No właśnie. Witajcie w polskiej rzeczywistości, gdzie większość obywateli woli zostać z problemem, niż zapłacić za jego rozwiązanie. Ale jest wyjście. Działa od lat, finansowane z publicznych pieniędzy, teoretycznie dostępne w każdej gminie. Nazywa się poradnictwo obywatelskie. I założę się, że co najmniej połowa z was o nim nie słyszała.
Czym jest poradnictwo obywatelskie i dlaczego wy o tym nie wiecie?
Poradnictwo obywatelskie to sieć punktów świadczących darmową pomoc prawną, finansową i psychologiczną dla obywateli. Powstało na bazie brytyjskiego Citizens Advice. Koncepcji, że dostęp do podstawowej wiedzy prawnej nie powinien być towarem luksusowym. W Polsce działa od 2005 roku. Ma ponad 100 punktów w całym kraju. I obsługuje rocznie około 150 tysięcy osób.
Co to znaczy w praktyce? To znaczy, że jeśli masz problem z:
- Umową z deweloperem, bo mieszkanie ma metr mniej niż w prospekcie
- Alimentami, bo była żona nie płaci a ty nie wiesz jak to wyegzekwować
- Długami, bo wpadłeś w spiralę kredytów i windykacja już puka do drzwi
- Urzędem, bo odmówił ci zasiłku a nie rozumiesz dlaczego
- Pracodawcą, bo wypowiedział ci umowę pod pretekstem reorganizacji
...to możesz pójść do punktu poradnictwa obywatelskiego i dostać darmową poradę. Nie 300 złotych. Nie pierwsza konsultacja gratis, a potem licznik tyka. Po prostu zero złotych.
Brzmi pięknie, prawda? No to dlaczego nikt o tym nie wie?
Bo system nie chce, żebyście wiedzieli
Poradnictwo obywatelskie w Polsce ma jeden fundamentalny problem, jest jak najlepiej ukryty skarb. Nie ma ogólnopolskiej kampanii informacyjnej. Nie ma reklam w TVP. Nie ma billboardów „Masz problem prawny? Nie płać - przyjdź do nas". Punkty działają najczęściej w nieoznaczonych lokalach, w godzinach urzędowych (bo finansowane z budżetu gmin), często bez strony internetowej.
Dlaczego? Bo to wymaga pieniędzy, a polski samorząd woli wydać kasę na dmuchane zamki na festynie niż na promocję darmowej pomocy prawnej. Do tego dochodzi niechęć środowiska prawniczego, kancelarie nie mają interesu w tym, żeby obywatele wiedzieli, że mogą załatwić sprawę za darmo. A ministerstwo sprawiedliwości? Cóż, ministerstwo ma ważniejsze sprawy jak choćby wprowadzanie kolejnych reform, które za pół roku i tak ktoś cofnie.
Efekt? W Polsce żyje 38 milionów ludzi. Z poradnictwa obywatelskiego korzysta rocznie 150 tysięcy. To 0,4% społeczeństwa. Dla porównania w Wielkiej Brytanii z Citizens Advice korzysta co roku ponad 25 milionów osób. Czyli połowa kraju. U nas? Statystyczny error.
Co poradnictwo obywatelskie MOŻE, a czego NIE MOŻE?
Zanim pobiegniecie do najbliższego punktu z nadzieją, że załatwią wam rozwód za darmo to doczytajcie ten artykuł do końca. Poradnictwo obywatelskie to nie jest zastępstwo dla prawnika. To jest coś pomiędzy googlelem z twarzą a przyjacielem, który zna się na prawie.
|
CO MOŻE
|
CZEGO NIE MOŻE
|
|---|
- Wytłumaczyć pismo z urzędu
- Pomóc wypełnić wniosek, odwołanie lub skargę
- Doradzić w sporze z pracodawcą, bankiem lub deweloperem
- Pokazać, jak negocjować z wierzycielem
- Pomóc sporządzić pismo procesowe (bez reprezentacji w sądzie)
- Wskazać, czy sprawa ma szansę powodzenia
- Skierować do darmowej pomocy prawnej (dochód poniżej 1752 zł netto)
|
- Reprezentować w sądzie (wymaga adwokata lub radcy prawnego)
- Prowadzić spraw karnych poza ogólną poradą
- Zastąpić notariusza przy umowach
- Prowadzić sprawy długoterminowo (to konsultacje, nie stała obsługa)
|
Zwizualizujmy to na przykładzie: Kowalski dostał pismo od banku, że ma zaległość 8 tysięcy złotych z kredytu sprzed 10 lat. Nie pamięta, co to za kredyt, podejrzewa, że sprawa się przedawniła. Idzie do poradnictwa obywatelskiego. Doradca sprawdza dokumenty, tłumaczy zasady przedawnienia, pomaga napisać pismo do banku z zarzutem przedawnienia. Bank odpowiada, że faktycznie sprawa jest przedawniona a dług nieważny. Kowalski wychodzi. Zero złotych wydanych.
Gdyby poszedł do kancelarii? 500 złotych za konsultację i kolejne 1500 za pismo. 2000 za problem, który dało się załatwić całkowicie za darmo.
Jakość, dostępność i gorzka prawda o rzeczywistości
No dobrze, ale czy to naprawdę działa? Częściowo. Dostępność wciąż jest problemem bo punkty poradnictwa funkcjonują głównie w większych miastach. W mieście powiatowym masz jeszcze jakąś szansę, ale w wiosce pod Sanokiem już raczej nie. Do tego większość z nich działa w godzinach 9–15, więc jeśli pracujesz na etacie, musisz brać urlop tylko po to, żeby dostać poradę.
Nawet jeśli uda się trafić do punktu, pojawia się kolejna bariera, kolejki. W popularnych miastach, takich jak Warszawa, Kraków czy Wrocław, zapisy potrafią sięgać kilku tygodni do przodu. Sprawa pilna? Zostaje infolinia o ile ktoś akurat odbierze.
Jest jeszcze kwestia jakości. Doradcy w poradnictwie obywatelskim to często wolontariusze, studenci prawa albo emerytowani prawnicy. Bywają świetni fachowcy z trzydziestoletnim doświadczeniem, którzy naprawdę chcą pomóc, ale bywają też osoby świeżo po studiach, same nie do końca pewne swoich odpowiedzi. To trochę loteria.
Na to wszystko nakłada się problem finansowania. Większość punktów ledwo wiąże koniec z końcem bo gminy dokładają minimalne środki, dotacje unijne kończą się co kilka lat, a wynajem lokalu potrafi zjeść połowę budżetu. Efekt to rotacja kadr, zamykane punkty i brak stabilności.
Ale mimo to wciąż jest to lepsze niż nic. Alternatywą jest zapłacić kancelarii spore pieniądze, albo zostać z problemem i liczyć, że rozwiąże się sam. Nie rozwiąże się.
Dlaczego Polacy wolą nie wiedzieć o swoich prawach?
Jest jeszcze jeden problem, głębszy niż logistyka i budżety. Otóż Polacy po prostu nie lubią korzystać z publicznej pomocy. Bo co ludzie powiedzą. Bo nie jestem aż tak biedny, żeby się prosić. Bo jakoś to będzie.
Mamy wbudowaną niechęć do instytucji państwowych. Urząd kojarzy się z urzędniczym bagnem, kolejkami, pogardliwymi uśmiechami. Darmowa pomoc prawna? Pewnie pułapka, pewnie gorzej doradzą. A prawnik za 500 złotych? „No przynajmniej wiem, że się postara, bo płacę".
To myślenie ma swoje korzenie, gdyż Polska przez dekady była krajem, gdzie państwo było po drugiej stronie barykady. Ale świat się zmienił. Poradnictwo obywatelskie nie jest państwowym molochem. To są normalni ludzie, często z organizacji pozarządowych, którzy naprawdę chcą pomagać.
I nie, nie są gorsi od komercyjnych kancelarii. W prostych sprawach jak umowy, pisma, interpretacja przepisów doradzą równie dobrze. W sprawach skomplikowanych i tak cię skierują do prawnika, ale przynajmniej będziesz wiedział, czy sprawa ma sens, zanim wydasz kilka tysięcy.
Co z tym zrobić? Albo o czym marzyć
Idealny świat wyglądałby tak, że każda gmina ma punkt poradnictwa obywatelskiego z widoczną tablicą „Tu dostaniesz darmową pomoc prawną". Jest otwarty od 8 do 18, także w soboty. Ma stronę www, na której można umówić wizytę online. Ma infolinię, gdzie siedzi kompetentna osoba, nie automat. Ma odpowiednio opłacanych doradców, którzy nie rotują co roku.
Tymczasem polska rzeczywistość to punkt gdzieś na drugim piętrze bloku bez oznaczenia, otwarty wtorki i czwartki 10-14, z dwoma doradcami na pół etatu i numerem telefonu pod którym nikt nie odbiera.
Ale z drugiej strony jaki sens ma inwestowanie w projekt o którym praktycznie nikt nie wie i nikt z niego nie korzysta? Poradnictwo obywatelskie mogłoby się rozwinąć gdybyśmy zaczęli z niego faktycznie korzystać.
Jeśli masz problem prawny, finansowy, z urzędem i nie stać cię na kancelarię to znajdź najbliższy punkt poradnictwa obywatelskiego. Google: „poradnictwo obywatelskie [twoje miasto]". Zadzwoń, umów się, przyjdź. To naprawdę nie boli. I naprawdę jest za darmo.
Nie zastąpi ci to prawnika w sądzie, ale w 70% spraw sądowy prawnik nie jest ci potrzebny. Potrzebujesz kogoś, kto wytłumaczy ci co się dzieje i co możesz zrobić. I właśnie to dostaniesz.
Czy to idealne rozwiązanie? Nie. Czy powinno być lepiej finansowane, promowane, dostępne? Absolutnie tak. Ale póki rząd i samorządy mają poważniejsze sprawy (jak budowa fontann i latarni w kolorach partii), poradnictwo obywatelskie będzie tym, czym jest, czyli niedocenianym, niedofinansowanym, ale czasem ratującym dupę systemem pomocy dla tych, którzy nie mają 500 złotych na godzinę z prawnikiem.
W kraju, gdzie co drugi obywatel ma problem z rozumieniem pisma z ZUS-u, darmowa pomoc prawna powinna być reklamowana jak piwo na Euro. Zamiast tego jest jak dobrze ukryty sekret dla wtajemniczonych, dla tych, którzy przypadkiem trafili, dla tych, którzy akurat znali kogoś kto znał kogoś.
Bo w Polsce nigdy nie było łatwo. Ale przynajmniej darmowa pomoc istnieje. Szkoda tylko, że większość osób o tym nie wie.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj