Kilka wyroków w pierwszej instancji nie tworzy jeszcze stabilnej linii orzeczniczej
W ciągu ostatnich miesięcy pojawiły się pierwsze wyroki sądów, które kończą się wymazaniem wskaźnika WIBOR z umów o kredyty hipoteczne zawartych z bankami. Najpierw mieliśmy do czynienia z wyrokami Sądu Okręgowego w Suwałkach, które albo uznawały umowy za nieważne, albo nakazywały usunięcie klauzul dotyczących WIBOR-u i marży. Teraz Sąd Okręgowy w Olsztynie postanowił wyeliminować wskaźnik z umowy, co zaoszczędziło kredytobiorcom ok. 150 tys. zł. Czyżby wzbierała nam fala na miarę spraw frankowych? Niekoniecznie.
Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, co sprawiło, że te dwa sądy zdecydowały się na tak drastyczne rozstrzygnięcia. Są pomiędzy nimi bardzo istotne podobieństwa. Suwalski sąd uznał, że klauzule zmiennego oprocentowania oparte o WIBOR zawarte w umowie mają charakter abuzywny, a więc niezgodny z prawem. Sąd w Olsztynie również doszukał się takich klauzul w analizowanym przez siebie dokumencie.
Kluczowym powodem rozstrzygnięć na korzyść kredytobiorców było jednak w obydwu przypadkach niedopełnienie obowiązków informacyjnych dotyczących samego wskaźnika WIBOR. Jak wskazał sąd olsztyński:
Ani w tej umowie, ani w żadnym innym dokumencie związanym z jej zawarciem (ani też ustnie, na etapie przedkontraktowym) nie poinformowano powodów, czym jest stawka referencyjna WIBOR 3M, kto ją ustala i na jakich zasadach. Nie zostało również wskazane, gdzie powodowie mogą uzyskać informacje na ten temat.
Innymi słowy, pozwany nie uświadomił powodów, że wysokość oprocentowania zmiennego będzie w rzeczywistości zależna od decyzji banków, które nie podlegają żadnej kontroli, co uniemożliwiało powodom ocenę uczciwości zaoferowanego produktu finansowego – zarówno w zakresie wysokości wynagrodzenia za udzielenie kredytu (oprocentowania), jak i wynikających z tego konsekwencji ekonomicznych. Ponadto uniemożliwiało to porównanie oferty pozwanego z ofertami innych banków i wybór najlepszej opcji.
Czy są to słuszne zarzuty? Nie jestem co do tego przekonany. Samo sądowe zakwestionowanie WIBOR-u, który był przecież wskaźnikiem wykorzystywanym do wyznaczania wysokości praktycznie wszystkich kredytów o zmiennej stopie oprocentowania w Polsce, jest jednak czymś istotnym. Trudno jednak byłoby się spodziewać, fali pozwów na skalę porównywalną z przypadkiem Frankowiczów. Mimo wszystko te sprawy bardzo się od siebie różnią.
Sytuacja banków w sporze o WIBOR pozostaje bardzo dobra. Sądy wciąż hurtowo oddalają takie powództwa
Przede wszystkim, nie sposób nie zauważyć, że wyroki sądów okręgowych w Suwałkach i Olsztynie to anomalie. Zdecydowana większość dotychczasowych powództw WIBOR-owych jest oddalana przez sądy. Niektóre dane sugerują, że mowa wręcz o niemalże wszystkich. Jakby tego było mało, w większości przypadków sądy decydują się na nieuwzględnienie wniosków kredytobiorców o zabezpieczenie. W tym przypadku jest nim wstrzymanie spłaty rat kredytu hipotecznego do momentu rozstrzygnięcia sprawy.
Jakby tego było mało, obydwa "przełomowe" wyroki zapadły w pierwszej instancji. Istnieje niemała szansa, że nie utrzymają się w apelacji. Banki na pewno zdecydują się na kontynuowanie walki. Obydwa te czynniki sprawiają, że trudno w tym momencie mówić o ukształtowaniu się jakiejś nowej linii orzeczniczej.
Nie doszukiwałbym się także drastycznej zmiany sytuacji w opinii Rzecznik Generalnej TSUE w sprawie kredytów WIBOR-owych. Owszem, TSUE bardzo często wyrokuje zgodnie z opinią swojego rzecznika. Zdarza się jednak czasem, że sędziowie zaskakują. Przede wszystkim jednak sama opinia wcale nie jest taka niekorzystna dla banków, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że polskie sądy i tak miały pełne prawo do badania, czy klauzule dotyczące stosowania WIBOR nie naruszają praw konsumenta. O wiele bardziej istotne wydaje się przyjęcie określonego kryterium pozwalającego uznać warunek umowy dotyczący zmiennego oprocentowania za uczciwy. Otóż bank musiałby udowodnić, że w sposób precyzyjny i zrozumiały poinformował klienta o wszystkich potencjalnych konsekwencjach wynikających ze sposobu działania wskaźnika. Nie wystarczy podanie nazwy i jakichś ogólnych parametrów.
Rzecz jednak w tym, że banki zazwyczaj dysponują oświadczeniami klienta o zapoznaniu się z wyjaśnieniami dotyczącymi tego, jak działa WIBOR. Jeśli takowego nie mają, to są niejako same sobie winne. Można jednak postawić tezę, że nie będzie to problem dotyczący całego polskiego sektora bankowego.
Sprawy WIBOR-owe nie umywają się pod względem zanczenia do problemu Frankowiczów
Najważniejszą różnicą pomiędzy sprawami frankowymi a WIBOR-owymi jest to, kto ponosi winę za całe zamieszanie. Nie da się ukryć, że w pierwszym przypadku mieliśmy do czynienia z dużym nadużyciem zaufania klientów przez banki. Trudno o lepszy dowód na poparcie takiej tezy niż to, że Frankowicze wygrywają według różnych szacunków od 90 do nawet 97 procent spraw. Mamy więc do czynienia z sytuacją odwrotną względem pozwów o WIBOR. Banki stosowały klauzule ewidentnie abuzywne, które pozwalały im między innymi na swobodne i samowolne zmiany kursu waluty istotnej z punktu widzenia danej umowy.
WIBOR nie działa w taki sposób. Najprościej rzecz ujmując, jego wysokość ustalano poprzez zebranie propozycji oprocentowania od banków, które są skłonne zastosować w umowach. Następnie odrzucano dwie najwyższe i najniższe propozycje. Z reszty wyliczano średnią arytmetyczną. Można się zastanawiać, czy wskaźnik ten rzeczywiście jest dostatecznie transparentny. Trudno go jednak określić mianem podatnego na manipulacje. Musiałoby dojść do poważnej zmowy całego sektora bankowego, by skutecznie zawyżyć albo zaniżyć WIBOR.
W obydwu przypadkach prawdziwym winowajcą jest państwo, ze szczególnym uwzględnieniem osób, które nim za nas zarządzają. Także tutaj są jednak różnice, bo wina klasy politycznej objawia się w czymś nieco innym. Frankowicze cierpieli na absolutny brak reakcji organów państwa. Politycy wszystkich opcji naobiecywali im pomoc, a później stwierdzili, żeby poszli po prostu do sądów i dali im spokój. Tak się stało. W rezultacie pojawił się wręcz systemowy problem z zapchaniem sądownictwa sprawami frankowymi.
Gdy mowa o wskaźniku WIBOR, trudno oprzeć się wrażeniu, że mieliśmy do czynienia z szukaniem sobie wygodnego kozła ofiarnego przez poprzedni rząd wtedy, gdy inflacja wymknęła się spod kontroli. Rezultatem był szybki wzrost stóp procentowych, co siłą rzeczy wpłynęło na wysokość WIBOR-u, a to pociągnęło za sobą podwyższanie rat kredytów hipotecznych ze zmiennym oprocentowaniem. Czyli prawie wszystkich udzielanych w tym okresie kredytów tego typu.
Obydwie sprawy różni także skala. Łączna wartość wszystkich instrumentów powiązanych z WIBOR-em wynosi ok. 9 bln zł. Dotyczy to nie tylko kredytów hipotecznych. Równocześnie kredyty frankowe wciąż warte są ok. 0,7 proc. polskiego PKB, co przekłada się na kwotę ok. 25,57 mld zł. Problem frankowy był i wciąż pozostaje dużo poważniejszą sprawę. Pozwy WIBOR-owe wydają się raczej próbą powtórzenia sądowego sukcesu Frankowiczów, która na razie wciąż pozostaje nieudana.