- Bezprawnik -
- Praca -
- Polacy wydają 600 zł miesięcznie na dojazdy. I marnują co najmniej kilkadziesiąt godzin
Polacy wydają 600 zł miesięcznie na dojazdy. I marnują co najmniej kilkadziesiąt godzin
Dojazd do pracy może pochłaniać nadspodziewanie dużo czasu. Ceny paliw ostatnio znowu zwyżkują. Niestety, pracownicy nie mogą liczyć na zwrot kosztów dojazdu. Maksimum wysiłku ustawodawcy to zryczałtowane koszty uzyskania przychodu.
Czasu na dojazd do pracy nikt ci nie zwróci, pieniędzy za paliwo zazwyczaj też nie
Jeżeli ktoś myśli, że przeciętny polski pracownik zatrudniony na typowym etacie poświęca pracy jedynie 8 godzin dziennie, to jest w błędzie. Sam dobowy wymiar czasu pracy to nie wszystko. Trzeba w końcu jeszcze jakoś do niej dotrzeć.
Interia w połowie maja opublikowała wyniki badania „2026 HR & Payroll Pulse” przygotowanego przez SD Worx. Kluczowym wnioskiem jest to, że przeciętny polski pracownik każdego dnia pokonuje 48,7 km do pracy i z powrotem. Spędza na tej czynności średnio 58,1 minuty dziennie. Wychodzi więc niemal godzina zmarnowana na czynność, za którą nikt nam nie zapłaci, choć powinien.
Autorzy badania założyli średnie spalanie popularnego auta kompaktowego na poziomie 7 l/100 km i cenę benzyny wynoszącą w zaokrągleniu 6,50 zł za litr. Wyszedł im dzienny wydatek rzędu 22 zł. Obecnie cena benzyny Pb95 przekracza 8 zł za litr. Wychodzi więc 27 zł zmarnowanych każdego dnia.
Miesięczny koszt przy względnie rozsądnych cenach paliwa oszacowano na ok. 450–500 zł. Obecnie byłoby to ok. 590 zł.
Kodeks pracy zbywa koszty dojazdu do pracy milczeniem
Nie sposób nie zadać sobie pytania o to, jak do kwestii dojazdów do pracy podchodzą obowiązujące przepisy. Na dobrą sprawę mógłbym napisać „nijak” i nie byłbym daleko od prawdy. Kodeks pracy nie reguluje tej kwestii. Ustawodawca wyszedł z założenia, że mamy do czynienia z czysto prywatną sprawą pracownika, w którą nie będzie ingerować.
Dojazd do pracy to nie podróż służbowa. Kilometrówki tu nie obowiązują
Pamiętajmy przy tym, że nie chodzi o podróż służbową, która jak najbardziej została ujęta w przepisach. Mam na myśli art. 77⁵ § 1 kodeksu pracy, który reguluje rozliczanie tzw. delegacji.
Pracownikowi wykonującemu na polecenie pracodawcy zadanie służbowe poza miejscowością, w której znajduje się siedziba pracodawcy, lub poza stałym miejscem pracy przysługują należności na pokrycie kosztów związanych z podróżą służbową.
Szczegółowe zasady określa wówczas minister pracy w stosownym rozporządzeniu. Chodzi oczywiście o rozliczanie kilometrówek. Ich maksymalne stawki w tym roku wynoszą 0,89 zł za 1 km dla aut do 900 cm³ oraz 1,15 zł za 1 km dla aut powyżej 900 cm³.
Gdybyśmy zastosowali te przepisy także do dojazdu do pracy, to i tak nie zrekompensowalibyśmy sobie średnich kosztów dojazdu do pracy. Zaoszczędzilibyśmy może jakieś 43–56 zł.
Zwrot kosztów dojazdu do pracy? Niekiedy pracownik może liczyć na swojego pracodawcę
Pracodawca oczywiście może wprowadzić jakąś formę zwrotu kosztów dojazdu. Niektóre firmy rzeczywiście tak robią. Niekiedy sprowadza się ona do stałej kwoty rekompensaty za kupione paliwo, innym razem przedsiębiorcy promują transport zbiorowy i zwracają pieniądze za bilety okresowe. W tym momencie istotna jest konieczność ujęcia takich rozwiązań w zakładowym regulaminie pracy.
Pracodawca może także przydzielić pracownikowi samochód służbowy. Koszty eksploatacji związane z pracą – w tym zazwyczaj także dojazdy – zawsze pokrywa pracodawca. Korzystanie z firmowego samochodu do celów prywatnych wymaga ustalenia z pracownikiem, kto będzie płacić za paliwo i jak obie strony będą je później ze sobą rozliczać.
Przynajmniej przysługuje nam 250–300 zł miesięcznie pracowniczych kosztów uzyskania przychodu
Jak się łatwo domyślić, nikt nam nie zagwarantuje, że trafimy na pracodawcę skłonnego do partycypacji w kosztach naszych dojazdów. Prawo go w końcu do tego nie zmusza.
Jest jednak jedna rzecz, którą państwo jest gotowe zrobić dla nas w kwestii dojazdu do pracy. Przysługuje nam prawo do wrzucenia części wydatków na paliwo do naszych kosztów uzyskania przychodów. Pozwala nam na to art. 22 ust. 2 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych:
Koszty uzyskania przychodów z tytułu stosunku służbowego, stosunku pracy, spółdzielczego stosunku pracy oraz pracy nakładczej:
Bilety okresowe – korzystający z transportu zbiorowego mogą liczyć na więcej
Jeżeli dojeżdżamy do pracy własnym autem, to zacytowany wyżej przepis wyczerpuje temat. Wysokość zryczałtowanych kosztów, potocznie nazywanych ulgą na dojazd, zależy od tego, czy pracujemy w miejscowości, w której mieszkamy, oraz od tego, ilu mamy pracodawców.
Jeśli jednak korzystamy z komunikacji zbiorowej, to art. 22 ust. 11 pozwala nam na rozliczenie rzeczywiście poniesionych wydatków:
Jeżeli roczne koszty uzyskania przychodów, o których mowa w ust. 2, są niższe od wydatków na dojazd do zakładu lub zakładów pracy środkami transportu autobusowego, kolejowego, promowego lub komunikacji miejskiej, w rocznym rozliczeniu podatku koszty te mogą być przyjęte przez pracownika w wysokości wydatków faktycznie poniesionych, udokumentowanych wyłącznie imiennymi biletami okresowymi.










