Lekarze odmawiają zapisywania niektórych farmaceutyków. A części medykamentów w Polsce w ogóle nie ma
Rozważny pierwszy z możliwych przypadków. Oto pacjent bierze jakiś medykament, który mu pomaga, dostępny na receptę. Tymczasem lekarz, w trakcie kuracji i z trudnych do wyjaśnienia przyczyn, nagle nie chce mu go przepisać. I proponuje jakiś odpowiednik, w odczuciu pacjenta działający gorzej.
W takiej sytuacji legalnie dopuszczony do obrotu medykament jest w aptece tuż za plecami farmaceuty – tylko nie ma jak po niego sięgnąć. To realny problem, z którym możemy się spotkać.
Często da się go rozwiązać, gdy po prostu pójdziemy do drugiego czy jeszcze kolejnego lekarza. Zdarza się jednak, że taki obchód przedłuża się w nieskończoność. Cała impreza jest też dość kosztowna.
Z podobną sytuacją czasem spotkamy się też wtedy, gdy na światowym rynku pojawia się nowy farmaceutyk o przełomowym składzie, mający szansę pomóc nieuleczalnie chorym. Mogą minąć lata, zanim po uzyskaniu recepty kupimy go w pobliskiej aptece niedomagającej babci czy dziadkowi.
Jasna sprawa, że istnieje procedura pozwalająca zamawiać preparaty zza granicy. Jest ona jednak skomplikowana i długotrwała. Trudno ją traktować jako realne rozwiązanie, gdy mamy chorego obok siebie: tu i teraz.
Zamiast leku można nabyć ten sam specyfik jako substancję do celów badawczych
Tam, gdzie jest na to zapotrzebowanie, rynek błyskawicznie reaguje. Tworzą go firmy sprzedające substancje do celów badawczych. To nieraz mikroprzedsiębiorstwa promujące dosłownie kilka różnych specyfików – dokładnie takich, jakich w danym czasie poszukują chorzy.
Sprzedają one praktycznie te same produkty, które są w aptekach, w formie tabletek czy proszku. Różnica polega głównie na nazwie, jaką w takiej sytuacji nie jest lek, a odczynnik chemiczny.
Zamiast ulotki o tym, jak go stosować, dostajemy dokument z poważnego laboratorium – z dokładnymi informacjami o tym, co znajduje się w opakowaniu. Zwykle jest to substancja aktywna leku i jakiś wypełniacz.
Z prawnego punktu widzenia niczego nie można zarzucić takiej działalności
Oczywiście jeśli firma, która sprzedaje tego rodzaju substancje, nie nazywa ich lekami i nie instruuje chorych, jak je zażywać. Ten zaś, kto stosuje przedstawione medykamenty, robi to wyłącznie na własną odpowiedzialność.
Wbrew pozorom jako potencjalny badacz może zadeklarować się każdy, nawet jeśli nie ma związanego z tym wykształcenia czy zatrudnienia.
Wydaje się, że proceder ten, choć mogący budzić kontrowersje, wypełnił niepokojącą lukę na rynku. W końcu nie sposób go powiązać z tzw. medycyną alternatywną.
Bo to medycyna w najpoważniejszym, akademickim wydaniu: pacjent zostaje na moment naukowcem, aby kupić odczynnik chemiczny w firmie zaopatrującej badaczy.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj