- Home -
- Zagranica -
- Peter Magyar kończy epokę Viktora Orbana. Oto czego możemy się teraz spodziewać
Peter Magyar kończy epokę Viktora Orbana. Oto czego możemy się teraz spodziewać
Opozycyjna partia TISZA wygrała wybory na Węgrzech. Prawdopodobnie uzyskała większość konstytucyjną. To koniec skorumpowanych na wskroś rządów Viktora Orbana i Fideszu. Peter Magyar zrobił to, co wydawało się absolutnie niemożliwe.

TISZA zdobywa większość konstytucyjną – tego nikt się nie spodziewał
„Wzywam wszystkie marionetki, które sprawowały władzę przez ostatnie 16 lat, do zrobienia tego samego. Odejdźcie. Nie czekajcie, aż was do tego zmusimy." Te słowa przywódcy opozycyjnej partii TISZA Petera Magyara najlepiej oddają nastroje po rozstrzygnięciu niedzielnych wyborów na Węgrzech.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na zdecydowane zwycięstwo TISZY nad rządzącym Fideszem Viktora Orbana. Po podliczeniu 99 proc. oddanych głosów TISZA zdobyła 53,1 proc. głosów, a Fidesz jedynie 38,4 proc.
Nominalnego zwycięstwa opozycji można się było spodziewać. Nie o to jednak toczyła się walka. Na Węgrzech prawdziwa wygrana zaczyna się po zdobyciu większości konstytucyjnej. Do zmiany ustawy zasadniczej potrzeba 133 mandatów w jednoizbowym parlamencie liczącym 199 miejsc.
Jak się łatwo domyślić, dysponujący taką większością Fidesz zmajstrował ordynację wyborczą wprost stworzoną po to, by partia Viktora Orbana mogła rządzić wiecznie. Wygląda jednak na to, że dzięki niesamowitej mobilizacji węgierskiego społeczeństwa TISZA zdobyła ok. 138 mandatów w Zgromadzeniu Narodowym.
Peter Magyar wcale nie jest drugim Tuskiem
Brzmi znajomo, prawda? Z podobnymi okolicznościami – choć na dużo mniejszą skalę – mieliśmy przecież do czynienia jeszcze niedawno w Polsce. Różnica jest taka, że PiS rządził 8 lat, a nie 15. Jego władzę cementowała nie wprost nieuczciwa ordynacja, a jedynie metoda d'Hondta i wieloletnia odmowa skorygowania okręgów wyborczych, by uwzględnić przepływ ludności do miast. O tym, jak liczenie głosów do Sejmu przekłada się na mandaty, pisaliśmy już wielokrotnie.
Jak to się skończyło, możemy zaobserwować na własne oczy. Wątpię, by znalazł się wyborca niebędący fanatykiem, który nie byłby przynajmniej lekko rozczarowany. Właśnie dlatego nie sposób nie zastanowić się, czy przypadkiem Węgry i w tym aspekcie nie pójdą za naszym przykładem.
Kluczem do rozwiązania tej zagadki może być osoba Petera Magyara. Nie jest on drugim Tuskiem. Bliżej mu raczej do odpowiednika Jarosława Gowina albo Mateusza Morawieckiego, któremu się udało.
Przyszły premier Węgier to były polityk Fideszu, który wcale nie „zlewaczał" po drodze
Peter Magyar urodził się w 1981 roku w Budapeszcie. Z wykształcenia jest prawnikiem. Studiował na węgierskim odpowiedniku KUL w postaci Katolickiego Uniwersytetu Pétera Pázmánya. Poza polityką zajmował się doradztwem inwestycyjnym.
Nie da się ukryć, że był człowiekiem systemu. Od 2010 roku należał do Fideszu i zajmował funkcje typowe dla partyjnego aparatczyka średniego szczebla: trochę dyplomacji na kierunku unijnym, trochę posadek w kontrolowanych przez państwo spółkach. Był też mężem ówczesnej minister sprawiedliwości Judit Vargi, z którą ma trójkę dzieci.
Skandal z ułaskawieniem pedofila jako początek końca Fideszu
Punktem zwrotnym w karierze Magyara okazał się skandal pedofilski z 2024 r., który wstrząsnął Węgrami. Ułaskawiono wicedyrektora domu dziecka, który tuszował cudze przestępstwa. Oburzeni obywatele wyszli na ulicę. Afery nie dało się zamieść pod dywan, więc skończyła się ona dymisją prezydent Katalin Novák oraz minister Vargi, która kontrasygnowała ułaskawienie.
Właśnie w tym momencie Peter Magyar poczuł krew. Publicznie stwierdził, że prezydent i jego była już żona poniosły odpowiedzialność polityczną w miejsce faktycznego sprawcy felernego ułaskawienia – wszechwładnego Viktora Orbana.
Na Węgrzech za tuszowanie pedofilii grozi wieloletnie więzienie. Ułaskawiony wicedyrektor był jednak kolegą brata premiera. Skądinąd sam dom dziecka znajdował się w stolicy rodzinnego powiatu Viktora Orbana.
Magyar odciął się od Fideszu, zrezygnował z zajmowanych stanowisk i zaczął budować ruch, który szybko przerodził się w Partię Szacunku i Wolności – TISZĘ.
Jak widać, Peter Magyar nie jest człowiekiem, którym łatwo byłoby straszyć stereotypowego prawicowego wyborcę. Nigdy nie był „turbolewakiem", w przeciwieństwie do Orbana nie załapał się na żadne stypendium George'a Sorosa. Teraz opowiada się za zakopaniem podziałów między liberalnymi miastami a konserwatywną wsią. Wciąż jednak pozostaje umiarkowanym konserwatystą.
Trzy wyzwania stojące przed Peterem Magyarem i TISZĄ
Co w takim razie czeka Węgry pod jego rządami? Przed Peterem Magyarem i TISZĄ stoją trzy wyzwania. Pierwsze to demontaż mafijnego państwa Orbana. Nie bez powodu zaapelował do „marionetek" o samodzielne odejście z zajmowanych stanowisk.
Magyar wprost powiedział, że chodzi mu o szefów Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego, Urzędu Kontroli, Urzędu Sądownictwa, Urzędu Konkurencji oraz Rady Mediów. Po raz kolejny Polacy mogą odczuwać swego rodzaju déjà vu.
Choć Viktor Orbán uznał wyborczą porażkę, można się spodziewać, że politycy reżimu będą się bronić rękami i nogami przed odspawaniem od stanowisk. Na szczęście dla TISZY większość konstytucyjna pozwala nowej władzy likwidować i reformować instytucje państwa praktycznie wedle swojej woli.
Demontaż mafijnego państwa Orbana nie będzie łatwy nawet z większością konstytucyjną
Drugim wyzwaniem jest walka z korupcją, która siłą rzeczy obejmuje więcej aspektów życia gospodarczego i społecznego niż najważniejsze instytucje w państwie. Fidesz oraz towarzyszące jego politykom typy spod ciemnej gwiazdy dosłownie rozkradają Węgry na wszystkie możliwe strony.
Symbolem tej zinstytucjonalizowanej grabieży jest luksusowa posiadłość rodziny Viktora Orbana. Węgrom przypominała niesławną rezydencję Wiktora Janukowycza w Meżyhirji. Z tym że zamiast złotych sedesów Orbanowie sprowadzili sobie stadko zebr. Kto bogatemu zabroni?
Węgry zamiast gonić Austrię, ścigają się z Bułgarią
Państwo mafijne rządzone przez ostentacyjnie konserwatywnych autokratów zawsze gnije od środka. W ten sposób przechodzimy do trzeciego wyzwania stojącego przed TISZĄ. Jeszcze w 2010 r. Orbán obiecywał Węgrom: „Do 2030 roku Węgry znajdą się w pierwszej piątce najlepszych, najbogatszych i najbardziej przyjaznych do życia państw Unii Europejskiej. Zbudujemy kraj, do którego młodzi ludzie będą chcieli wracać."
To była w stanie zrobić – pomimo wysiłków własnej bezużytecznej klasy politycznej – Polska, która stała się szóstą gospodarką Unii Europejskiej. Węgry zaś, zamiast gonić Austrię, ścigają się z Bułgarią o „zaszczytny" tytuł kraju z najgorszą siłą nabywczą. Pod względem wysokości płacy minimalnej Węgrzy zostali prześcignięci przez wyśmiewanych przez nich Rumunów.
Nie oczekujmy cudów ani błyskawicznej ekstradycji pisowców ukrywających się w Budapeszcie
Co to wszystko oznacza dla Polski? Nie spodziewałbym się odesłania do Warszawy w żelaznej klatce Zbigniewa Ziobry i Marcina Romanowskiego. Prawdopodobnie panowie zdążą czmychnąć do innego państwa, które będzie skłonne chronić ich przed polskim wymiarem sprawiedliwości.
O wiele istotniejszy jest upadek europejskiego wzorca systemu, który chcą nam zbudować nad Wisłą partie mniej lub bardziej radykalnej prawicy. Warto dodać, że w jego uratowanie aktywnie angażowali się politycy tego nurtu. Niestety – z prezydentem RP Karolem Nawrockim na czele. W kontekście sporów o przyszłość polskiego sądownictwa warto odnotować, że Nawrocki niedawno zawetował reformę wymiaru sprawiedliwości, która mogła uzdrowić szereg patologii.
Ktoś złośliwy mógłby w tym momencie dodać, że klątwa wiceprezydenta USA J.D. Vance'a wciąż działa. Vance osobiście przyjechał na Węgry wesprzeć kampanię Orbana, a ten przegrał z kretesem.
Nie da się ukryć, że upadek Orbana to cios dla prawicowej międzynarodówki próbującej przeszczepiać w kolejnych europejskich państwach węgiersko-rosyjskie wzorce. Premier Węgier był jednym z jej ważniejszych kół zamachowych. To wyjaśnia zaangażowanie polskich prawicowych polityków i ich ból po porażce kluczowego sojusznika, który teraz rozlewa się po mediach społecznościowych.
Viktor Orbán w podlizywaniu się Putinowi przekroczył granice groteski
Najbardziej stratny na wygranej TISZY jest jednak prawdziwy pan Viktora Orbana w osobie Władimira Putina. Premier Węgier nie tylko próbował prowadzić kampanię opartą na straszeniu Ukraińcami i „wciągnięciem do wojny z Rosją". Robił dużo gorsze rzeczy.
Aktywnie blokował europejskie wsparcie dla napadniętego kraju i próbował używać mniejszości węgierskiej przeciwko Ukraińcom. Prawdę mówiąc, nie zdziwiłbym się, gdyby naprawdę miał „sprytny" plan zajęcia obwodu zakarpackiego, gdyby Kijów nie był w stanie obronić się przed inwazją.
Nie tak dawno zadeklarował swoją usłużność Putinowi. Z dokumentów ujawnionych przez agencję Bloomberga wynika, że takie słowa wypowiedział w rozmowie telefonicznej z kremlowskim dyktatorem: „Wczoraj nasza przyjaźń osiągnęła tak wysoki poziom, że mogę pomóc w każdy możliwy sposób."
Wiadomo także, że Orbán donosił Putinowi, co w sprawie Ukrainy zamierzają zrobić jego sojusznicy z NATO i Unii Europejskiej. Upadek Fideszu oznacza także upadek ważnego składnika rosyjskiej agentury w strukturach dwóch kluczowych sojuszy, do których należy Polska.
„Ruszkik, haza!" – Rosjanie do domu!
Peter Magyar prawdopodobnie nie będzie blokować proukraińskich inicjatyw w Unii Europejskiej. Nic jednak nie wskazuje na to, by miał się w nie jakoś bardzo angażować.
Deklarował także gotowość do całkowitej rezygnacji z importu surowców energetycznych z Rosji do 2035 r. Nie powinniśmy się więc spodziewać, że będzie prowadzić radykalnie antyrosyjską politykę. Choć należałoby wspomnieć, że jego wyborcy na koniec kampanii wyborczej skandowali hasło „Ruszkik, haza!" – Rosjanie do domu. Przy czym tymi „Rosjanami" są tutaj przede wszystkim politycy Fideszu.
Lider TISZY deklaruje za to, że z pierwszą wizytą zagraniczną wybierze się do Warszawy, a z drugą do Brukseli. Zamierza także dążyć do wskrzeszenia Grupy Wyszehradzkiej – Polski, Czech, Węgier i Słowacji. Współpraca rozpadła się przede wszystkim z powodu prorosyjskiej polityki Orbana, czego nie mógł zdzierżyć nawet nasz PiS.
Co wygrana TISZY oznacza dla Polski i Europy
Wygląda więc na to, że rewolucja na Węgrzech wynika nie tyle z programu TISZY i poglądów Petera Magyara, ile z samego faktu obalenia skorumpowanego reżimu. Dla Polski to przede wszystkim sygnał, że żaden system – choćby Orbán wygrywał wybory raz za razem dzięki zhakowanej ordynacji – nie jest wieczny, jeśli obywatele zdecydują się powiedzieć „dość".
13.04.2026 14:40, Miłosz Magrzyk
13.04.2026 13:51, Marcin Szermański
13.04.2026 13:09, Edyta Wara-Wąsowska
13.04.2026 12:26, Rafał Chabasiński
13.04.2026 11:31, Piotr Janus

Polska zgromadziła ponad 580 ton złota. To nie jest decyzja księgowa — to jawny komunikat do Moskwy i Waszyngtonu
13.04.2026 11:21, Filip Dąbrowski
13.04.2026 10:45, Edyta Wara-Wąsowska
13.04.2026 9:54, Mateusz Krakowski
13.04.2026 8:33, Miłosz Magrzyk
13.04.2026 7:48, Miłosz Magrzyk
13.04.2026 7:06, Aleksandra Smusz
12.04.2026 12:18, Jerzy Wilczek
12.04.2026 12:01, Jerzy Wilczek
12.04.2026 10:05, Mariusz Lewandowski
12.04.2026 9:20, Mariusz Lewandowski

Spółdzielnia może zażądać dowodu, że spałeś z partnerem. Brzmi absurdalnie, ale ma podstawę w ustawie
12.04.2026 8:05, Mariusz Lewandowski
12.04.2026 7:25, Mariusz Lewandowski
11.04.2026 11:16, Mateusz Krakowski

Polska wdraża unijne przepisy o hakerach z 2013 roku. Żurek: „dostosowujemy prawo do nowych form przestępczości"
11.04.2026 9:39, Igor Czabaj
10.04.2026 15:43, Piotr Janus


























