1. Home -
  2. Państwo -
  3. Naczelna Izba Lekarska uważa, że w Polsce kształci się zbyt wielu lekarzy. Może mieć trochę racji

Naczelna Izba Lekarska uważa, że w Polsce kształci się zbyt wielu lekarzy. Może mieć trochę racji

Wydawać by się mogło, że liczba lekarzy w Polsce jest zbyt mała. Naczelna Izba Lekarska jest jednak innego zdania. Twierdzi, że szkolimy ich zbyt dużo, a problemy w opiece zdrowotnej biorą się przede wszystkim z biurokracji i systemowego bałaganu. Tutaj z pewnością NIL ma rację.

NIL jest zdania, że za 6 lat będziemy mieli więcej lekarzy, niż nasze kurczące się społeczeństwo ich potrzebuje

Jakość opieki zdrowotnej w Polsce odbiega od społecznych oczekiwań. Największym problemem jest oczywiście dostęp do specjalistów, który wiąże się z koniecznością stania w niekiedy absurdalnie wręcz długich kolejkach. Na 1000 pacjentów w Polsce przypada zaledwie nieco ponad trzech lekarzy – ale czy to oznacza, że ich liczba jest zbyt mała? W pewnym sensie tak. Wynika to nawet z danych zaprezentowanych niedawno przez Naczelną Izbę Lekarską.

Na stronie internetowej samorządu lekarskiego możemy znaleźć bardzo interesującą analizę problemu dysproporcji pomiędzy zapotrzebowaniem na lekarzy, a ich dostępnością. Kluczowy wydaje się nie tylko stan obecny, który rzeczywiście można określić mianem "niezadowalającego", ale także tendencje na nadchodzące lata.

Powyższa grafika pochodzi ze strony internetowej Naczelnej Izby Lekarskiej nil.org.pl

Jak możemy zaobserwować, w 2025 r. liczba lekarzy w Polsce znajdowała się poniżej krzywej reprezentującej zapotrzebowanie na ich pracę wśród mieszkańców naszego kraju. Sytuacja w ciągu nadchodzących lat może jednak ulec odwróceni. Zdaniem NIL nastąpi to prawdopodobnie w okolicach 2031-32 roku. Brzmi nieprawdopodobnie? W tym momencie warto przypomnieć, że mamy w Polsce kryzys demograficzny, który będzie tylko postępować. Z jednej strony liczba Polaków będzie systematycznie spadać, z drugiej zaś kształcimy coraz więcej lekarzy.

Rozwiązanie zaprezentowane przez NIL jest w gruncie rzeczy bardzo proste: zamiast kombinować, jak by tu kształcić nowych lekarzy na potęgę, należałoby wręcz ograniczyć liczbę miejsc na kierunkach medycznych. Samorząd przedstawił trzy warianty:

OPCJA A:
Utrzymać kształcenie na poziomie zgodnie z aktualnym projektem rozporządzenia (7797 miejsc na studiach w języku polskim), aby jak najszybciej dojść do zbilansowania popytu i podaży na pracę lekarzy, a następnie od 2027 roku obciąć liczbę miejsc skokowo o niemal połowę, do ~4100 miejsc rocznie

OPCJA B
Stopniowo zmniejszać liczbę miejsc co roku o ok. 9% (już od tego roku vs aktualny projekt rozporządzenia) do osiągniecia około 4200 miejsc rocznie (od roku 2030)

OPCJA C – mix obu rozwiązań, np.
Zmniejszyć liczbę miejsc na kierunku lekarskim o 1500 już od 2024 roku (vs obecny projekt rozporządzenia, tj. do ok. 6300 osób)
Stopniowo zmniejszać liczbę miejsc o 4% każdego roku od 2026 do 2034 – do osiągnięcia poziomu ok. 4200 miejsc rocznie
Następnie utrzymywać stałą liczbę miejsc i monitorować sytuację w oparciu o aktualne dane i regularnie aktualizowane modele kadrowe, w tym modele wielo-zawodowe

Źródłem problemów opieki zdrowotnej nie musi być niska liczba lekarzy w Polsce

Pytanie brzmi, czy w tym pozornym szaleństwie tkwi jakaś metoda? Jako argument na poparcie swoich propozycji, NIL przedstawia argumenty nie tylko o charakterze funkcjonalnym, ale także systemowym:

Utrzymanie aktualnie proponowanych limitów kształcenia (ok. 7800 miejsc na studiach w języku polskim) w kolejnych latach spowoduje marnotrawstwo w okresie prognozy nawet 15 mld zł (~1 mld rocznie, poczynając częściowo już od 2026 roku, kiedy studia rozpoczną pierwsi „nadpopytowi” lekarze). Środki te zostaną wydane na kształcenie lekarzy „na eksport” lub do wykonywania pracy brakujących pielęgniarek, opiekunów, asystentów i sekretarzy równocześnie. Jest to tym bardziej szokujące, że model podażowy Ministerstwa Zdrowia pokazuje zbieżne wnioski co do liczby lekarzy w przyszłości, jednak w żaden sposób liczby te nie zostały skonfrontowane z estymacją zapotrzebowania, której Ministerstwo Zdrowia wydaje się po prostu nie posiadać.

Rzeczywiście: lekarze, którzy nie znajdą satysfakcjonującej pracy w Polsce, chętniej wyemigrują na zachód, gdzie popyt na ich pracę pozostaje bardzo wysoki. Przy czym można w tym momencie kontrargumentować, że rocznie z naszego kraju i tak wyjeżdża nawet 1 tysiąc przedstawicieli tego zawodu. Rozsądek podpowiadałby uwzględnić migrację nie tylko w szacunkach, ale także w planowaniu kształcenia. Argumenty o "zapewnieniu odpowiedniego poziomu" wypowiadane przez dowolny samorząd zawodowy zawsze należy traktować z dużą dozą ostrożności, choć akurat w przypadku lekarzy są one dużo silniejsze, niż gdy mowa na przykład o prawnikach. Wielu z nas może przecież pamiętać powszechne oburzenie na pomysł kształcenia lekarzy w wyższych szkołach zawodowych.

Jeżeli jednak lekarzy w Polsce niedługo ma być wręcz za dużo, to dlaczego mamy ciągły problem z opieką zdrowotną? Być może wcale nie chodzi o ich liczbę, ani nawet o pieniądze. NIL zwraca uwagę na prawdziwe przyczyny obecnego opłakanego stanu rzeczy:

Z ubolewaniem odnotowujemy, że w dyskusji publicznej funkcjonuje spłycająca narracja „są kolejki do lekarzy, więc brakuje nam lekarzy”. Tymczasem, jak pokazują analizy Zespołu, kolejki są wynikiem nieefektywności systemu, w którym lekarze spędzają ponad połowę czasu na biurokracji i dokumentacji, zamiast pomoc pacjentom. Pacjenci potrzebują obudowania stosownym ekosystemem(np. wspomagającymi terapię asystentami zdrowienia, dedykowanymi rejestratorami, sekretarkami medycznymi) odpowiadającym na zmieniające się potrzeby społeczeństwa – chodzi tu o innych profesjonalistów medycznych oraz odpowiednie rozwiązania technologiczne.

Dokładnie to samo zjawisko możemy zaobserwować także w innych dziedzinach życia, na które społeczeństwo zwykło regularnie pomstować. Najlepszym przykładem jest tutaj edukacja, gdzie nauczyciele również narzekają na nadmiar szkolnej biurokracji, która marnuje ich czas i nie służy niczemu pożytecznemu. Przedsiębiorcy także pomstują na obowiązki sprawozdawcze na rzecz organów podatkowych. Sędziowie jeszcze przed "reformą" wymiaru sprawiedliwości byli przeciążeni sprawami, a ich obsługa administracyjna pozostawała źle opłacana i zbyt nieliczna. Być może należałoby więc wrócić do koncepcji deregulacji i odbiurokratyzowania, o której mówi się coraz głośniej.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi