Sąd Najwyższy naprawia reformy PiS i odmawia sędziom powołanym przez nową KRS statusu sędziego. To dobra wiadomość dla prawa i tragiczna dla obywateli

Państwo Prawo dołącz do dyskusji (106) 23.01.2020
Sąd Najwyższy naprawia reformy PiS i odmawia sędziom powołanym przez nową KRS statusu sędziego. To dobra wiadomość dla prawa i tragiczna dla obywateli

Rafał Chabasiński

W czwartek po godzinie 19 połączone trzy izby Sądu Najwyższego wydały oczekiwaną uchwałę w sprawie nowej KRS oraz członków Izby Dyscyplinarnej oraz Izby Kontroli Nadzwyczajnej. Jej treść nie jest tak naprawdę niespodzianką. Uchwała Sądu Najwyższego przewiduje, że osoby powołane przez nową KRS w świetle prawa nie są sędziami.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej uznał, że to polski Sąd Najwyższy powinien zdecydować o statusie sędziów swoich nowych izb

Dzisiejsza uchwała Sądu Najwyższego ma swoje źródło w niedawnym wyroku TSUE w sprawie legalności nowej Izby Dyscyplinarnej. Szerszym kontekstem całej sprawy jest nowa Krajowa Rada Sądownictwa. Unijny trybunał uznał, że tak naprawdę to polski Sąd Najwyższy powinien sam rozstrzygnąć te kwestie. Jak się łatwo domyślić, taka perspektywa była wyjątkowo nie w smak obozowi rządzącemu. Zwłaszcza, że rozstrzygnięcie było właściwie do przewidzenia.

Posiedzenie połączonych trzech izb Sądu Najwyższego – Cywilnej, Karnej oraz Pracy – próbowała zablokować prezes Trybunału Konstytucyjnego, Julia Przyłębska. Pretekstem miał być rzekomy spór kompetencyjny pomiędzy Sądem Najwyższym a marszałkiem Sejmu oraz prezydentem. W związku z tym posiedzenie miało zostać zawieszone z mocy prawa. Oczywiście, posunięcie ze strony prezes Trybunału Konstytucyjnego spotkało się z poparciem ze strony rządzących.

Sąd Najwyższy nie dał się znowu nabrać na zawieszenie postępowania „na święte nigdy” przez prezes Trybunału Konstytucyjnego

Tymczasem w środę wieczorem na stronie internetowej Sądu Najwyższego mogliśmy znaleźć adekwatną odpowiedź. Trzeba przyznać, że komunikat rzecznika SN był dość jednoznaczny w swojej wymowie. Rzecznik przypomniał w nim ostatni tego typu „spór kompetencyjny” – w sprawie ułaskawienia Mariusza Kamińskiego przed wydaniem prawomocnego wyroku.

W lipcu 2017 prezes Trybunału Konstytucyjnego zawiesiła toczące się postępowanie przed Sądem Najwyższym – mające ustalić, czy czynność prezydenta w takich okolicznościach jest w ogóle prawnie skuteczna. Jak się łatwo domyślić, mieliśmy wówczas do czynienia z zawieszeniem „na święte nigdy”. Trybunał Konstytucyjny od tego momentu w ogóle nie podjął żadnych czynności zmierzających do jakiegokolwiek rozstrzygnięcia. Czy nawet wyznaczenia terminu rozpoznania sprawy.

Trzeba pamiętać, że to wcale nie pierwsze tego typu posunięcie ze strony trybunału. Innym przykładem może być chociażby kwestia obniżenia emerytur wszystkim pracownikom peerelowskiej bezpieki. Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem prezes Julii Przyłębskiej ma niepokojącą tendencję do unikania rozstrzygnięć w sprawach potencjalnie problematycznych dla obozu rządzącego.

Uchwała Sądu Najwyższego jest jednoznaczna – osoby wybrane przez nową KRS nie są sędziami

Dlatego zignorowanie decyzji prezes Przyłębskiej, zdaniem ekspertów wydanej ewidentnie w złej wierze i prawdopodobnie z nadużyciem prawa, nie powinno właściwie dziwić. Zwłaszcza biorąc pod uwagę temperaturę konfliktu o sądownictwo w Polsce. Gdyby Sąd Najwyższy uznał zawieszenie swojego postępowania, to najpewniej nigdy nie miałby już szans go dokończyć.

Uchwała Sądu Najwyższego jest dla pisowskiej reformy sprawiedliwości porażająca i wprost kwestionuje jej kluczowe elementy. Przede wszystkim, zgodnie z jej treścią osoby rekomendowane przez nową KRS nie są sędziami w rozumieniu tak polskiej konstytucji, jak prawa unijnego. Dotyczy to obydwu nowych izb Sądu Najwyższego – Dyscyplinarnej oraz Kontroli Nadzwyczajnej. Obydwie stanowiły przyczółek „Dobrej Zmiany” w Sądzie Najwyższym po tym, jak nie udało się usunąć Pierwszej Prezes ze stanowiska manewrami z wiekiem emerytalnym sędziów.

Co więcej, wadliwość procesu powołania sędziów przez Krajową Radę Sądowniczą łamie nie tylko polską Konstytucję, ale i unijną Kartę Praw Podstawowych oraz Konwencję o Ochronie Praw Człowieka. Mowa tu oczywiście o „niezwisłym i bezstronnym sądzie”. Tymczasem istnieje uzasadnione podejrzenie, że nowa KRS stanowi przedłużenie woli konkretnego czynnika politycznego. Świadczy zresztą za tą hipotezą ośli upór rządzących jeśli chodzi o ukrywanie list poparcia udzielonego przez sędziów kandydatom do tego gremium.

Najgorszy scenariusz się nie ziścił – uchwała sądu najwyższego nie obejmuje rozstrzygnięć sadów powszechnych wydanych przed jej podjęciem

W praktyce uchwała Sądu Najwyższego ma kilka bardzo istotnych konsekwencji. Przede wszystkim, rozstrzygnięcia składów sędziowskich z nowymi sędziami SN stają się wadliwe. W przypadku sądów powszechnych w pewnych okolicznościach mogą takimi być. To z kolei oznacza, że wszelkie rozstrzygnięcia Izby Dyscyplinarnej – chociażby w oparciu o właśnie uchwalona ponownie przez Sejm ustawę kagańcową – stają się nieważne.

Warto jednak pamiętać, że uchwała Sądu Najwyższego nie obejmuje rozstrzygnięć sądów powszechnych wydanych przed momentem jej podjęcia. Dzięki takiemu zapisowi polskie sądownictwo może się nie rozsypać niczym domek z kart. Możliwość wzruszenia setek wydanych w ostatnich miesiącach wyroków i postanowień z powodu niewłaściwego składu sędziowskiego byłaby katastrofalna w skutkach.

Wszechwładny w wymiarze sprawiedliwości chaos może się teraz tylko pogorszyć

Niestety, chaos jako taki wydaje się być nieunikniony. Trudno byłoby się spodziewać, że rządzący odpuszczą. Bez Izby Dyscyplinarnej reforma wymiaru sprawiedliwości nigdy nie przyniesie oczekiwanych przez nich skutków. Ustawa dyscyplinująca sędziów straci właściwie sens.

Dlatego możemy się spodziewać większej dawki tego samego co do tej pory. Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości zasłaniali się do tej pory Konstytucją, oraz odebraniem ślubowania przez prezydenta jako jedynym wyznacznikiem statusu sędziego. Z ich punktu widzenia uchwała Sądu Najwyższego jest po prostu „opinią grupy sędziów”, czymś albo nieistotnym albo wręcz bezprawnym.

Sędziowie będą teraz musieli wybrać komu będą woleli się podporządkować. Uchwała Sądu Najwyższego, czy nadzór administracyjny ministra sprawiedliwości nad sądownictwem? Z całą pewnością niepewność co do statusu sędziów zostanie wykorzystana przeciwko wymiarowi sprawiedliwości i organom państwa. To już przecież miało miejsce – i to nawet przed sądem w Irlandii.

Organy Unii Europejskiej najpewniej uwzględnią uchwałę Sądu Najwyższego w swoim postrzeganiu praworządności w Polsce

Nie można także zapomnieć o Unii Europejskiej. Prezydent Andrzej Duda już grzmiał, że „nie będą w obcych językach decydować jakie mamy mieć sądownictwo w Polsce”. Problem w tym, że Komisja Europejska po prostu nie może zignorować łamania art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej. Tego o wartościach Wspólnoty, w której znalazły się między innymi rządy prawa. Jeśli nawet Komisja byłaby skłonna do ugodowego rozwiązania, to zupełnie inne zdanie ma większość w Parlamencie Europejskim.

Przypomnijmy: to z polskiej Konstytucji wynika zasada rozdziału i równowagi władz w naszym kraju. Obowiązkiem władzy wykonawczej i ustawodawczej jest przestrzeganie Konstytucji. Bruksela nie próbuje Polsce niczego narzucać – a jedynie wymaga by nasze władze nie łamały krajowego prawa. Uchwała Sądu Najwyższego, w świetle wyroku TSUE, z pewnością będzie istotną wskazówką dla organów unijnych. Oraz znakomitą amunicją dla sił nieprzychylnych obecnym polskim władzom.

Kryzys w wymiarze sprawiedliwości pcha nasz kraj w stronę nie Budapesztu lecz Caracas – czy ktoś jest w stanie zatrzymać to szaleństwo?

Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym. Tylko jaki organ jest dzisiaj w stanie stwierdzić, co w Polsce jest prawem a co nie? Organy powołane do stania na straży Konstytucji wydają się kierować bardziej interesem partyjnym. Sąd Najwyższy z kolei nie dysponuje realnymi możliwościami wymuszenia czegokolwiek na drugiej stronie sporu.

Nasz kraj znajduje się w kryzysie. Od Wenezueli odróżnia nas oczywiście sytuacja gospodarcza oraz brak przemocy na ulicach. Sam schemat powoli robi się jednak łudząco podobny. Niedługo możemy doczekać się dwóch osobnych porządków prawnych. Z dwoma wzajemnie nieuznającymi swojego mandatu do sprawowania jakiejkolwiek formy władzy – ustawodawczej, wykonawczej czy sądowniczej.

Oczywiście, prawda w tym sporze nie leży po środku – tylko tam, gdzie akurat się powinna znajdować. Jedna ze stron konfliktu lekceważy prawo dla swoich osobistych czy politycznych interesów. Która? Każdy może sobie wybrać taką wersję rzeczywistości, jaka mu pasuje. Niestety.