1. Home -
  2. Zdrowie -
  3. Trzy dni i do domu – tak szpital potraktował ciężko chorą kobietę, która nie mogła samodzielnie wstać

Trzy dni i do domu – tak szpital potraktował ciężko chorą kobietę, która nie mogła samodzielnie wstać

Teoretycznie pacjent ma prawo do świadczeń zgodnych z aktualną wiedzą medyczną, do informacji, do poszanowania godności i do leczenia prowadzonego według jasnych standardów. W praktyce polska służba zdrowia bywa jednak miejscem, w którym prawa pacjenta przegrywają z organizacyjnym chaosem i „wolnymi łóżkami".

Joanna Świba25.03.2026 6:34
Zdrowie

Co gwarantuje ustawa o prawach pacjenta

Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta daje choremu naprawdę mocny katalog uprawnień. Pacjent ma prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej, a także do przejrzystej, należycie zorganizowanej procedury udzielania tych świadczeń. Ma też prawo do informacji o swoim stanie zdrowia, proponowanych metodach diagnostycznych i leczniczych, a ponadto do poszanowania intymności i godności. To nie są puste hasła z urzędowego folderu, tylko obowiązujące normy prawne, których nieprzestrzeganie może mieć swój finał w sądzie.

Na papierze wszystko wygląda więc świetnie. Pacjent powinien być diagnozowany sprawnie, leczony adekwatnie do stanu zdrowia i wypisywany wtedy, gdy jest to medycznie uzasadnione. Nie powinien być ani przetrzymywany bez potrzeby, ani wyrzucany do domu tylko dlatego, że trzeba zwolnić łóżko albo oddział ma swoją „trzydniową politykę". Ta idea jest naprawdę piękna, jednak niestety nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. O tym, jak bardzo teoria różni się od praktyki pacjenci przekonują się każdego dnia. I zwykle jest to naprawdę brutalne zderzenie z rzeczywistością.

Trzy historie, jeden szpital i szereg absurdów

Największe absurdy najlepiej pokazuje zestawienie kilku sytuacji z tego samego szpitala. Różnica w traktowaniu pacjentek wynikała nie ze wskazań medycznych, czy obiektywnych aspektów, a z obłożenia oddziału. I właśnie to jest najbardziej przerażające. W polskiej służbie zdrowia czasem nie decyduje stan chorego, tylko to, czy akurat są wolne łóżka. I ta historia jest smutna o tyle, że na niektórych oddziałach pieniądze są marnowane, aby na innych nie troszczyć się o los pacjenta i dać mu jedynie niezbędne minimum. Jednak po kolei.

Trzy dni i do domu – niezależnie od stanu zdrowia

Pierwszy przypadek dotyczy starszej kobiety, przewiezionej do szpitala z bardzo ciężkim atakiem wrzodów. Bez drastycznych szczegółów: sytuacja była na tyle poważna, że przez moment nie było pewne, czy wszystko zakończy się szczęśliwie. Udało się ustabilizować krwotoki, minęły niespełna trzy doby i zapadła decyzja o wypisie. Kobieta była skrajnie osłabiona, nie była w stanie samodzielnie się poruszać, nie mówiąc już o przygotowaniu sobie posiłków czy zrobieniu podstawowych zakupów. Na pytanie, czy to normalna procedura, padła odpowiedź, że oddział tak funkcjonuje: trzy dni i do domu, jeżeli krwawienie się ustabilizowało. Gdyby była samotna, taki wypis mógłby w praktyce okazać się wyrokiem śmierci.

Lekarz rodzinny, który miał kontrolować stan chorej złapał się za głowę. Złapała się również zaprzyjaźniona pielęgniarka, która kiedyś w szpitalu pracowała. Jak sama wskazała, to nie było działanie dla dobra pacjenta, tylko szybkie zwolnienie łóżka. Pacjentka miała wykonanych kilka badań i dostała leki, które zatrzymały krwawienie. I jeżeli chodzi o procedury medyczne – to by było na tyle. Najsmutniejsze jest to, że w szpitalu nikt nawet nie zainteresował się, czy kobietą ma się kto zająć (a przecież w sytuacji, gdyby została sama, należało przynajmniej zawiadomić właściwy miejscowo MOPS). W tej sytuacji ciśnie się na usta smutne podsumowanie: „operacja się udała, pacjent zmarł". I niestety tak mogło się skończyć, bo fakt, że minęło bezpośrednie zagrożenie życia, nie oznacza jeszcze, że pacjent sam sobie poradzi (zwłaszcza, że nie jest w stanie wyjść ze szpitala o własnych siłach). Ewentualny proces w sprawie błędu medycznego mógłby w takim przypadku dotyczyć nie tylko lekarzy leczących, ale i tych, którzy podjęli decyzję o przedwczesnym wypisie.

Mniej oblegany oddział i szereg bezsensownych badań

Dla kontrastu druga historia. Kobieta w ciąży (pierwsza ciąża, a więc wszystko wygląda naprawdę poważnie, przynajmniej z jej punktu widzenia), upław o niepokojącym kolorze. Ze strachu jedzie na SOR. Już lekarz przyjmujący informuje ją, że to raczej nic poważnego, ale ponieważ na oddziale jest dużo wolnych miejsc, zostaje przyjęta. Na jak długo? Nie wiadomo. Trzeba „obserwować". O tym, że nawet 3 doby poczekamy sobie na SOR, zanim ktoś zdecyduje się nas przebadać, wiadomo nie od dziś – ale tu sytuacja była odwrotna: pacjentka została przyjęta właśnie dlatego, że oddział świecił pustkami.

Jakie procedury medyczne wdrożono? USG pokazujące, że z ciążą wszystko jest dobrze, badanie ginekologiczne i rutynowe badania krwi – mimo że kilka dni wcześniej wykonano je prywatnie, a wyniki były nawet widoczne w IKP. Szpital ich jednak nie uznał, więc cały pakiet badań za kilkaset złotych został powtórzony.

Co działo się w szpitalu? Pacjentka miała odpoczywać, dostawała progesteron i kwas foliowy, czyli preparaty dostępne zwyczajnie na receptę. Gdy pytała, kiedy wróci do domu, słyszała, że nie wiadomo, ale przecież oddział świeci pustkami, więc można sobie poleżeć. Ostatecznie wypisała się na własne żądanie, bo zorientowała się, że ta „ostrożność" może oznaczać naprawdę dłuższy pobyt, w dodatku bez racjonalnych powodów.

Ciąża pozamaciczna i tygodnie zwlekania z zabiegiem

Jeszcze gorszą sytuację przeżyła jeszcze inna kobieta, leżąca na tym samym oddziale, której historia jest naprawdę trudna. Młoda kobieta w ciąży pozamacicznej. Wie, co się dzieje, bo jej lekarz prowadzący ustalił to wcześniej i skierował ją do szpitala. Sytuacja jest jasna: zapłodniona komórka jajowa musi zostać usunięta, bo w przeciwnym razie istnieje ryzyko utraty jajowodu, a nawet poważniejszych powikłań. Kobieta odczuwa silny ból, dostaje środki przeciwbólowe i czeka.

To zresztą nie pierwszy raz. Wcześniej, zanim lekarze podjęli decyzję o zabiegu, leżała w szpitalu trzy tygodnie. Trzy tygodnie bólu, zwlekania i odwlekania czegoś, co i tak było nieuniknione. Sama istota ciąży pozamacicznej polega przecież na tym, że nie „przeniesie się" ona do macicy. Teraz, przyjęta już kilka dni wcześniej, znów negocjuje z lekarzami wykonanie zabiegu, tłumacząc, że boi się powtórki. Decyzja o tym, czy operacja na NFZ czy prywatnie przyniesie lepsze rezultaty, nie powinna w ogóle stać przed pacjentką w sytuacji, gdy zabieg jest medycznie niezbędny i pilny.

Lekarze za każdym razem zlecają nowe badania. Dopiero telefon od jej lekarza prowadzącego, który prywatnie się nią zajmował, a jednocześnie pracował na oddziale, przyspieszył procedurę. Pacjentka cieszyła się, że to koniec męki, ale jednocześnie żałowała, że poprzednim razem nie była pod opieką tego samego lekarza, bo może kilka tygodni gehenny zamieniłoby się w zaledwie kilka dni pobytu na oddziale.

Systemowy problem polskiej służby zdrowia

Najgorsze w tych historiach nie jest nawet to, że wydarzyły się w jednym szpitalu. Najgorsze jest to, że brzmią one znajomo. W polskiej służbie zdrowia nadal zbyt wiele zależy od uznaniowości, wewnętrznego zwyczaju oddziału i bieżącej organizacji, a zbyt mało od realnych potrzeb pacjenta. Jednych wypisuje się błyskawicznie, mimo że ewidentnie wymagają jeszcze wsparcia i opieki. Innych przetrzymuje się „na wszelki wypadek", choć od początku wiadomo, że ich stan nie uzasadnia hospitalizacji. Jeszcze innych skazuje się na wielodniowe czekanie na zabieg, którego konieczność jest oczywista. Problem dotyczy nie tylko leczenia – odsyłanie pacjentów między lekarzami i placówkami to kolejna plaga systemu, która uderza w najbardziej potrzebujących.

Oczywiście, nie jestem lekarzem, ale pisząc ten felieton widzę, że coś jest zdecydowanie nie tak. Konsultowałam te sprawy ze znajomymi lekarzami, czy osobami zatrudnionymi w służbie zdrowia. Wszyscy zgadzają się z jednym: system zdecydowanie jest niewydolny, a marnotrawienie środków jest na porządku dziennym. Czy to oznacza, że należy obciąć budżet szpitali? Zdecydowanie nie. Trzeba jednak dać lekarzom narzędzia do mądrego dysponowania finansami. Trzeba stworzyć wspólną bazę wyników badań (taką rolę miało pełnić IKP, jednak niestety – to rozwiązanie się nie sprawdza. Warto wskazać, że przyszpitalne poradnie specjalistyczne często nie respektują żadnych badań wykonanych poza szpitalnym laboratorium, w związku z czym pacjent jest badany wielokrotnie, pod tym samym kątem, bez istotnych wskazań medycznych. A płacimy za to NFZ, a więc my wszyscy).

Między ustawą a rzeczywistością – przepaść, której nie zasypią slogany

To wszystko dzieje się w systemie, który formalnie gwarantuje pacjentowi świadczenia zgodne z aktualną wiedzą medyczną oraz organizację leczenia odpowiadającą standardom fachowym i sanitarnym. Problem polega na tym, że między ustawą a codzienną praktyką znajduje się ogromna przepaść. Nieuprzejmy lekarz łamie prawa pacjenta swoim zachowaniem, ale jeszcze bardziej łamie je system, który pozwala na wypisywanie ciężko chorych po trzech dniach, bo tak stanowi „oddziałowy zwyczaj".

Polska służba zdrowia nie potrzebuje już tylko kolejnych sloganów o reformie. Potrzebuje elementarnej przewidywalności, odpowiedzialności i wdrażania procedur, które będą służyły pacjentowi, a nie statystyce zajętości łóżek. Bo dziś pacjent zbyt często nie wie, czy zostanie potraktowany jak człowiek wymagający pomocy, czy jak organizacyjny problem do przesunięcia z jednej rubryki do drugiej.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi