec pozywał firmę, bo nie ochroniła go przed mobbingiem. Ale pozywał też pracodawca – za rozwiązanie umowy bez wypowiedzenia. Choć kolejne sądy przyznawały budowlańcowi odszkodowania, to dopiero Sąd Najwyższy uznał, że mieliśmy tu do czynienia z mobbingiem.

Prima aprilis. Uwaga na niemieckie poczucie humoru

I kolejny case. Znajomy miał dobre stanowisko w niemieckiej firmie. Ponoć sprawdzał się całkiem nieźle. Ale lubił sobie pożartować, czy raczej – „pożartować”.  Porównywał na przykład halę produkcyjną do obozu koncentracyjnego, a pracowników – do uchodźców w Syrii. Współpracownicy-Polacy ponoć nawet się z tego śmiali. Ale gdy to doszło do niemieckich przełożonych, do śmiechu już im nie było. Skończyło się na zwolnieniu.

Żarty w pracy. Jaki z tego morał?

Chyba każdy, kto przepracował trochę w korporacji, może podać nieco podobnych przykładów. Pewnie są zespoły, w których ukrycie roweru byłoby uznane za niezły żart, ale są też takie, które uznałyby to za wielki skandal (tych drugich jest zapewne znacznie więcej). Podobnie żarty z obozów – w polskiej firmie jakoś to jeszcze uchodzi, ale Niemcy są tutaj wyjątkowo wyczuleni.

No dobrze – czas na morał. Ten nie będzie odkrywczy, ale może być pomocny. Każda firma/organizacja ma swoją kulturę. Dotyczy też ona żartów. Więc Bezprawnik radzi – w pierwsze Prima aprilis w danej firmie, lepiej żartów w ogóle nie robić. Dopiero na drugi rok pracy, gdy już jesteśmy pewni, że żart przez wszystkich zostanie uznany za żart, można sobie na to ewentualnie pozwolić. Chociaż czy naprawdę warto? Otacza nas w końcu na każdym kroku ocean sucharów. Te biurowe można więc spokojnie sobie odpuścić.