W tle pada jeszcze jedno słowo, które zawsze przyspiesza decyzje w Waszyngtonie: „wrogowie” – rosnące zainteresowanie regionem ze strony państw uznawanych za rywali.
Na Grenlandii działa Pituffik Space Base (dawniej Thule Air Base), kluczowy punkt w arktycznej układance USA – z radarami wczesnego ostrzegania i komponentami systemów monitorujących przestrzeń kosmiczną oraz potencjalne ataki rakietowe. Tę bazę Amerykanie prowadzą na mocy porozumienia z Danią z 1951 r.
Nowością nie jest więc znaczenie wyspy, tylko styl, w jakim Biały Dom próbuje je skapitalizować
Reuters opisał, że w administracji Trumpa omawiano koncepcję bezpośrednich wypłat dla mieszkańców Grenlandii – rzędu 10–100 tys. dolarów na osobę – jako zachętę do odłączenia się od Danii i potencjalnego związania z USA. Przy populacji ok. 57 tys. ludzi górny wariant daje rachunek około 5,7 mld dolarów (Reuters podaje widełki „do ok. 6 mld”).
Na Grenlandii stawką nie są wyłącznie amerykańskie narracje o bezpieczeństwie. Arktyka realnie zyskuje na znaczeniu: topnienie lodu ułatwia dostęp do szlaków i surowców, a sama wyspa ma potencjał wydobywczy (m.in. w kontekście metali ważnych dla przemysłu), co wpisuje się w amerykańską obsesję na punkcie ograniczania zależności od Chin.
Dla Danii problem jest podwójny
Po pierwsze, Grenlandia jest autonomicznym terytorium w Królestwie Danii: ma własny parlament i rząd, ale polityka zagraniczna i obrona pozostają w rękach Kopenhagi. Po drugie, to test elementarnej zasady Zachodu: czy granice i suwerenność są negocjowalne pod presją silniejszego sojusznika. Reuters i inne media opisują, że w Europie trwają nerwowe rozmowy o scenariuszach „odstraszania”, a w debacie pojawiają się pomysły zwiększenia obecności wojskowej sojuszników w rejonie.
Według doniesień przytaczanych jako wątek z Politico, w UE krąży koncepcja „pakietu”: Europa miałaby przymknąć oko na większą rolę USA w Grenlandii (np. rozszerzenie obecności), w zamian za twardsze, bardziej czytelne gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy. Źródła mówią wprost o logice „security for security”.
Z punktu widzenia Brukseli to może wyglądać jak próba kupienia przewidywalności w Białym Domu: skoro Trump jest transakcyjny, to dajmy mu coś, co uważa za zwycięstwo, by nie wycofał się z Ukrainy albo nie zaczął rozgrywać Europy sankcjami i szantażem politycznym.
Tyle że taki „deal” ma dwa haczyki
Grenlandia nie jest pustą planszą do przesuwania pionków. Widać to choćby po tym, że zarówno duńscy, jak i grenlandzcy przedstawiciele zabiegają w Waszyngtonie o rozmowy, zanim spirala gróźb przejdzie w fakty dokonane. A mieszkańcy wyspy, nawet jeśli w części popierają ideę większej samodzielności, niekoniecznie chcą zamiany jednego centrum decyzyjnego na drugie. I to takie.
Jeśli Europa przyjmie logikę handlu terytorium za gwarancje, to sama podkopie argument, którym od trzech lat odpiera rosyjską narrację o „strefach wpływów”. Innymi słowy – trudno jednocześnie mówić, że granice w Europie są nienaruszalne, i wysyłać sygnał, że w Arktyce są elastyczne, bo tak wymaga dobro Ukrainy.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj