Kłopoty Ryanaira
Adwent to okres radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie i refleksji nad paruzją. Tak się składa, że Ryanair ma dość podobnie. No prawie, bo również czeka. Co prawda nie na święta czy paruzję, ale 22 grudnia. I raczej nie radośnie, a dość nerwowo. Co ma się wydarzyć tego dnia? To ostateczny termin werdyktu, który ma wydać Włoski Urząd Ochrony Konkurencji i Rynku (AGCM). W grę wchodzą poważne pieniądze – kara w wysokości od 500 milionów do nawet 1 miliarda euro.
Włosi zarzucają przewoźnikowi nadużywanie pozycji dominującej, a ta jest rzeczywiście całkiem niezła, bo Irlandczycy kontrolują prawie połowę rynku. Włoscy urzędnicy zarzucają, że przewoźnik stworzył system, który ma za zadanie wyciąć z rynku pośredników, np. biura podróży. Mechanizm miał być prosty: im trudniej kupić bilet Ryanaira poza oficjalną stroną, tym większa szansa, że pasażer trafi właśnie tam.
Pod lupę wzięto m.in. system o nazwie „Shield”, który oficjalnie ma chronić przed botami i oszustwami – blokować rezerwacje, które klasyfikator uzna za anomalię. I tutaj pojawia się bardzo poważny zarzut w stronę Ryanaira – podobno nadzwyczaj często jako anomalie mają być klasyfikowane bilety kupione przez pośredników.
Do tego dochodzi kolejna kwestia – weryfikacja tożsamości pasażera kupującego przez pośrednika, np. przez zeskanowanie twarzy. Niby rzecz dość powszechnie spotykana w dzisiejszym internecie, ale może działać znów zniechęcająco. Oficjalnie mówi się oczywiście znów o bezpieczeństwie i ochronie klienta. Włoscy urzędnicy są zupełnie innego zdania.
O’Leary: Jesteśmy niewinni
Ryanair nie ma zamiaru (póki co) posypywać głowy popiołem. Linia obrony CEO Ryanaira, Michaela O’Leary’ego jest twarda i niezmienna. Prawnicy przewoźnika przygotowali ponad 200-stronicowe pismo, w którym próbują obalić tezy śledczych. Przekonują w nim, że ich działania to żadna walka z konkurencją, a jedynie krucjata przeciwko nieuczciwym pośrednikom, którzy doliczają sobie słone prowizje.
Oczywiście to Ryanair wychodzi na tego dobrego, który strzeże portfeli pasażerów przed chciwymi agencjami. Co więcej, linia wyciąga argumenty czysto prawne, wskazując, że żadne unijne przepisy nie nakazują jej bratania się z każdym internetowym biurem podróży, które ma na to ochotę.
Zdaniem Ryanaira, AGCM celowo i sztucznie zawęził definicję rynku, by napompować udziały przewoźnika do 50 procent i tym samym łatwiej podpiąć Ryanaira pod definicję monopolisty. Według irlandzkich kalkulacji, realny udział we włoskim torcie lotniczym to raczej bezpieczne 34 procent, Jako asa z rękawa Ryanair wyciąga też wyrok Sądu Apelacyjnego w Mediolanie z 2024 roku, który według przewoźnika miał wręcz przyznać rację ich strategii sprzedaży bez pośredników.
Co dalej?
Miliard euro można w takiej korporacji jakoś odrobić, Ryanair to marka sama w sobie, która jest głęboko zakorzeniona w głowach klientów. Nawet jeśli nie pałamy do niej sympatią, to bardzo często nie mamy innego wyboru – musimy skorzystać z Ryanaira, bo bardzo często to jedyna linia operująca do danej destynacji. Będę złośliwy, ale przecież zawsze można dorzucić kilka euro więcej kary za nadbagaż lub po prostu nieco podnieść ceny biletów.
Groźna dla Ryanaira może nie być jednak sama kara, ale ewentualny demontaż strategii sprzedażowej. Jeśli urzędnicy nakażą przewoźnikowi otwarcie systemów rezerwacyjnych i zlikwidowanie barier dla pośredników, runie pewnego rodzaju mur, którym Ryanair się otaczał i czerpał z niego dodatkowe zyski. To właśnie w ramach tego ekosystemu Ryanair bardzo często zarabia dodatkowe grosze namawiając pasażera na rezerwację noclegu, wynajęcie samochodu czy kupno ubezpieczenia.
Czy 22 grudnia będzie dniem trzęsienia ziemi dla Ryanaira? To się jeszcze okaże, ale skutki werdyktu z pewnością dosięgną nie tylko włoski rynek lotniczy.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj