Testy na inteligencję, pytania o relacje rodzinne. Wizyta u psychologa? Nie, przesłuchanie świadków wypadku limuzyny B. Szydo

Moto Zbrodnia i kara dołącz do dyskusji (409) 04.01.2018
Testy na inteligencję, pytania o relacje rodzinne. Wizyta u psychologa? Nie, przesłuchanie świadków wypadku limuzyny B. Szydo

Emilia Wyciślak

Minęło sporo czasu, od kiedy doszło do wypadku rządowej limuzyny, w której jechała premier Beata Szydło. Do tej pory okoliczności są niejasne, a im dalej w las, tym więcej drzew. Świadkowie zdarzenia przesłuchiwani są pod kątem… swoich możliwości intelektualnych i relacji rodzinnych. 

To, co brzmi jak historia z kiepskiego kryminału, rozgrywa się właśnie na naszych oczach. Świadkowie kolizji, której uległ rządowy samochód trafili na przesłuchanie, gdzie mieli podzielić się swoimi wspomnieniami z zajścia. Jak się okazuje, prokuratura bardzo długo dociekała prawdy, dokładnie dopytując o każdy detal… także o takie, które nie miały żadnego związku ze sprawą, ale mogły za to podważyć ewentualne zeznania.

Wszystko zaczyna się dziesiątego lutego, kiedy rządowa limuzyna uderza w drzewo, a winą zostaje obarczony kierowca seicento. Teoretycznie miałby on pierwszeństwo na skrzyżowaniu, ale kolumna rządowa miała być uprzywilejowana. Tyle tylko, że do spełnienia definicji „pojazdu uprzywilejowanego” nie wystarczy jedynie włączenie „koguta” – potrzebny jest również sygnał dźwiękowy. Jak się wkrótce okazało, pojawili się świadkowie zdarzenia, którzy – jak sami twierdzili – uznali, że tego drugiego nie było. A to, w świetle prawa drogowego, oznacza, że pierwszeństwo należało do kierowcy seicento. Sprawa się wyraźnie skomplikowała. Do świadków dotarli reporterzy TVN24.

Świadkowie wypadku premier Szydło to niepijący alkoholicy, czyli… kiepskie źródło informacji? Dla kogo?

Wszystko to działo się w pobliżu ośrodka, w którym leczyli się niepijący alkoholicy. To oni byli głównymi świadkami zdarzenia, toteż postanowili złożyć zeznania. Okazało się, że czeka ich orka na ugorze. Prokuratura (w obecności psychologów) dopytywała jednego z nich między innymi o to, z jakiej rodziny pochodził. Pytała również o przeszłość, o to, czy rodzice pili alkohol, a także, czy świadkowi – mężczyźnie po trepanacji czaszki – coś się po prostu nie przywidziało. Inny mężczyzna był poddawany testom na spostrzegawczość oraz inteligencję.

Sami śledczy tłumaczyli się tym, że ponieważ wypytywali o zdarzenie niepijących alkoholików, mieli prawo przypuszczać, że ich zeznania mogły być wątpliwe. Chociaż obrońca kierowcy seicento uważa, że przesłuchanie w obecności psychologów dobrze rokuje, nie będzie bowiem owych wątpliwości, które wcześniej mieli śledczy. Sami świadkowie czuli się jednak dość skołowani – ilość wezwań do prokuratury była naprawdę duża, wielokrotnie musieli powtarzać te same zeznania. Jeden z nich był osobą niepijącą, przyjechał na miejsce po żonę. Wszyscy byli zgodni co do jednego: sygnału dźwiękowego nie zarejestrował żaden z nich.

Czy każdy niepijący alkoholik ma mieć teraz podejrzewany zespół Korsakowa, charakteryzujący się uszkodzeniem pamięci krótkotrwałej, a co za tym idzie, ma stać się niewiarygodny? Czy fakt, że pięć osób powtórzyło identyczną wersję wydarzeń, nie wystarcza? Może po prostu przestańmy oszczędzać na Polsce i zorganizujmy pracę BOR-u tak, by nasi politycy nie lądowali na drzewach?

Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie

A wszystko to w cieniu zmian w sądach. Jeśli sędziów wybierać będą politycy, można się tylko domyślać, jak wpłynie to na podobne sprawy. Sąd – prawdziwie niezawisły – ma przecież wydać sprawiedliwy wyrok, toteż nikt nie może wywierać na niego nacisku. Na razie mamy do czynienia jedynie z prokuraturą i ich metodami. Kto jest prokuratorem generalnym, niech mi ktoś przypomni? Stopniowo idziemy w stronę bardzo niebezpiecznych precedensów, w których relacje świadków będą podważane, do pewnego stopnia deprecjonowane ze względu na fakt, że leczą się z choroby alkoholowej (a przypomnijmy, że identyczne zeznania składał również zdrowy obywatel).

Nasz naturalny opór przed mieszaniem się polityków w działanie sądów staje się coraz bardziej uzasadniony. To wygląda bowiem jak zalążek znacznie większych kłopotów. Nie to, żeby sędziowie wcześniej nie bywali usłużni wobec władzy. Nie to, żeby PiS nie miał racji mówiąc, że wymiarowi sprawiedliwości daleko do doskonałości. Ale jeśli będą robić to w ten sposób, nie dotrzemy donikąd.