Nadużycia związane z masowym wzywaniem do zapłaty za piractwo nie są już tylko problemem „medialnym”, którego istnienie jest dyskusyjne. Jest już praca magisterska na ten temat i artykuł w zeszytach naukowych UJ. Wnioski płynące z rzeczowej analizy problemu nie są pobłażliwe. 

Jak to stałem się „obrońcą piractwa”

Wiele osób już wie czym jest copyright trolling, ale jeszcze 3-4 lata temu było to pojęcie niemal nieznane. Nieskromnie powiem, że miałem ogromny udział w wypromowaniu wiedzy na ten temat wśród innych dziennikarzy. Pisałem o trollingu już w roku 2010, początkowo w kategoriach zagranicznej ciekawostki. Gdy trolling prawnoautorski pojawił się w Polsce, byłem pierwszym dziennikarzem zajmującym wobec niego zdecydowanie krytyczne stanowisko (wówczas w Dzienniku Internautów). Wtedy inne media nie krytykowały trollingu, albo wręcz go pochwalały publikując teksty w rodzaju „piraci nie są już bezkarni” (Bezprawnika niestety jeszcze nie było).

Jeszcze w roku 2014 przypinano mi etykietkę niepoprawnego dziennikarza lub „obrońcy piractwa”. Do moich przełożonych trafiały skargi podpisane nazwiskami znanych adwokatów. Pewien warszawski adwokat napisał w mojej sprawie do rady etyki mediów i powiem wam, że historia tej skargi to temat na osobny, fascynujący artykuł. Za pisanie o trollingu grożono mi sądem lub wręcz sugerowano, że powinienem odpowiadać karnie za podżeganie do przestępstw.

Dostawałem anonimowe i nieanonimowe maile z groźbami, czasem bardzo agresywnymi. Wszystko dlatego, że odważyłem się mówić o działaniach „twórców” lub ich adwokatów w tonie krytyki. Odnotuje w tym miejscu, że Jakub Kralka na Techlaw.pl dość szybko skrytykował trolling, co było dla mnie pewnym argumentem w rozmowach przełożonymi. Mój redaktor naczelny rozumiał problem, ale stojący nad nim udziałowcy w spółce wydawcy mieli wątpliwości co do moich działań.

Odkrywanie copyright trollingu

Czołowe media dopiero w roku 2015 zorientowały się, że z trollingiem jest coś nie tak. Dlaczego wtedy? Bo na rynku trollingu pojawiła się firma Lex Superior, która nie była „prawdziwą kancelarią prawną”. Problem został dostrzeżony, świetnie, ale ja patrzyłem na to z pewnym niesmakiem. Firmie Lex Superior wytykano rzeczy, na które wcześniej bez cienia wątpliwości pozwalano warszawskim adwokatom. Wprowadzanie w błąd, masowe wysyłki do osób potencjalnie niewinnych… to robiła niejedna kancelaria, ale media nie dostrzegły wzorca działań. Początkowo widziały tylko Lex Superior.

Nawet gdy problem zaistniał w mediach, zabrakło umiejętności dostrzegania czegoś, co nazwałbym „wzorcem trollingu”. Nie łączono wielu podobnych spraw. Dopiero z upływem czasu zmieniało się to na świecie w Polsce. W roku 2016 rząd UK postanowił ostrzegać przed trollami na stronach rządowych! Pod koniec 2016 roku w USA aresztowano prawników z firmy Prenda Law, co ukazało jak ogromnym przekrętem było „ściganie piractwa”. Mniej więcej w tym samym czasie copyright trolling stał się przedmiotem dyskusji w polskim Sejmie, a jeszcze przed tą dyskusją posłowie zapoznali się z raportem o copyright trollingu mojego autorstwa (raport został wydany z pomocą Fundacji Nowoczesna Polska). Dodam, że wcześniej były interpelacje poselskie dotyczące trollingu, ale rząd (wówczas PO) wykazał się godną podziwu ignorancją.

Świadomość istnienia copyright trollingu wzrosła od tego znacząco. Wciąż jednak brakowało opracowań naukowych na ten temat, nie tylko w Polsce. Copyright trolling traktowano jak pojęcie zwyczajowe, nawet slangowe, ale nie fachowe. A skoro czegoś fachowo nie nazwano, to tak jakby nie całkiem istniało. To znacznie utrudniało dyskusję z politykami czy przedstawicielami samorządów zawodowych. Ale i to zaczęło się zmieniać. Z ogromną radością informuję, że copyright trolling zaistniał w polskiej literaturze prawniczej.

Copyright trolling w ujęciu naukowym

Olga Wrzeszcz napisała pracę magisterską o copyright trollingu. Fragment tej pracy magisterskiej został opublikowany w formie artykułu w zeszytach naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego (Prace z Prawa Własności Intelektualnej, zeszyt 4 (134) 2016, wyd. Wolters Kluwer). Niestety nie mogę podać linka do tej publikacji i nie mogę jej udostępnić w całości, ale mogę przynajmniej napisać krótkie omówienie i recenzję tego co w artykule Olgi Wrzeszcz się znalazło.

Autorka zaczyna od opisania jak trolling rozwijał się za granicą i jak dotarł do Polski. Podejmuje rozważania nad definicją tego zjawiska. Byłem pod wrażeniem materiałów jakie zebrała i porównała.

Następnie Olga Wrzeszcz przechodzi do zagadnień prawnych takich jak np. dozwolony użytek a sieci P2P, cywilnoprawne zagadnienia trollingu (m.in. w kontekście nadużywania prawa) i zagadnienia karnoprawne (groźba karalna). Interesujący jest rozdział dotyczący odpowiedzialności dyscyplinarnej, w którym autorka zauważa, że:

…prawnicy trolle użytymi w wezwaniu sformułowaniami wywołują przekonanie, że postępowanie przygotowawcze w momencie sporządzenia pisma znajduje się w fazie in personam, podczas gdy tak naprawdę znajduje się w fazie in rem.

(…)

Zarówno kodeks etyki radcy prawnego, jak i zbiór zasad etyki adwokackiej i godności zawodu wyraźnie zabraniają (…) stosowania groźby wszczęcia postępowania karnego lub dyscyplinarnego.

(…)

W wezwaniach do zapłaty stosowanych przez prawników trolli brak literalnie wyrażonego „ultimatum”, jednak z całego brzmienia wezwania niedoświadczony i nieobyty w prawie odbiorca może, nabrać przekonania, że prowadzenie postępowania karnego będzie uzależnione od zawarcie ugody i wpłaty określonej sumy pieniężnej.

Moim zdaniem ten fragment doskonale i rzeczowo wyjaśnia problem etyczny związany z trollingiem. Gdyby pisma od trolli analizować literalnie to nie wydają się one groźbami na wyrost. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę cały kontekst sytuacji, często mamy do czynienia z perfidnymi groźbami i naprawdę złośliwym wprowadzaniem w błąd. Problem w tym, że wszystko ubrane jest w „ładne opakowanie” dochodzenia roszczeń z praw autorskich, które dziś wydają się tak niezwykle ważne! Można się pięknie odwołać do etosu krzywdzonego twórcy! Można opatrzyć pismo pięknym nagłówkiem kancelarii z jakimś pseudo-herbem! Niestety pod tym opakowaniem jest groźba, szantaż i wprowadzenie w błąd. Czasem skierowane do osoby przypadkowej i zawsze w oparciu o słaby dowód (adres IP ustalony nie wiadomo jak).

Olga Wrzeszcz porusza też problem trollingu „bezpośredniego”, gdy twórca nie działa przez pełnomocnika. Porusza temat bezpodstawnego bogacenia się i nawet możliwego oszustwa. Tutaj dodam od siebie, że w Polsce nie było wielkiego rozgłosu wobec pewnej firmy, która żądała odszkodowań za film z domeny publicznej (chodziło o firmę Bailey & Morgan, która próbowała uzyskiwać ugody z w zwiąku z udostępnianiem „Nocy żywych trupów”)! Wszystko sprowadzono do „pomyłki”, ale czy nie byliśmy blisko oszustwa?

Bardzo podoba mi się to, że Olga Wrzeszcz przeanalizowała temat trollingu jako problem konsumencki. Słusznie wskazuje, że zachowanie trolli jest pewnym uniwersalnym schematem wpisanym niejako w „model biznesowy” przedsiębiorcy. Dlatego „choć nie można a priori uznać, że każdy przypadek trollingu będzie spełniał przesłanki naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, to przynajmniej w przypadku Lex Superior będziemy mieli do czynienia z taką praktyką w rozumieniu klauzuli generalnej”.

Konkretny wniosek

W podsumowaniu artykułu Olgi Wrzeszcz pada jedno istotne zdanie.

Trolling prawnoautorski jest procederem, który nie może być akceptowany i powinien zostać zwalczony.

W literaturze prawniczej rzadko trafiamy na tak dosadne wnioski, ale Olga Wrzeszcz wspaniale poradziła sobie z uzasadnieniem tego stanowiska. Cieszę się, że w zeszytach naukowych UJ opublikowano ten artykuł. I mam nadzieję, że zachęci to kolejnych prawników z zacięciem naukowym do badania tematu.

Artykuł Olgi Wrzeszcz sugeruje, że już teraz są pewne narzędzia prawne do walki z tym zjawiskiem. Niestety te narzędzia używane są ostrożnie, a może nawet opornie np. Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie od roku 2014 nie może się uporać z dochodzeniem dyscyplinarnym w sprawie dwóch adwokatów. To dobrze, że mamy artykuły i raporty na temat trollingu, ale przydałoby się także orzeczenie sądu dyscyplinarnego.