Sprawa Strajku Kobiet przez ostatnie dni rozpłynęła się w sieci. A może po prostu zapadła w zimowy sen?

Gorące tematy Społeczeństwo dołącz do dyskusji (104) 16.11.2020
Sprawa Strajku Kobiet przez ostatnie dni rozpłynęła się w sieci. A może po prostu zapadła w zimowy sen?

Maciej Bąk

Strajk Kobiet w sieci praktycznie przestał istnieć. Szczególnie jeśli porównać to, co mamy teraz, do gigantycznego zainteresowania z drugiej połowy października. Ale jeśli przeciwnicy kobiecych manifestacji chcą już odpalać z tego powodu szampana, to radziłbym się wstrzymać. Moim zdaniem to jedynie zimowy sen, który kiedyś przecież się skończy.

Strajk Kobiet w sieci

Zainteresowanie Strajkiem Kobiet regularnie bada portal Polityka w Sieci. Dziś zaobserwował on spadek interakcji tego tematu w social mediach aż o 97% w porównaniu do danych obserwowanych między 26 a 27 października. Czy to powinno dziwić? Nie. To dość naturalna tendencja, na którą wpływ ma kilka okoliczności.

Zacznijmy od tego, że manifestacje aborcyjne osiągnęły już pewien cel. Premier (co prawda bezprawnie, ale to już jego problem) nie publikuje wyroku trybunału Julii Przyłębskiej, co sprawia że wciąż można w Polsce legalnie dokonać aborcji z uwagi na nieodwracalne wady płodu. Uliczne protesty zainspirowały też Andrzeja Dudę do napisania swojej ustawy, nieco łagodzącej orzeczenie TK, która jednak – wszystko na to wskazuje – nie ma na razie w Sejmie większości. A bez tej ustawy Mateusz Morawiecki wyroku raczej nie opublikuje.

Kolejny element, który zatrzymał protesty, to pandemia koronawirusa. Młodzi ludzie w trakcie tygodniowej walki o swoje prawa trochę odłożyli ją na bok, ale przecież ona cały czas z nami jest i wielu z nas zdaje sobie sprawę, że bez ograniczenia kontaktów będzie tylko gorzej. Dobrze więc się stało, że w sytuacji gdy dziennie umiera już nawet ponad 500 osób z powodu koronawirusa, ulice miast nie są pełne ludzi. Nawet jeśli nosiliby oni maseczki.

Ale nie zapominajmy też o tym, że na wypalenie się energii protestów spory wpływ miały też ich liderki. Trochę samozwańcze, bo z poglądami Marty Lempart czy Klementyny Suchanow nie identyfikowało się wielu protestujących. Dlatego trudno się dziwić, że słysząc często histeryczne wystąpienia liderek Strajku Kobiet, część manifestujących postanowiła odpuścić sobie udział w kolejnych manifestacjach. Sprawę jeszcze pogorszyły absurdalne żądania wobec rządu (i słynne 7-dniowe ultimatum, które minęło już hen dawno temu) i złożona w części ze starszych panów rada konsultacyjna, o której istnieniu szybko zapomnieliśmy.

No i na koniec dwie sprawy najbardziej schematyczne. Po pierwsze – protesty uliczne bardzo, ale to bardzo często tracą swoją energię w sposób naturalny, na skutek upływu czasu. Po drugie – co też bywa istotne – wpływ na to ma pogarszająca się aura (końcówka października była pogodowo naprawdę dobrą okazją do wspólnych „spacerów”).

Co dalej?

Przyczyny opisane, czas na wybiegnięcie w przyszłość. O ile w wypadku wielu protestów koniec manifestacji ulicznych oznacza de facto koniec związanego z nim ruchu, to tutaj tak nie będzie. Bo przecież wyrok w sprawie aborcji w końcu zostanie opublikowany. Albo przyjęta zostanie niechciana przez kobiety ustawa Andrzeja Dudy. Co by się nie wydarzyło, wywoła to ponowną eksplozję ulicznego wkurzenia. Czy tak dużą jak w październiku? A może jeszcze większą? Trudno teraz przewidywać, bo wciąż nie wiemy w jakiej kondycji zastanie nas wiosna, po drugiej fali koronawirusa. Można się jednak spodziewać, że frustracja w wielu z nas może być jeszcze większa.

Jednak nawet jeśli Strajk Kobiet odrodzi się na nowo, to jego egzystencja pod dotychczasowym przewodnictwem może okazać się równie krótka. Słyszałem już głosy porównujące Martę Lempart do Lecha Wałęsy. No nie. Liderka Strajku Kobiet miewa dobre momenty, ale miesza je z gestami i wypowiedziami wręcz niesmacznymi. Wydaje się zatem, że najbardziej rozsądnym (a przez to niestety trudnym do zrealizowania) rozwiązaniem jest wykreowanie nowych liderek protestów. Osób do tej pory nieznanych, za to spokojnych, elokwentnych, merytorycznych. Takich, z którymi identyfikowałaby się większa część spośród tych ludzi, którzy w październiku zdecydowali się wyjść na ulicę. Na pewno za takimi liderkami pójdzie więcej osób niż, z całym szacunkiem, za Michałem Bonim.