Gorące wydarzenia minionej nocy w Turcji, oprócz zagadnienia zamachu stanu jako swoistego „elementu kultury politycznej” tego kraju oraz kontrowersji związanych z artykułem 5 traktatu o NATO, prowadzą jeszcze do postawienia pytania o to, jakie polityczno-prawne posunięcia tureckiego prezydenta doprowadziły do tak gwałtownego wstrząsu, a także prowokują do rozwiania wątpliwości co do legalności samego zamachu. 

Plany zmian tureckiej konstytucji – jedynowładztwo prezydenta Erdogana

O planach zmiany konstytucji (lub też uchwalenia całkowicie nowej) przez prezydenta Recepa Erdogana wiadomo było od dawna. Wieloletni premier kraju w latach 2003 – 2014, a od 28 sierpnia 2014 r. prezydent Republiki Turcji, wybrany większością 51,8 % głosów w I turze wyborów, od początku sprawowania urzędu głowy państwa dążył do wprowadzenia w Turcji systemu prezydenckiego. Kręgosłupem zmian miałoby być umożliwienie sprawującemu urząd prezydentowi członkostwa w partiach politycznych. W aktualnej sytuacji politycznej zapewniałoby to Erdoganowi łączenie funkcji głowy państwa z funkcją lidera partii rządzącej, co dawałoby w praktyce pełną władzę w państwie. Prócz tego, znacznemu poszerzeniu uległby zakres kompetencji wykonawczych przysługujących urzędowi prezydenckiemu, w tym przekazanie pełnej kontroli nad armią.

Konstytucja w nowym kształcie miałaby też ograniczać kompetencje tureckiego trybunału konstytucyjnego (czyż nie brzmi znajomo?) oraz znieść obowiązującą od czasów Ataturka zasadę świeckości państwa poprzez jej wykreślenie i wprowadzenie zapisów odwołujących się do religii islamskiej. Stanowiłoby to znaczące odrzucenie dorobku Turcji z ostatnich blisko stu lat, która w tym czasie konsekwentnie zmierzała w stronę przynależności do europejskiego kręgu kulturowego, czego ukoronowaniem miało być przyszłe członkostwo w Unii Europejskiej.

Na przeszkodzie armia i matematyka

Do przeforsowania zmian prezydentowi Erdoganowi brakuje parlamentarnej kwalifikowanej większości. W chwili obecnej obóz polityczny Erdogana, Partia Sprawiedliwości i Rozwoju, dysponuje 317 mandatami w 550-cio osobowym tureckim parlamencie. Do zmiany konstytucji wymagana jest większość 2/3 głosów, którą stanowi 367 głosów.  Erdogan ma jednak dwa możliwe wyjścia z impasu. Pierwsze to doprowadzenie do przedterminowych wyborów parlamentarnych, które przy wciąż bardzo wysokim poparciu społecznym oraz założeniach tureckiej ordynacji wyborczej (przewidującej wysoki, 10% próg wyborczy,  korzystny dla dużych partii przejmujących w głównej mierze mandaty partii które go nie przekroczyły), mogłyby doprowadzić do osiągnięcia przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju wymaganej większości. Drugie rozwiązanie to doprowadzenie do referendum w sprawie planowanych zmian, które można zarządzić już przy większości 3/5 głosów, którą daje 320 parlamentarzystów. Do niej obozowi prezydenta brakuje bardzo niewiele.

Drugi problem tureckiego prezydenta stanowi niezwykle silna, zarówno militarnie jak i politycznie, turecka armia, której tradycyjną rolą od lat jest, oprócz obrony kraju przed wrogami zewnętrznymi, stanie na straży świeckości państwa. Biorąc pod uwagę planowany kierunek zmian, konflikt był oczywisty. Zwycięsko jak dotąd wychodził z niego Erdogan, doprowadzając konsekwentnymi posunięciami politycznymi do marginalizacji roli armii, nie wahając się przy tym przed wytaczaniem procesów wysokim stopniem oficerom armii tureckiej, poddawszy ich uprzednio pod jurysdykcję zależnych mniej lub bardziej formalnie sądów cywilnych.

Właśnie plany zmiany ładu konstytucyjnego, w połączeniu z szykanowaniem kierownictwa tureckiej armii, stanowią z pewnością główną przyczynę puczu. Otwarte pozostaje pytanie, który czynnik przeważał – przedstawiana oficjalnie chęć obrony dziedzictwa Ataturka, czy też obawa generalicji o dalszą utratę swoich politycznych wpływów.

Gaszenie ogniska benzyną

Z prawnego punktu widzenia, próba zamachu stanu jest oczywiście nielegalna. Mamy do czynienia z sytuacją, w której część armii występuje przeciwko demokratycznie wybranemu prezydentowi, który w dodatku dysponuje silnym i aktualnym mandatem społecznym.

Można oczywiście różnie oceniać przyświecające puczystom intencje.  Co najmniej te oficjalne, dotyczące obrony liberalnego ustroju Turcji, budzą z europejskiego punktu widzenia oczywistą sympatię. Zwróćmy jednak uwagę, że powiedzenie „czym się strułeś tym się lecz” nie do końca sprawdzi się w budowie stabilnego demokratycznego państwa prawa. Prezydent Erdogan, choć kieruje swój kraj w kierunku, który nie spodoba się niemalże nikomu na zachód od Bosforu, ma do tego prawne i społeczne umocowanie. Tak długo, jak w państwie przestrzegane są podstawowe zasady ustrojowe, wybory przeprowadzane są w sposób demokratyczny oraz nie ma podejrzeń ich sfałszowania, a główne zarzuty stawiane prezydentowi dotyczą kierunku jego polityki (chociażby bardzo radykalnego i zmierzającego do zmiany aktualnego konstytucyjnego ładu), właściwym narzędziem dokonania przewrotu jest wyborcza urna, a nie czołgi i karabiny.

Oczywiście powyższe uwagi aktualne są pod warunkiem, iż nie potwierdzą pojawiające się wraz ze stabilizacją sytuacji plotki, iż za (najprawdopodobniej nieudanym) puczem stoi… sam prezydent Erdogan. Oznaczałoby to, że znaleźliśmy się w skrajnie odmiennej, szokującej i bezprecedensowej sytuacji politycznej i prawnej.