Gminy nie zawsze odpowiadały za odpady
Wbrew pozorom gminy nie zawsze odpowiadały za gospodarowanie odpadami komunalnymi. Do 2013 roku to właściciele nieruchomości zawierali indywidualne umowy z firmami odbierającymi śmieci. Każdy sam wybierał przedsiębiorstwo, negocjował warunki i płacił za faktycznie świadczoną usługę. Państwo i samorząd pełniły funkcję kontrolną, ale nie były organizatorem całego rynku. Wtedy każdy szukał korzystnych dla siebie rozwiązań i nikt nie obwiniał (dodajmy – niewinnych w tym zakresie) samorządów o to, że opłaty za śmieci wciąż rosną.
Rewolucja przyszła wraz z nowelizacją ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Od 1 lipca 2013 r. to gminy przejęły odpowiedzialność za organizację systemu odbioru odpadów komunalnych. Wprowadzono obowiązkowe opłaty za śmieci (w formie opłat lokalnych), które mieszkańcy uiszczają na rzecz gminy, a ta w drodze przetargu wybiera firmę odbierającą odpady.
Założenie było proste: uszczelnić system, ograniczyć dzikie wysypiska i zapewnić powszechność odbioru odpadów. W praktyce jednak opłaty za śmieci zaczęły rosnąć, a mieszkańcy stracili realny wpływ na wybór usługodawcy. Niestety obecne rozwiązanie sprzyja powstawaniu śmieciowych monopoli, które windują ceny odbioru odpadów, co prowadzi do drastycznego wzrostu cen. Na przestrzeni lat należy uznać, iż to rozwiązanie zdecydowanie się nie sprawdziło.
Powrót do indywidualnych umów to klucz do zmiany
Może rozwiązanie tego problemu wcale nie wymaga kolejnej reformy, lecz wystarczy powrót do poprzedniego modelu? Gdyby obowiązek organizacji odbioru śmieci znów spoczywał na właścicielach nieruchomości, każdy zawierałby indywidualną umowę i płacił za realnie odebrane odpady, a nie za swojego rodzaju fikcję.
Dziś opłaty za śmieci często ustalane są według stawek „od osoby", „od metrażu" czy „od zużycia wody". To rozwiązania uproszczone, które nie zawsze oddają rzeczywistą ilość produkowanych odpadów. W efekcie jedni płacą za innych, a system opiera się na uśrednianiu kosztów. Co szczególnie istotne – system w gminach rzadko kiedy faktycznie się bilansuje, samorządy więc dopłacają do śmieci ze swoich budżetów (a więc z pieniędzy mieszkańców), tnąc wydatki na inwestycje drogowe czy kulturę. Problem potęguje fakt, że różnice między deklarowaną a rzeczywistą liczbą mieszkańców sięgają nawet 16% – ministerstwo rozważa więc utworzenie zintegrowanego rejestru, który uszczelniłby system.
Gdyby każdy płacił dokładnie za to, co wyrzuca, rachunek stałby się bardziej przejrzysty. A skoro rachunek byłby bezpośredni, pojawiłaby się również motywacja do ograniczania ilości odpadów. Bo czym innym jest abstrakcyjna opłata ustalana uchwałą rady gminy, a czym innym faktura, która rośnie wraz z ilością oddawanych śmieci.
To rozwiązanie ma więcej plusów niż minusów
Zmiana modelu oznaczałaby większą konkurencję na rynku. Firmy odbierające odpady musiałyby realnie zabiegać o klienta, a nie jedynie wygrywać przetarg organizowany przez gminę. Przeciętny Kowalski nie kierowałby frustracji pod adresem urzędu, lecz bezpośrednio do przedsiębiorstwa, z którym zawarł umowę (tak więc przedsiębiorstwa musiałyby czasem zmienić model funkcjonowania, jeżeli nie chciałyby stać się wrogiem publicznym).
Naturalnie wzrosłoby także zainteresowanie alternatywami – tańszymi firmami, punktami odbioru surowców wtórnych czy rozwiązaniami pozwalającymi ograniczyć koszty. Dysponując własnym budżetem, każdy szukałby oszczędności. A jak pokazuje praktyka, pieniądze prywatne wydaje się ostrożniej niż środki publiczne. Im większa skala systemu i centralizacja, tym większe ryzyko nieefektywności i nadużyć. A także większe niezadowolenie społeczne – w wielu przypadkach nieuzasadnione, gdyż samorządy nie są winne obecnej śmieciowej patologii.
Problem nielegalnych śmieci i luki w systemie
Oczywiście można podnieść argument, że powrót do indywidualnych umów zwiększy ryzyko nielegalnego pozbywania się odpadów. Tyle że optymizmem graniczącym z naiwnością byłoby twierdzenie, że dziś tego problemu nie ma. W sołectwach organizuje się sprzątanie wsi, w szkołach akcje sprzątania lasów, a mimo to śmieci wciąż zalegają w przydrożnych rowach i zagajnikach.
Obecny system ma luki. Nie ma obowiązku odbierania odpadów z nieruchomości niezamieszkałych, które – wbrew deklaracjom – często są użytkowane. Problematyczne są też odpady firmowe, które potrafią „rozpłynąć się" poza oficjalnym obiegiem, o masowym porzucaniu odpadów niebezpiecznych już nawet nie wspominając.
Jeśli naprawdę zależy nam na czystości, należałoby wyposażyć odpowiednie instytucje w skuteczne narzędzia kontroli – podobne do tych stosowanych przy sprawdzaniu umów na wywóz nieczystości ciekłych u osób, które nie są podłączone do kanalizacji. Kontrola, czy każdy ma zawartą umowę na odbiór śmieci, mogłaby być bardziej efektywna niż obecne przerzucanie kosztów na wszystkich mieszkańców.
Może mniej centralizacji to więcej odpowiedzialności?
Obecny model miał rozwiązać problem. Tymczasem opłaty za śmieci rosną, frustracja również, a śmieci w lasach wciąż niszczą środowisko naturalne. Być może zamiast doskonalić system centralny, warto rozważyć jego odchudzenie. Oddanie odpowiedzialności właścicielom nieruchomości nie oznacza anarchii – oznacza powrót do indywidualnej odpowiedzialności.
Czasem najprostsze rozwiązania są najtrudniejsze do przyjęcia. Zwłaszcza gdy oznaczają powrót do systemu, który funkcjonował dawniej. To jednak nie przyznanie się do porażki. To stwierdzenie, iż obecnie w przypadku opłat za śmieci z pewnością zmierzamy w złym kierunku i coś z tym należy zrobić. Warto przy tym pamiętać, że co czwarta gmina już dziś nie spełnia wymaganych wskaźników recyklingu – a kary za to i tak obciążają kieszenie mieszkańców.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj