- Bezprawnik -
- Nieruchomości -
- Te bloki z PRL mogą zniknąć jako pierwsze. Ich przebudowa byłaby bardzo trudna
Te bloki z PRL mogą zniknąć jako pierwsze. Ich przebudowa byłaby bardzo trudna
Masowego wyburzania bloków z wielkiej płyty raczej nie należy się spodziewać. Inaczej wygląda jednak sytuacja starszych budynków z lat 60. Janusz Sepioł, główny architekt Krakowa, uważa, że część tzw. bloków gomułkowskich – bez wind, z ciasnymi pokojami i bez balkonów – można poważnie rozważyć do rozbiórki i postawić w ich miejscu nową zabudowę.
Bloki z lat 60. mają najwięcej wad. Przebudowa może być niemożliwa
W debacie o przyszłości PRL-owskich osiedli wszystkie bloki trafiają zwykle do jednego worka; tymczasem budynki z czasów Gomułki i te stawiane dekadę później dzieli całkiem sporo. Jak tłumaczy Sepioł w rozmowie z Portalem Samorządowym, w blokach z lat 60. zwykle brakuje wind, kuchnie często nie mają okien, a pokoje są małe. Temat wind jest zresztą coraz głośniejszy – w kontekście starszych budynków wraca dyskusja o tym, czy obowiązkowe windy w blokach powinny objąć także istniejące osiedla.
W blokach gomułkowskich nie ma też balkonów ani loggii, a wokół budynków brakuje miejsc parkingowych – nierzadko nie ma nawet terenu, na którym dałoby się je wyznaczyć. Przebudowa takich obiektów jest przy tym bardzo trudna, a w części przypadków w ogóle niewykonalna.
Rozbiórka bloku to lokale zastępcze, odszkodowania i lata przygotowań
Oczywiście od słów architekta do realnych rozbiórek jest jeszcze daleko. W budynkach, w których mieszkania mają dziesiątki różnych właścicieli, trudno sobie wyobrazić szybkie decyzje o wyburzeniu; konieczne byłyby lokale zastępcze, odszkodowania i pieniądze na nowe budynki. Wydaje się zatem, że jeśli bloki gomułkowskie faktycznie zaczną znikać, będzie to proces rozłożony na lata i ograniczony do pojedynczych lokalizacji.
Wielka płyta trzyma się lepiej, niż zakładano. Na jej rozebranie Polski po prostu nie stać
Z blokami z lat 70. i 80. sprawa wygląda zupełnie inaczej. Sepioł zwraca uwagę, że Polska nie jest jeszcze na tyle zamożna, by pozwolić sobie na wyburzanie wielkiej płyty – nawet w miastach, które tracą mieszkańców, a w niektórych ubyło już 10–20 proc. ludności. Inaczej jest we wschodnich Niemczech, gdzie po zjednoczeniu odpływ ludności był na tyle duży, że rozbiórki bloków prowadzono w ramach rządowego programu.
Do tego gierkowskie bloki zwykle mają windy i balkony, a ich stan techniczny okazał się lepszy, niż pierwotnie zakładano. Architekt przypomina, że nie doszło w nich dotąd do katastrofy budowlanej – to mocny argument dla tych, którzy przekonują, że bloki z wielkiej płyty się nie zawalą. Sepioł sugeruje też, że część alarmistycznych publikacji o „końcu wielkiej płyty” może mieć związek z interesami deweloperów.
Największą zaletą tych osiedli jest jednak ich układ. W latach 70. obowiązywały wysokie wskaźniki zieleni, więc bloki stawiano w dużych odstępach; dziś oznacza to dorosłe drzewa, miejsce na parkingi i sklepy w zasięgu krótkiego spaceru. Sepioł zna to z własnego doświadczenia – po 30 latach w wielkiej płycie na Prokocimiu przeprowadził się do budynku deweloperskiego i przyznaje, że mimo wyższego standardu mieszka mu się tam mniej wygodnie.
Remont zamiast rozbiórki. Przykład z Bordeaux pokazuje, ile da się zyskać
Zamożne państwa z dobrą polityką mieszkaniową – jak zauważa architekt – mniej więcej co 30 lat gruntownie odnawiają cały zasób mieszkań, w tym bloki z prefabrykatów. Dobrym przykładem jest Grand Parc w Bordeaux, gdzie francuskie pracownie Lacaton & Vassal, Frédéric Druot i Christophe Hutin przebudowały trzy duże bloki socjalne z 530 mieszkaniami. Do budynków dostawiono nową warstwę z przeszklonymi ogrodami zimowymi i balkonami, mieszkania zyskały powierzchnię i światło, a lokatorzy nie musieli się wyprowadzać. Projekt otrzymał w 2019 r. Nagrodę Unii Europejskiej im. Miesa van der Rohe.
Można się domyślać, że w Polsce podobne przedsięwzięcia na razie nie mają szans na realizację głównie ze względu na pieniądze. Dotychczasowe wsparcie skupia się przede wszystkim na ociepleniu budynków i wymianie instalacji; na razie trudno wskazać program, który finansowałby przebudowy w takiej skali.
Za mało metrów na osobę. Nawet nadwyżka mieszkań nie przesądzi o losie blokowisk
Sepioł przypomina też, że Polska wciąż wypada słabo pod względem tego, jaka jest średnia powierzchnia mieszkania w przeliczeniu na osobę; według niego jest to statystycznie ok. 32–33 mkw., podczas gdy w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii ok. 45 mkw. Przy tempie przyrostu o mniej więcej metr rocznie wyrównanie tej różnicy zajęłoby ponad dekadę.
Tym samym nawet jeśli w najbliższych latach na rynku pojawi się nadwyżka lokali (a część ekspertów uważa, że jest to możliwe), pozbywanie się blisko półwiecznych osiedli nie byłoby rozsądnym ruchem. Rozbiórki mogą dotknąć najsłabszych budynków z lat 60.; o tym, w jakim stanie wielka płyta wejdzie w kolejne dekady, zdecyduje raczej to, czy państwo i samorządy znajdą pieniądze na jej modernizację.
zobacz więcej:










