Nie lubię krytykować zdroworozsądkowych pomysłów, ale tym razem z jakiegoś powodu dostrzegam zagrożenie
Od początku zeszłego roku wiedzieliśmy, że rządzący pracują nad wprowadzeniem centralnej ewidencji lokali. Miałaby ona objąć dosłownie wszystkie mieszkania i domy w Polsce. Wiceminister rozwoju i technologii Tomasz Lewandowski sugerował w lipcu, że chodzi o uzbrojenie samorządów w narzędzie, które pozwoliłoby im między innymi zwalczać patologie związane z najmem krótkoterminowym.
Wpychanie przysłowiowego kija w szprychy pseudohotelarskiego biznesu to coś, co oczywiście zwykli mieszkańcy mogliby przywitać z zadowoleniem. W końcu jest to jeden z ważnych czynników windowania cen nieruchomości mieszkalnych w miejscowościach atrakcyjnych turystycznie oraz w metropoliach.
Z punktu widzenia administracji ważną korzyścią z powstania centralnej ewidencji mieszkań byłoby rozwiązanie problemu różnego rodzaju rozproszonych baz danych. Wspomniany przed chwilą Tomasz Lewandowski zwrócił niedawno na nie uwagę w wypowiedzi dla "Głosu Wielkopolskiego":
Mamy dużo ewidencji, między innymi emisyjności budynków, zintegrowany system informacji o nieruchomościach, rejestry w KAS. Staramy się to skoordynować i połączyć w jednym miejscu. Żeby skorzystać z tych zasobów, które już mamy.
Brzmi całkiem racjonalnie. Od strony czysto technicznej nie ma najmniejszego powodu, by stosować kilka różnych ewidencji dotyczących tego samego, które dodatkowo obsługują różne instytucje. Mnożenie bytów ponad potrzeby generuje koszty, utrudnia zarządzanie i dostęp do danych potrzebnej w codziennej pracy urzędów.
Projekt ustawy wprowadzającej centralną ewidencję mieszkań ma być gotowy w tym roku. Kiedy dokładnie? Trudno powiedzieć. Można się jednak spodziewać domknięcia procesu legislacyjnego jeszcze w tej kadencji Sejmu.
Wydawać by się mogło, że nie mogę się nachwalić pomysłowi resortu rozwoju i technologii. Do pewnego stopnia tak właśnie jest. Założenia projektu brzmią w końcu bardzo rozsądnie. Trzeba jednak brać poprawkę na pewne nieoczywiste zagrożenia, które z czasem mogą się dzięki takiej ewidencji pojawić nawet bez jakiejkolwiek intencji jego pomysłodawców.
Wrzucenie do centralnej ewidencji mieszkań wszystkich innych rejestrów dotyczących nieruchomości może mieć skutki uboczne
Wiecie, jak nazywa się urzędowy rejestr zawierający szczegółowe informacje o gruntach, budynkach i lokalach? Kataster. Podobieństwo nazewnicze z podatkiem katastralnym jest tutaj nieprzypadkowe. Przy czym mam na myśli raczej "tą złą" jego wersję, która mogłaby obowiązywać wszystkie nieruchomości w Polsce, a nie tylko te należące do spekulantów i żyjących z wynajmu mieszkań.
Brak takiej ogólnopolskiej ewidencji, która zawierałaby wszystkie potrzebne informacje o nieruchomościach, stanowił do tej pory ważną przeszkodę techniczną we wszystkich dotychczasowych nieśmiałych próbach wprowadzenia takiej daniny. Załóżmy więc, że w Polsce zaczęła funkcjonować centralna ewidencja mieszkań. Teraz ustawodawcy zostały już tylko dwa powiązane ze sobą problemy do rozwiązania.
W pierwszej kolejności musi do ewidencji włączyć rubrykę "wartość nieruchomości". Następnym krokiem będzie oczywiście wymyślenie, w jaki sposób dokonywać wyceny. Prawdę mówiąc, względnie zdroworozsądkową propozycję w tym zakresie przedstawiła niedawno partia Razem. Przypomnijmy:
Wartość nieruchomości mieszkalnej ustala się jako medianę cen transakcyjnych pięćdziesięciu najbliższych geograficznie transakcji nieruchomości o podobnych parametrach, zgromadzonych w Rejestrze Cen Nieruchomości, zawartych w okresie trzydziestu sześciu miesięcy poprzedzających ustalenie wartości.
Słowem: najpierw zaglądamy do stosownego rejestru z informacjami o cenach. Dopiero wtedy, gdy właściciel nieruchomości nie zgadza się z wyceną, mieszamy do sporu biegłego rzeczoznawcę. Na uwagę zasługuje jednak przywołanie Rejestru Cen Nieruchomości. Skoro już przekształcamy rozproszony system rejestrów i ewidencji w jeden centralny twór, to rozsądek podpowiada włączyć do projektu także ten przypadek. Wygląda więc na to, że wszystkie narzędzia potrzebne do wprowadzenia powszechnego podatku katastralnego mogą pojawić się szybciej, niż myślimy.
Czy to oznacza, że rządzący zamierzają wprowadzić taką daninę? Ależ skąd. Każda kolejna partia rządząca rytualnie wręcz zapewnia, że nie ma takich planów i mieć nie będzie. Polacy nie są głupi, potrafią liczyć i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że obecny podatek od nieruchomości opłaca im się bardziej. Nie zmienia to faktu, że podatkowi puryści oraz różnego rodzaju eksperci będą cały czas forsować wprowadzenie powszechnego podatku katastralnego w Polsce. Im mniej przeszkód technicznych będzie po drodze, tym łatwiej będzie im przekonywać polityków. Ewentualny wyłom "tylko dla przebrzydłych burżujów posiadających kilka mieszkań" również stanowi pierwszy krok w stronę potraktowania wszystkich właścicieli nieruchomości w dokładnie ten sam sposób.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj