„Ratunku! Od kilku dni nie działa mi YouTube, filmy się nie wyświetlają, tragedia!”. Taki i wiele innych komentarzy zalewa internet w Polsce i na świecie, a winnym całej sytuacji jest – jak się okazuje – AdBlock

Co ciekawe, blokowanie filmów wcale nie odbywa się z pułapu przeglądarki wykrywającej przeklęte z punktu widzenia reklamodawców rozszerzenie. Trochę bardziej biegli ode mnie w kwestiach technicznych internauci ze Stanów Zjednoczonych zauważyli bowiem, że informację o wykorzystywaniu przez nas AdBlocka na którymś z etapów surfowania po sieci zapisuje w danych naszego konta Google.

Nie działa mi YouTube!

Oczywiście nie wiadomo kiedy dokładnie się to dzieje, gdzie ta informacja jest zapisywana i w jaki sposób można wpłynąć na sposób, w jaki jesteśmy postrzegani przez Google, doprowadzając do wyzerowania naszej internetowej kartoteki.

Widzom, którzy próbują oglądać elektroniczną telewizję wyświetla się teraz czarny ekran z komunikatem o wystąpieniu błędu („An error has occurred” w wersji anglojęzycznej).

Nie jest to nowe rozwiązanie, od dłuższego czasu z tego typu zabezpieczeń korzystają polscy twórcy wideo, na przykład w usługach takich jak player.pl czy na łamach tvn24.pl. Odtwarzacze, zwykle oparte o technologię Silverlight, wyświetlają komunikat o błędzie, jeśli u oglądającego wykryta zostanie wtyczka AdBlock.

Google zrobiło to trochę inaczej. Komunikaty zza oceanu wskazują bowiem na to, że generalnie fakt obecności rozszerzenia w naszej przeglądarce nie ma znaczenia w konkretnym momencie oglądania filmu. Konto Google, które jest również kontem YouTube, pamięta nasze ustawienia z przeszłości. Nie pomaga więc wyłączenie czy odinstalowanie AdBlocka. Co zatem mogę zrobić jeśli nie działa mi YouTube? Ponownie film będziemy mogli obejrzeć, jeśli… wylogujemy się z konta Google. A to rozwiązanie jest z kolei dość niecodzienne, żeby Google zbierało takie dane właśnie na koncie i było w tej materii dość pamiętliwe.

An error has occurred

Ocena legalności takiego działania Google może być utrudniona choćby z tego powodu, że tak naprawdę nie wiadomo czy to w ogóle suwerenna decyzja kogoś w firmie czy jedynie (nie wydaje mi się) niekontrolowana awaria, efekt uboczny testów. Kwestia legalności korzystania z AdBlock jest dyskusyjna, niedawno wydawcy niemieckiej prasy przegrali proces z producentem wtyczki, co samo w sobie okazało się pewnym zaskoczeniem, gdyż nie brakowało im motywacji i mocnych argumentów.

Walka prawna z AdBlockiem jest też ograniczona ze względu na olbrzymią presję społeczną kibicującą istnieniu rozszerzenia. Użytkownicy usprawiedliwiają stosowanie wtyczki łapczywością stron internetowych na reklamodawców, stawiając się w roli szeryfów, którzy dyktują ile pikseli powinien mieć banner reklamowy i może wtedy łaskawie wyłączą rozszerzenie.

W mojej ocenie użytkownik jak najbardziej ma prawo decydować czy akceptuje politykę reklamową witryny, ale w przypadku, gdy jej nie akceptuje – powinien przestać ją odwiedzać, zamiast obciążać serwery strony internetowej, jednocześnie nie dając od siebie nic w zamian. No, ale żyjemy w kraju, który społecznie nie jest jeszcze gotowy na pewne zachowania, wystarczy przypomnieć jak wielu domorosłych piratów internetowych wyczekiwało polskiej premiery Netflix, by krótko potem nim wzgardzić i wrócić do sprawdzonych rozwiązań.

Potrzebujesz pomocy? Zadaj pytanie...

Pomoc prawna w najtrudniejszej sytuacji już od 49 złotych!

Podważenie działań Google w tej sprawie jest trudne nie tylko ze względu na brak możliwości ustalenia stanu faktycznego, ale też… w zasadzie żaden przepis prawa nie zabrania wydawcy internetowego serwisu wideo, by blokował jego działanie w przypadku zaistnienia braku – ekhm – technicznej spójności z komputerem użytkownika. Najbardziej wątpliwe jest to, że Google zapisuje na naszych kontach informacje na temat tego jakich rozszerzeń używamy, ale prawdopodobnie w setkach różnych ustawień, które gigant nie bez powodu komplikuje i chowa w najodleglejszych zakładkach, większość użytkowników dawno już wyraziła na to zgodę.