Barbara Nowacka nagle zdecydowała, że chce reformować polską szkołę
Przyznam, że każda inicjatywa, mająca na celu zreformowanie skostniałości i nieelastyczności polskiego systemu edukacji, jest przeze mnie przyjmowana ze szczególną aprobatą. Może zabrzmi to nazbyt brutalnie, ale to często polska szkoła odpowiada za tłumienie naturalnych predyspozycji u uczniów i duszenie w nich np. fascynacji jedną dziedziną na rzecz tzw. urawniłowki, czyli równomiernego rozkładu zainteresowań także na przedmioty, które są niezbyt potrzebne w życiu.
Minister Barbara Nowacka zapowiedziała, że planowana reforma nie będzie bynajmniej przygotowywana przez nauczycieli, ale mają się za jej tworzenie wziąć kompetentni ludzie. Z argumentacją szefowej MEN trudno się nie zgodzić:
W XXI wieku wiemy, jakie potrzebne są kompetencje przyszłości; wiemy, że młodzież musi uczyć się rzeczy praktycznych. Musi rozumieć, po co się uczy, widzieć sens swojej nauki i przekładać to na wyzwania współczesnego świata.
To naprawdę jedna z niewielu wypowiedzi przedstawicieli Ministerstwa Edukacji Narodowej, z którą się zgadzam w pełni. To, że szkoła nadal opiera się na nieelastycznym i ustawionym niejako tyłem do chęci poznawania świata przez uczniów modelu z XIX wieku, jest nie tyle kuriozalne, ile po prostu szkodliwe, a uczniowie, którzy kończą szkoły w Polsce, robią to często po to, żeby „mieć papier”, a nie się czegoś konkretnego nauczyć.
Barbara Nowacka ponadto podkreśliła, że człowiek, który kończy podstawówkę, musi zdawać sobie sprawę z tego, czego się nauczył.
To nie koniec zapowiedzi reformy. Szkoła ma przede wszystkim zaciekawiać uczniów
Wiceminister Katarzyna Lubnauer ujawniła niedawno szczegóły planowanej reformy. Według niej szkoła ma sama w sobie wytwarzać aurę, która przyciąga do niej uczniów, a na razie jest czasami dokładnie odwrotnie. Katarzyna Lubnauer w tym miejscu wymieniła m.in. konieczność wprowadzenia większej liczby doświadczeń na lekcjach, tygodnia projektowego i zajęć praktyczno-technicznych.
Minister Barbara Nowacka zapowiedziała, że zmiany wejdą w życie pomimo weta Prezydenta Karola Nawrockiego.
Dobre i to, chociaż moim zdaniem te zmiany to i tak kropla w morzu potrzeb
Każda próba rozluźnienia gorsetu, w jakim od dziesiątek lat znajduje się polska szkoła, jest według mnie bardzo dobra i potrzebna.
Nie usłyszałem jednak, czy MEN ma zamiar zrobić np. coś z jedną z najbardziej charakterystycznych cech pruskiego systemu edukacji – autorytarnym układem nauczyciel – uczeń. Oczywiście niektórzy będą tego bronić, ale dla mnie to jest jedna z przyczyn tego, że polska szkoła jest tak bardzo odpychająca dla młodych osób.
Oczywiście nie mam tutaj na myśli braku autorytetu nauczyciela, który oczywiście musi pozostać, ale powinno się stopniowo zwiększać podmiotowość uczniów i sprawiać, aby dyscyplina na lekcjach nie przesłaniała najważniejszych rzeczy – relacji, które powinny być na tyle przyjazne, aby skłaniały uczniów do uczestnictwa w zajęciach.
O przeciążeniu podstawą programową nie będę już pisał, bo to wie każdy, kto zetknął się z polską szkołą chociaż w minimalnym stopniu.
Jednak nie słyszałem także od przedstawicieli MEN zapowiedzi wprowadzenia bardziej indywidualnego podejścia do uczniów. O tym mało kto mówi, a jest to według mnie jeden z najważniejszych powodów tego, że uczniowie wychodzą ze szkoły bez konkretnej wiedzy, a na dodatek ze „spiłowanymi” zainteresowaniami, które zostały w toku edukacji wygaszone przez system.
Indywidualizm to klucz, o którym polscy nauczyciele chyba nie wiedzą
Szkołą powinna stawiać na indywidualizm, gdyż każdy z nas jest inny, a wielu uczniów ma unikalne umiejętności, które niestety zostają albo niezauważone, albo - co gorsza - kompletenie zignorowane przez nauczycieli, którzy nie mają chociaż krzty zmysłu wyłapywania ich wśród swoich uczniów.
Każdy z nas w toku edukacji pewnie widział nie raz, jak uczniowie z ponadprzeciętnymi predyspozycjami do jakiejś dziedziny nauki byli ignorowani przez nauczycieli i dyrekcję, a ich ogólna ciekawość świata systematycznie wygaszana, co według mnie jest w wielu wypadkach po prostu niedopuszczalne i rzutuje na całe późniejsze życie danego ucznia.
Niestety, ale przy odgórnym zarządzaniu MEN przez polityków, o tego typu podejściu do nauki możemy jedynie pomarzyć. Zamiast tego promuje się silnie zideologizowane treści, narzucane przez tę lub tamtą partię polityczną przy jednoczesnym, kompletnym braku jakiejkolwiek długofalowej wizji, dotyczącej tego, jak system edukacji ma wyglądać a 10 czy 20 lat.
O tym, że szkoła nie uczy, jak zachowywać się w życiu, chyba wie każdy
Na koniec nie mogę nie wspomnieć o podejściu polskiej szkoły do nauczania podstawowych kompetencji życiowych. Polski system edukacji narodowej przez wiele lat kompletnie nie brał pod uwagę możliwości uczenia o relacjach i komunikacji z drugim człowiekiem, radzenia sobie z trudnymi sytuacjami życiowymi i stresem, oraz pracy z ciałem i dbaniu zdrowie psychiczne.
Tych tematów w szkole (przynajmniej za moich czasów) w ogóle nie poruszano, co rzutowało później na problemy uczniów z depresją, nerwicą i problemami w relacjach z płcią przeciwną.
Na drugim biegunie było oczywiście wieloletnie ignorowanie tematu finansów osobistych każdego człowieka. Nietrudno było więc zgadnąć, że szkołę kończyło setki uczniów, którzy w dorosłym życiu nie wiedzieli, w jaki sposób obchodzić się z pieniędzmi i w najlepszym wypadku kupowali rzeczy niepotrzebne, a w najgorszym wpadali w pętlę kredytową, rujnując sobie często całe życie.
Mimo wszystko obecne zapowiedzi MEN-u uważam za rzecz pozytywną, musimy jednak uzbroić się w cierpliwość i poczekać, jak zareagują na nie przedstawiciele Kancelarii Prezydenta RP.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj