Serwisowanie polskich Abramsów w USA
Zamówiliśmy konkretnie 366 amerykańskich czołgów typu Abrams, których dostawa z USA zakończy się jesienią 2026 roku. Wojsko Polskie kupiło Abramsy w 2 wariantach:
- 250 sztuk w wersji M1A2 SEPv3 za około 4,75 mld dolarów,
- 116 sztuk w wersji M1A1 za 1,2 mld dolarów.
Nowocześniejsze wersje M1A2 SEPv3 kosztują w przeliczeniu za sztukę średnio 19 mln dolarów, a M1A1 - około 10 mln $. To sporo ponad 80 i 40 milionów złotych za czołg, który - obok południowokoreańskiego K2 - ma stanowić trzon polskich wojsk pancernych. Szkopuł w tym, że może okazać się on kompletnie bezużyteczny.
Jak donosi portal wnp.pl, dostawy ostatnich egzemplarzy czołgów Abrams do Polski mają faktycznie zakończyć się za jakiś rok, ale nikt nie pomyślał o ich serwisowaniu. A to przecież kluczowa sprawa nie tylko w dniach pokoju, ale przede wszystkim w warunkach wojennych. Okazuje się, że silniki lotnicze AGT1500C - napędzające Abramsy - nie mogą być serwisowane w Polsce. Ba, nie mogą być nawet serwisowane w innych krajach europejskich. W grę wchodzi obecnie tylko i wyłącznie USA, a konkretnie zakłady Anniston Army Depot w Alabamie.
Odpowiednie zaplecze techniczne czołgów Abrams ma powstać dopiero w 2028 roku. Obecnie trwają negocjacje z firmą Honeywell, producentem silników wykorzystywanych w tych czołgach. Wdrożenie i uruchomienie Autoryzowanego Centrum Serwisowego dla takich jednostek będzie jednak niezwykle kosztowne, ale skoro już mamy Abramsy, to przecież musimy mieć możliwość ich naprawy w relatywnie krótkim czasie. Chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że wyślemy silnik (albo cały czołg) przez Morze Bałtyckie, Północne, dalej przez Kanał La Manche i cały Atlantyk do USA i z powrotem.
Zastanawiam się jednak, kto jest odpowiedzialny za ten przetarg i dlaczego wybrano Abramsy, skoro mogą być obecnie użyteczne jedynie w rękach Amerykanów. Możliwe jednak, że nie tylko kwestia związana z zapleczem i logistyką decyduje o ich przydatności.
Abramsy już nie takie dobre, jak kiedyś
Współczesne pole walki i wojna na Ukrainie pokazują, że czasy Abramsów i podobnych czołgów przemijają. Owszem, Abramsy rządziły niepodzielnie w Iraku i Afganistanie, a podczas operacji Pustynna Burza utracono tylko 9 tego typu czołgów, lecz ani jednego w wyniku irakijskiego ostrzału.
Od Pustynnej Burzy minęło już jednak 35 lat i mimo ciągłej modernizacji Abramsa i jego ewolucji, wydaje się, że dzisiejsze pole walki nie jest jego naturalnym środowiskiem. A na pewno nie na wschodzie Europy, gdzie ciężkie Abramsy (a także brytyjskie Challengery i niemieckie Leopardy) kiepsko radzą sobie w grząskim terenie. Praktyka pokazuje, że taki drogi czołg może być stosunkowo łatwo unieszkodliwiony przez jednego piechura z ręczną wyrzutnią lub nowoczesnego drona.
Dlaczego nie wyciągamy wniosków z tej wojny? Zamiast inwestować w systemy antydronowe i przeciwlotnicze, inwestujemy cały czas w czołgi. To tak, jakby w 1942 r. wodowano nie lotniskowce, a z uporem maniaka stawiano na pancerniki. Ale skoro już mamy mieć czołgi, to zadbajmy zawczasu o ich należyte serwisowanie.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj