1. Home -
  2. Nieruchomości -
  3. Samorządy ruszyły z kontrolami deszczówki. Właściciele nieruchomości muszą uważać

Samorządy ruszyły z kontrolami deszczówki. Właściciele nieruchomości muszą uważać

Jeszcze kilka lat temu mało kto przejmował się tym, gdzie trafia woda z rynny. Dziś temat stał się dla władz lokalnych niezwykle istotny, a dla mieszkańców wiąże się z realnym ryzykiem finansowym.

Kontrole deszczówki. Właściciele nieruchomości muszą uważać

Samorządy coraz częściej sprawdzają, czy właściciele nieruchomości nie odprowadzają wód opadowych do kanalizacji sanitarnej wbrew przepisom i zdrowemu rozsądkowi. Podstawą działań jest m.in. Prawo wodne oraz ustawa o zbiorowym zaopatrzeniu w wodę i zbiorowym odprowadzaniu ścieków. Szczególnie ta druga przewiduje dotkliwe konsekwencje. Ruszają kontrole posesji – kary mogą być dotkliwe – nawet nieumyślne podłączenie rynien do kanalizacji sanitarnej wiąże się z mandatem do 10 tys. zł.

Większość mieszkańców wyobraża sobie kontrolę jako wizytę urzędników z teczką i wejście do piwnicy lub garażu. Natomiast w tym przypadku rzeczywistość bywa zupełnie inna. Najczęściej kontrolerzy nie muszą nawet przekraczać furtki.

Obecnie kanalizacja jest stale monitorowana. Spółki wodociągowe analizują przepływy ścieków w czasie suchych dni i podczas intensywnych opadów. Jeżeli w trakcie deszczu ilość ścieków gwałtownie rośnie w konkretnym rejonie, to sygnał, że do kanalizacji trafia deszczówka. Sieć sanitarna nie jest przystosowana do przyjmowania dużych ilości wód opadowych, ponieważ jest projektowana tylko na ścieki bytowe (z WC, umywalek, pryszniców, zmywarek itp.), czyli stosunkowo stały i niewielki przepływ.

Natomiast podczas ulewy deszczówka może w kilka minut dostarczyć 10–30 razy więcej wody niż normalny dobowy przepływ ścieków. Nie wytrzymują tego zbyt małe rury. Występują tzw. cofki ścieków, woda wybija w piwnicach, zalewane są posesje i ulice. Poza tym wody opadowe niosą ze sobą piasek, żwir, liście, gałęzie i inne zanieczyszczenia, które przyspieszają zużycie elementów sieci. Oczyszczalnie muszą przepompować i oczyścić znacznie więcej cieczy podczas deszczu. Powoduje to znacznie wyższe zużycie prądu, szybsze zużycie pomp, częstsze awarie, większe koszty osadów i chemii. Ponoszone przez miejskie spółki wydatki są następnie przerzucane do taryfy, a ta powoduje wzrost opłaty za ścieki, za który płacą wszyscy użytkownicy sieci.

Jeżeli zatem na monitoringu sieci sanitarnej podczas deszczu gwałtownie rośnie ilość ścieków w danym rejonie, to sygnał dla pracowników miejskich wodociągów, że do sieci trafia woda opadowa. Wtedy rozpoczyna się kontrola terenowa. I tu wkracza metoda, która budzi największe emocje.

Zadymianie sieci – spektakl bez zaproszenia

Do kanału wpuszczany jest specjalny, bezpieczny dym techniczny. Rozchodzi się on w instalacji i szuka ujścia.

Jeśli instalacja jest wykonana prawidłowo, dym wydostaje się tylko przez odpowietrzenia kanalizacji. Jeżeli jednak zaczyna unosić się z rynny przy elewacji, z kratki odwodnienia podjazdu, z wpustu przy garażu lub z ogrodowej studzienki – to znak, że element jest podłączony do kanalizacji sanitarnej.

Co istotne, wszystko widać z ulicy. Kontrolerzy nie muszą wchodzić do domu, nie muszą przeszukiwać piwnicy ani ogrodu. Wystarczy obserwacja z zewnątrz i dokumentacja fotograficzna.

Barwnik, kamera i matematyka

Jeżeli sprawa wymaga potwierdzenia, stosuje się testy z barwnikiem (woda z kolorem trafia do rynny, a jej obecność sprawdza się w kanale), inspekcję kamerą wprowadzoną do przewodu oraz analizę różnic przepływów na konkretnym odcinku sieci.

Czasem wystarczy tylko logika i matematyka, które nie pozostawiają złudzeń przy analizie danych – ilości ścieków w suchy dzień i podczas deszczu. Jeżeli ilość rośnie kilkukrotnie, wnioski są oczywiste. Akcje kontrolne prowadzone są już w największych miastach, m.in. w Warszawie, Wrocławiu czy Poznaniu. Spółki wodociągowe informują, że w czasie intensywnych opadów przepływy w niektórych rejonach potrafią wzrosnąć nawet kilkukrotnie, co jednoznacznie wskazuje na nielegalne podłączenia.

W części gmin kontrole mają charakter planowy i obejmują całe osiedla. W innych są reakcją na zgłoszenia mieszkańców lub na zalania piwnic podczas ulew. Podatek od deszczu to problem głównie przedsiębiorców – opłata retencyjna zależy od powierzchni uszczelnionej i obecności urządzeń do retencjonowania wody.

Jakie kary grożą za nielegalne podłączenie?

Konsekwencje mogą być znacznie poważniejsze, niż wielu właścicieli zakłada.

Za nielegalne wprowadzanie wód opadowych do kanalizacji sanitarnej grozi grzywna do 10 000 zł, a w określonych przypadkach także kara ograniczenia wolności.

To górna granica ustawowa. O jej wysokości decyduje sąd. Oprócz tego przedsiębiorstwo wodociągowe może naliczyć opłatę za bezumowne odprowadzanie wód, obciążyć kosztami kontroli i ekspertyz, wydać decyzję nakazującą usunięcie nielegalnego podłączenia na koszt właściciela oraz wstrzymać odbiór ścieków do czasu usunięcia nieprawidłowości.

W praktyce oznacza to, że całkowity koszt może być znacznie wyższy niż sama grzywna. Demontaż instalacji, budowa studni chłonnej czy systemu rozsączającego to kolejne tysiące złotych. Dodatkowo, jeśli przeciążenie sieci doprowadziło do szkód (np. zalania innej posesji), możliwa jest odpowiedzialność cywilna. Gminy naliczają opłaty za deszczówkę bez wyraźnych podstaw – od 2017 r. wody opadowe nie są już ściekami, co stworzyło lukę prawną w naliczaniu opłat.

Dlaczego gminy zaostrzyły kurs? Powodem jest znaczne przeciążenie kanalizacji, które powoduje realne zagrożenie dla mieszkańców. Podczas nawalnych deszczy dochodzi do cofania ścieków, awarii przepompowni i przelewów do rzek. Koszty napraw i modernizacji ponosi całe miasto.

Lepiej sprawdzić samemu

Wielu właścicieli nawet nie wie, że rynny zostały podłączone do kanalizacji sanitarnej kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Często to „spadek" po poprzednich właścicielach. Problem w tym, że odpowiedzialność spoczywa na aktualnym właścicielu nieruchomości.

Dziś, w dobie monitoringu przepływów i zadymiania sieci, wykrycie nieprawidłowości jest znacznie prostsze niż jeszcze kilka lat temu. A kiedy z rynny zaczyna wydobywać się biały dym, sprawa przestaje być teoretyczna. Wtedy zaczyna się postępowanie, którego finałem może być rachunek opiewający nawet na 10 tysięcy złotych plus koszty doprowadzenia instalacji do zgodności z prawem. Warto więc sprawdzić swoją instalację, zanim zrobią to pracownicy miejskich spółek wodociągowych.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi