Rząd liczy, że ceny energii spadną, ale nijak nie jest w stanie tego zagwarantować i – co gorsza – nawet nie próbuje
Droga energia elektryczna stanowi przede wszystkim kulę u nogi europejskiej gospodarki. W przypadku Polski wcale nie jest inaczej. Przedsiębiorcy od dawna narzekają na to, że płacą zbyt wysokie rachunki za prąd, co stanowi realną barierę dla prowadzenia ich biznesów. Gospodarstwa domowe na razie chroni mechanizm mrożenia cen energii. Zniknie on niestety wraz z końcem tego roku.
Dlaczego rząd nie chce go przedłużyć na kolejny rok? Odpowiedź tkwi w sposobie jego działania. Mrożenie cen energii polega na tym, że odbiorcy mogą zapłacić za prąd co najwyżej ustaloną cenę maksymalną. Wynosi ona 500 zł za megawatogodzinę brutto. Dostawcy energii otrzymują rekompensatę od państwa za ewentualną nadwyżkę. Nie ma się co dziwić, że rządzący starają się ciąć niepotrzebne wydatki w realiach dziury budżetowej. W tym roku całkowity koszt programu miał wynieść 5,46 mld zł, z czego do przedsiębiorstw energetycznych trafić miało nawet 3,98 mld zł. Nie są to pieniądze, którymi Fiskus byłby w stanie pogardzić przy deficycie mającym w przyszłym roku wynieść 271,7 mld zł.
Problem jednak w tym, że przedstawiciele obecnej władzy tłumaczą się w dość osobliwy sposób. Twierdzą, że mrożenie cen energii nie jest już potrzebne, bo przecież ceny energii spadną. Jak to możliwe? Tłumaczył to w swoich wypowiedziach z ostatniego miesiąca minister energii Miłosz Motyka. Przytaczaliśmy je już na Bezprawniku. Teraz na antenie TVP Info padło dość ważne wyjaśnienie tego spodziewanego fenomenu.
Ceny energii spadają – samej energii i jej wytworzenia. I prezes URE – liczymy na to – zatwierdzi poziom taryf na poziomie niższym niż 500 zł za MWh.
Co w sytuacji, gdy Prezes URE jednak nie zatwierdzi taryf na spodziewanym poziomie, bo firmy energetyczne przekonają go, że istnieje uzasadnienie dla wyższych? Rząd będzie miał niespodziankę, a my jeszcze wyższe rachunki za prąd. Ryzyko wbrew pozorom wcale nie jest znikome. Warto w tym momencie zwrócić uwagę na decyzję Prezesa URE w sprawie taryf na ostatni kwartał tego roku:
Średnia cena sprzedaży energii elektrycznej w zatwierdzonych przez Prezesa URE zmianach taryf wyniesie 572,64 zł/MWh i będzie obowiązywała od 1 października do 31 grudnia 2025 r. Przy czym ceny wynikające z taryf, nie przełożą się na rachunki gospodarstw domowych w tym roku. Dla grupy odbiorców uprawnionych, w tym dla gospodarstw domowych wciąż będzie obowiązywała cena 500 zł/MWh netto.
Nie da się ukryć, że jeszcze nie widać samoistnego spadku cen energii. To jednak nie koniec, bo przecież taryfy energii elektrycznej stanowią raptem jeden z elementów kształtujących wysokość naszych rachunków.
Wiele wskazuje na to, że o niższych rachunkach za prąd możemy w przyszłym roku pomarzyć
Na szczególną uwagę zasługuje powrót opłaty mocowej, który ewidentnie uderzy nas po kieszeniach. Warto w tym momencie przypomnieć, jakie jej stawki na przyszły rok zdążył ustalić Prezes URE:
1) 4,29 zł na miesiąc – w odniesieniu do odbiorców końcowych rozliczanych w sposób
ryczałtowy, zużywających rocznie poniżej 500 kWh energii elektrycznej );
2) 10,31 zł na miesiąc – w odniesieniu do odbiorców końcowych rozliczanych w sposób
ryczałtowy, zużywających rocznie od 500 kWh do 1 200 kWh energii elektrycznej;
3) 17,18 zł na miesiąc – w odniesieniu do odbiorców końcowych rozliczanych w sposób
ryczałtowy, zużywających rocznie powyżej 1 200 kWh do 2 800 kWh energii elektrycznej;
4) 24,05 zł na miesiąc – w odniesieniu do odbiorców końcowych rozliczanych w sposób
ryczałtowy, zużywających rocznie powyżej 2 800 kWh energii elektrycznej;
5) 0,2194 zł/kWh – w odniesieniu do odbiorców końcowych innych niż określonych
w art. 89a ust. 1 pkt 1) Ustawy o rynku mocy.
Mamy do czynienia ze wzrostem stawek o ok. 33 proc. Jakby tego było mało, wzrośnie także opłata kogeneracyjna: z 3 zł/MWh do 4,36 zł/MWh. Ta konkretna danina ma wspierać produkcję energii i ciepła w wysokosprawnej kogeneracji. Chodzi o technologię niby bardziej wydajną i przyjazną środowisku, ale także droższą w utrzymaniu.
Rezultat tego wszystkiego jest łatwy do przewidzenia. Czynnik mający zapewnić nam niższe rachunki za prąd jest mocno niepewny. Mechanizm, który gwarantował nam, że sytuacja się nie pogorszy, przestanie obowiązywać. Równocześnie wzrosną opłaty niezależne od ceny energii kupowanej i wytwarzanej przez jej dostawców. Możemy się więc spodziewać, że w przyszłym roku zapłacimy więcej.
Oczywiście wszyscy chyba mamy nadzieję, że przewidywania ministra Miłosza Motyki się sprawdzą, a ja będę się mylił. Nie da się jednak ukryć, że rządzący najwyraźniej nie mają żadnego planu awaryjnego na wypadek, gdyby jednak coś poszło nie tak.
Takim rozwiązaniem byłoby właśnie przedłużenie obowiązywania mrożenia cen energii na kolejny rok albo wręcz uczynienie go stałym mechanizmem. Jeżeli taryfy spadną poniżej 500 zł/MWh, to państwo nie poniesie żadnych kosztów, a my wszyscy będziemy zadowoleni. Jeśli jednak ceny energii nie będą chciały spaść same z siebie, to nie będziemy musieli w panice szukać jakiegoś wyjścia z opałów. Warto dodać, że nie jest nim ani wzruszenie ramion i nierobienie z problemem niczego, ani populistyczne deklaracje, że za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obniży się rachunki za prąd o 33 proc.